środa, 5 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 11

- Gotowy, skarbie? - spytałam, stukając lekko w drzwi łazienki
- Już wychodzę!
- Wieeeeki trzeba na ciebie czekać - zaśmiałam się, a wtedy Joe wyszedł. Wyglądał....no wow!


- Ale przystojniak z ciebie!
- A z ciebie śliczna dziewczynka - uśmiechnął się, całując mnie w usta. Miałam na sobie o taką sukienkę:


- Dziękuję, chłopczyku - zaśmiałam się ironicznie - Idziemy?
- Jasne! - wziął mnie pod rękę i zaprowadził do taksówki.
- Czemu taksówką?
- Chyba oboje się napijemy, nie?
- Ah... no tak - oparłam głowę o jego ramię - Nie byłam jeszcze świadkiem na ślubie...
- Ja też nie! - beztrosko się roześmiał. Pokręciłam głową i umilkłam na resztę drogi...


***


Od dwóch godzin nie schodziliśmy z Perry'm z parkietu. Czy były wolne przytulańce, czy szybkie kawałki, cały czas tańczyliśmy tylko we dwoje.
Po 'When the man loves a woman' musiałam odpocząć.
- To ja pójdę się napić - powiedział Joe, uśmiechając się do mnie
- To ja też, ale szampana - odparłam i podeszłam do stolika. Nagle otwarły się drzwi, a ja dedłam. W progu stał nikt inny jak John... Miał na sobie skórzane spodnie i marynarkę, a pod nią koszulę zawiązaną przy pępku. Odwróciłam się szybko plecami, ukrywając rumieniec. Wzięłam kieliszek i napiłam się trochę, ukradkiem pożerając Johna wzrokiem. W pewnym momencie przeszedł obok mnie, traktując mnie jak powietrze. ZERO! Nawet spojrzenia! Westchnęłam, szukając Joe. Gdzie ten kretyn? Aaa, tam stoi. Ok.
Podeszłam do Meg.
- Hej - uśmiechnęłam się
- Hej! Pięknie wyglądasz!
- Ty najpiękniej, aż promieniejesz - obrzuciłam wzrokiem jej sukienkę


- Szukałam tej kiecki TYDZIEŃ! A ślubnej jeden dzień! Fuck logic! - zbulwersowała się
- Najważniejsze, że znalazłaś idealną. Jeszcze raz gratuluję tobie i.... gdzie ten zjeb? - zaśmiałam się, cmokając ją w policzki
- Tam stoi z Freddiem - pokazała mi, a ja podeszłam do nich.
- Roggie!
- I wiesz, ja wte... Cass! Ślicznie wyglądasz - pocałował mnie w rękę, a ja spłonęłam rumieńcem
- Tak, piękna sukienka! - dodał Fred, robiąc to samo co Rog.
- Chciałam ci pogratulować raz jeszcze i życzyć wszystkiego co najlepsze - przytuliłam go mocno - Fajne garniaki - zaśmiałam się. Nonono, Roger to dopiero się postarał...



 Zaczęliśmy gadać, po chwili dołączył do nas Brian, Meg, Natalie i rozmowa toczyła się na całego. Jakąś godzinę później Megan zaczęła się rozglądać.
- Co jest? - spytałam
- Szukam twojego faceta - odparła - Coś go nie widać...
- Pójdę go poszukać, jeśli mogę...
- Pewnie, idź - potaknął mi Roger. Zaczęłam sie przechadzać po sali szukając Joe.
W końcu go znalazłam... Stał z Angusem i Kirkiem, pijąc i śmiejąc się. Ok. Tyle, że wszyscy troje byli totalnie nawaleni. Westchnęłam, podchodząc do gitarzystów i ciągnąc Perry'ego za rękaw.
- Joe! - odwrócił głowę
- Ta....k?
- Ile wypiłeś?
- Ma mazde i opla... - nucił
- PEREIRA! - podniosłam głos
- Weeeź, Cass, zostaw go... - wybełkotał Hammet
- Właśśś...nie....to jest...impreza... - mruknął Young, leżąc na stole.
- Czemu się...nie napijesz?
- Bo nie chcę psuć innym zabawy - syknęłam
- Coś sztywna ta twoja panienka - zarechotał Kirk
- Na kolana i do rana - wybuchnął śmiechem Joe, a ja poczułam jakbym dostała w twarz
- Cztery razy po dwa razy... - wył Angus ze stołu. Joe objął mnie w pasie, ale odtrąciłam jego rękę
- Patrzcie, patrzcie, Perry sobie oporną przydybał... - znikąd pojawił się Lemmy Kilmister
- Jak laska nie daje, to się ją upija i heja! - wrzasnął Kirk, wychylając drinka
- Co tam upija, ona jest na moje każde zawołanie, stary... - tłumaczył Joe, klepiąc mnie w tyłek
- Oh, co z ciebie za kretyn, Perry! - fuknęłam, odpychając go od siebie i powstrzymując łzy
- No co, a może nie? Taka prywatna dziwka, czaicie bazę - mrugnął do nich gitarzysta Aerosmith, a ja odwróciłam sie na pięcie i dosłownie zwiałam, płacząc cicho.

[Teraz będzie taka nieco dziwna perspektywa, raz Cass i raz druga osoba :D Ten fragment był pisany z moją przyjaciółką Mej - buziaki dla niej ;***]


[C]
Wyleciałam z sali. Po policzkach spływały mi łzy. Ough, co za kretyn... jutro z nim pogadam i mu przemówię do rozsądku, nosz kurwa! Wyszłam na tyły budynku, było dość ciemno, ale świeciło kilka latarni...
[J]
Stałem sobie w swoim skórzanym garniaku, spokojnie odgarniając zbyt długie włosy. Zaciągnąłem się ukochanym Marlboro. Taaaaa...
[C]
Szłam szybkim krokiem, patrząc w podłogę, aż nagle poczułam, że na kogoś wpadam.
[J]
Aj! Ktoś na mnie wpadł i w tym samym momencie moje plecy spotkały się aż za mocno ze ścianą
[C]
- Jezu, ja przepra... - urwałam w pół słowa, widząc na kogo wleciałam...
[J]
Zaśmiałem się ironicznie. - Nie szkodzi.
[C]
Zagryzłam wargę. Jak dobrze, że w ciemności nie widać moich purpurowych policzków... Chciałam się odwrócić i sobie pójść, ale jakaś niewidzialna siła trzymała mnie na miejscu.
[J]
Odwróciłem się plecami do niej. Ooouuu, sama? Czyżby pan gitarzysta przestał się zachwycać?
[C]
Wbiłam wzrok w ziemię. Ough, Joe, kretynie, powinieneś tu być, a nie leżeć pod stołem...
[J]
Powolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi.
[C]
- John, zaczekaj! - pfff, Ty kretynko
[J]
Przystanąłem na moment - Chyba Ci się imiona pomyliły, Cassandro.
[C]
- Dlaczego? - starałam się żeby głos jak najmniej mi drżał
[J]
- John? Już nie Joe? Hm. Ciekawe.
[C]
- Joe... rozumiem, że nie mam prawa gadać z żadnym innym facetem? Poza tym, pan Perry jest niestety aktualnie....- zamilkłam
[J]
- Nie przy Tobie? Opuszcza Cię, co? Przekłada zabawę nad Ciebie? Może po prostu...NIE ZWRACA UWAGI?
[C]
On Cię tylko prowokuje, Cass, nie daj sobie... - Ma prawo się napić
[J]
- Każdy ma prawo.
[C]
- No właśnie
[J]
- A, że tak zapytam, jak Steven?
[C]
- W porządku, przecież się z nim widujesz
[J]
- Nie ten Steven.
[C]
- Ah.... - speszyłam się - Ma się dobrze, nawet bardzo, mieszka sobie aktualnie u Tylera
[J]
- To dobrze.
[C]
Kiwnęłam głową
[J]
- Cóż, no to powodzenia, Cassandro. Pozwól, że wrócę do gości. Nie martw się - Twojego ślubu też nie opuszczę.
[C]
- Jaki ślub?!
[J]
- Nie wiem, ale przyszła pani Perry zapewne będzie wiedzieć.
[C]
- Ale...ale ja... - ciekawa opcja... ślub z Joe?! Szczerze mówiąc....nie widzę tego jeszcze.... - My....nie jesteśmy....zaręczeni...
[J]
- Czas pokaże. W końcu on jest przy Tobie od zawsze...On Cię kocha...Wasz związek polega na wzajemnym wsparciu, a nie tylko mizianiu się...No to czas zrobi swoje! - byłem już w drzwiach sali
[C]
Otwarłam usta i już miałam go zbyć jakimś argumentem, ale... czy on.... przypadkiem.... cholera... on ma.... racje.... co ja pieprzę, nie ma! Przecież Joe mnie kocha i mi pomaga.... Moje piękne poczucie stabilizacji właśnie się jebło.
- Za....zaczekaj!
[J]
- Na co niby?
[C]
Zagryzłam mocno wargę. Właśnie... na co niby?
[J]
- Cassey. Cassey. Cassey. Ja Ci mówię. Szczęście Ci dopisuje. Masz tego, którego chciałaś. Cóż. Muszę iść. Trzeba pogratulować szczęścia nowożeńcom.
[C]
Czemu.... czemu mnie tak cholernie boli to, że on tak mówi?! Przemyślałam w kilka sekund jego słowa po raz drugi... coś w tym kuźwa jest....
[J]
Wszedłem do sali i mnie przytkało. Joe Perry wpijający się w usta Share Pedersen? Dobre!
[C]
Zostałam na dworze i pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Co jest ze mną nie tak?!
[J]
- Cassandro?
[C]
Podniosłam głowę. Ough, nie pełnym imieniem
- Tak?
[J]
- Wracaj tam. Myślę, że Perry Cię potrzebuje.
[C]
- Leży nawalony to mam to gdzieś
[J]
- Doprawdy?
Odszedłem od drzwi, odsłaniając jej widok.
[C]
Poczułam, jakbym dostała nożem prosto w serce. Otwarłam usta i stałam jak kołek, totalnie w szoku
[J]
- Ale się nie martw. On Cię kocha, prawda?
[C]
Odwróciłam się, ukrywając łzy.
[J]
Odruchowo ją przytuliłem.
[C]
Odwróciłam się, wtulając mocno w jego klatkę piersiową... kurwa, co ja robię...
[J]
- Nie płacz, Cassey.
[C]
- Jak.....mam....nie....płakać?! - załkałam głośno
[J]
- Za kimś, kto nie kochał naprawdę?
[C]
- Skąd możesz o tym wiedzieć?! Po pijaku robi się różne rzeczy!
[J]
- Taaaaak? To przypomnij sobie jedną z naszych wspólnych imprez, jak uwalony uparcie twierdziłem, że kocham Cię jak nikogo innego. Kurwa, zostało mi to.
[C]
Milczałam. Odwróciłam głowę, patrząc na Joe
[J]
Tak samo popatrzyłem na Joe, który dobierał się do Share coraz bardziej. Chuj.
[C]
Zakrztusiłam się łzami.
- Zaraz jej wjebię!
[J]
- Jej?
[C]
- Jej!
[J]
- A dlaczego jej?
[C]
- Bo sie z nim obściskuje?
[J]
- A nie ON się obściskuje z nią? Na siłę go bronisz.
[C]
- Nie bronię go!
[J]
- Bronisz. Bo gdybyś nie broniła, dostrzegłabyś to - pokazałem palcem na wyrywającą się Share i Joe'go, usiłującego pozbyć się jej sukienki
[C]
Szarpnęłam się - Puszczaj mnie, idę jebnąć jej w gębę a jego zabrać do domu!
[J]
- Oczywiście. Idź!
[C]
Spojrzałam na Joe i ogarnęła mnie rezygnacja. A niech robi co chce... - John, ja....
[J]
- Tak? Nie idziesz?
[C]
- Nie... Pogadam z nim jak się ogarnie
[J]
- Jasne.
[C]
Spuściłam wzrok - Dużo facetów....tak robi.....szczególnie....rockmanów... - usprawiedliwiałam go
[J]
Puściłem ją - Dlatego wolę soul i funk
[C]
Zawołałam - JOE!

*Joe nie reaguje*

Łzy mi popłynęły po policzkach
[J]
Wzruszyłem ramionami
[C]
Nawet jego to nie obeszło...
[J]
- Fajnie Wam się układa.
[C]
- PRZESTAŃ JUŻ!
[J]
- Bo co? Boli Cię, prawda? Mnie też bolało.
[C]
Zamilkłam
[J]
- No właśnie. Ale Ty zawsze musisz być pokrzywdzona. Zawsze.
[C]
- Co proszę?!
[J]
- Nie dałem Ci wytłumaczyć, co? To Ty mnie nie zauważyłaś.
[C]
Miał cholerną racje...
- Ale nie dałeś mi szansy...
[J]
- A Perry nie dał Ci prawdziwej miłości.
[C]
- Skąd Ty to możesz wiedzieć?!
[J]
- Widziałem za dużo.
[C]
- Ach tak? Niby co?
[J]
- Facetowi zależy na Twojej bliskości fizycznej. Ma w dupie Twoje problemy.
[C]
- Ciekawe...jako jedyny sie zainteresował po wypadku... Wspiera mnie!
[J]
- Ja leżałem pod kroplówką.
[C]
- A co Ty masz do tego? - syknęłam
[J]
- To, że byłem bliski trumny? To, że ledwo mnie odratowali?
[C]
- I? - jestem suką... - Co z tego?
[J]
- W sumie to mogli mnie nie ratować. Nikt by nie zauważył. Natomiast, gdyby Aerosmith mieli wypadek, wszyscy płakaliby za każdym członkiem. Bo u nich nie ma żadnych ludzi z przypadku - odszedłem gdzieś przed siebie, odpalając Marlboro
[C]
Zakuło mnie w sercu - Deaky, nie mów tak...
[J]
- Deaky? I co? Myślisz, że to naprawi sytuację? Jestem pewny, że gdy Joe kiwnie palcem, polecisz jak strzała. Teraz 'Deaky', bo Cię zranił.
[C]
Przytkało mnie totalnie - Ale ja...ja...
[J]
- No co? Nie tak jest? Wcale? Jasne, Cassey.
[C]
- Skoro tak sądzisz, po co ze mną rozmawiasz? - starałam się, by mój głos był obojętny
[J]
- Bo wiem, że gdzieś tam jest u Ciebie taka część, która nie chce Perry'ego.
[C]
- Widzę, że nie znasz mnie ani trochę - skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej - Mówisz, jakbyś wiedział co do kogo czuję.
[J]
- Wiem. Znam Cię nie od dzisiaj.

[C]
- Może nie od dziś, ale ja kocham Joe - nawet nie drgnęła mi powieka
[J]
- Dobrze - odszedłem, nawet na nią nie patrząc - Ale on Ciebie już chyba nie.
[C]
- DLACZEGO ZNÓW IDZIESZ?!
[J]
- Od Ciebie.
[C]
- Dlaczego? - w moim głosie zabrzmiała histeria
[J]
- Bo sama nie wiesz, czego chcesz.
[C]
Masz racje. Nie wiem - To znaczy, że musisz mnie tu zostawiać?! - głos mi drżał bardzo słyszalnie
[J] 

- Ty mnie zostawiłaś. Bałem sie tego. Bardzo. Ale teraz sama poczujesz, jak kto jest, gdy miłość życia Cię opuszcza!
[C]
- Nie jesteś... - urwałam, uświadamiając sobie, że skłamię, kończąc to zdanie jak jeszcze przed chwilą zamierzałam
[J]
- Wiem, że nie, dlatego idź już do Joe'go - wsiadłem do samochodu i odjechałem.
[C]
Oparłam się o ścianę w zupełnym szoku. ON. SOBIE. POJECHAŁ?! TAK PO PROSTU?! Spuściłam wzrok, zastanawiając się co teraz... Joe'go siłą do domu nie zaciągnę, wróci, jak będzie chciał... Jakoś mi to obojętne w tym momencie... 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 10

Odpaliłam kolejnego już papierosa i zaciągnęłam się mocno. Siedziałam na wzgórzu, pod wielkim drzewem i milczałam, paląc fajkę za fajką.
- Kiedy się w końcu ogarniesz, Cass? Ile będziesz jeszcze siedziała, paliła i gapiła się w przestrzeń?! Zdecyduj się w końcu, Joe łazi jak w transie, prawie się nie odzywa, Johna nie widziałem od czasu waszej kłótni... ZRÓB COŚ DO CHOLERY!
- Steven...błagam...mam za dużo problemów, żebyś jeszcze ty się na mnie wydzierał...
- No to decyduj w końcu! John czy Joe? - westchnęłam ciężko
- Kiedy...ja....ja... - wybuchnęłam płaczem - KIEDY JA NIE WIEEEEM...
- Słonko... - Steven objął mnie w pasie - Jako twój brat mam zasrany obowiązek ci pomóc, a jako przyjaciel chcę ci pomóc... I chcę pomóc im. Oni cierpią podwójnie, bo nie wiedzą na czym stoją...
- STEVEN, DO KURWY, JA NAWET JUŻ NIE JESTEM PEWNA KOGO JA KOCHAM! - wybuchnęłam, uderzając go pięścią w klatkę piersiową. Steve zręcznie przytrzymał mi nadgarstki.
- Przestań proszę - powiedział łagodnie - Nic na siłę... Możesz przecież być sama, prawda?
- Powiedz mi, Steven...czy...Joe...jeszcze mnie lubi?
- On za tobą szaleje, mała...boli go, że się nie odzywasz... od dwóch tygodni! Johna nie widziałem...
- Ja też nie... - zagryzłam wargę - Chłopaki z Queen próbują się z nim skontaktować...
- Ale to...a próby? - pokręciłam głową - Nie ma go w studiu...
- A Fred, Bri, Rog?
- Mamy taki sam kontakt...wspierają mnie, ale martwią się o Johna...boję się, że coś sobie... - dławiło mnie w gardle
- Czyli ci na nim zależy!
- Tak
- A gdyby Joe sobie coś zrobił?
- Ja bym chyba umarła...weź, nie mów...
- Pilnujemy go...spokojnie...
- Chcę się z nim zobaczyć. Teraz - powiedziałam, patrząc na Tylera - Zawieź mnie do niego.
- Serio?
- Tak.
- Jednak jestem zajebisty w pocieszaniu! - zaśmiał się, wziął mnie pod rękę i poszliśmy do jego samochodu.
- Powodzenia, mała - powiedział, wysadzając mnie pod domem Joe - Zadzwoń jak coś...
- Ok... i ten... dziękuję za wszystko, brat.
- Nie ma sprawy - mrugnął do mnie - Na razie!
- No pa! - podeszłam cała w stresie do drzwi, ale zamiast zapukać, weszłam do środka. Joe siedział na kanapie, patrząc w wyciszony telewizor, ale widać było, że wcale go nie ogląda. Podeszłam nieco bliżej i powiedziałam cicho:
- Joe...? - podniósł głowę
- Cassie?! - wstał i podszedł bliżej. Miał rozczochrane włosy i zmęczony, smutny wzrok, teraz jednak ożywiony na mój widok - Ja...ja myślałem...że...nie chcesz...mnie znać...
- Głuptas - odparłam, rzucając mu się na szyję - Dobrze cię widzieć...
- Ciebie bardziej, Cass - tulił mnie mocno - Tęskniłem za tobą...
- Ja za tobą też...
- Czy wy z Johnem...?
- Nie widziałam go od czasu tej kłótni, Joey... - tak, tak, wiem, Joey Kramer, perkman...Ale jak inaczej zdrobnisz 'Joe'? No nie da się!
- Przykro mi...


*Joe*


Moje serce koziołkowało jak po dragach, w górę i w dół. Boże, nie byłem taki szczęśliwy od wieków! Nie dość, że sama przyszła, to jeszcze daje się tulić! Zacząłem głaskać ją po plecach, czując, że jestem coraz bardziej zakochany...
- Cassey?
- Hmm? - obrzuciłem ją wzrokiem. Miała na sobie czerwone biodrówki w kratkę, białą koszulkę z Beatlesami i trampki.
- Ślicznie wyglądasz - uśmiechnąłem się leciutko
- Dzięki... - zaczęła przeczesywać mi dłonią włosy, próbując je jakoś ułożyć
- Zooostaw....Nie ułożysz...
- Ale ja...ja chcę...cię głaskać tylko... - odparła cichutko - Chyba, że nie chcesz...
- Chcę! - jasne, że chcę, przecież cię kurwa kocham! - Usiądziemy?
- Chętnie - opadłem na kanapę, ciągnąc Cass na swoje kolana. O, tak może być. Położyłem nogi na poduszkach, a Cassey oparła głowę o moje ramię, niemal leżąc mi na kolanach. Niech tak zostanie *.*
- Wygodnie tak... - zamruczała, a ja uśmiechnąłem się jak idiota - Dobrze mi z tobą, wiesz?
- Ser...io? - ŻE CO!?
- No serio!
- A...mam pytanie, ale...nie wiem...
- Pytaj, Joe - uśmiechnęła się słodko
- Bo ja...yhm...czy ty....będziesz...dalej....z Johnem...czy oficjalnie....jesteś...wolna?
- Ja... - zamilkła na dłuższą chwilę - Nie wiem, Joey...Za wcześnie na takie pytania...Ja nawet...on mi nawet...nie dał... - spojrzałem na nią. Płakała - Nie dał szansy się wytłumaczyć!
- Mała... - szepnąłem - Nie płacz, proszę... Nienawidzę, kiedy płaczesz... - ale ona nie mogła się uspokoić. No to zrobiłem jedyne, co wydawało mi się słuszne... Wpiłem się mocno w jej wargi.


*Cass*


Pocałował mnie. Po prostu mnie pocałował, a ja... ja mu się poddałam. Odwróciłam się tak, że leżałam na nim i oddawałam jego namiętne pocałunki, obejmując go mocno. Czułam gorąco rozchodzące się po całym ciele, miękkość jego warg i przyjemne ciepełko bijące od jego ciała. Położył swoje ręce na moich plecach i głaskał mnie delikatnie i czule. Czy on się we mnie... zakochał?


*Joe*


No to już po mnie. Da się umrzeć z zachwytu? Bo ja już umieram od paru minut, ale to niezwykle przyjemne umieranie... Awh, Boże, jak cudownie.
Przygryzłem jej leciutko wargę, a ona jęknęła cicho. Joe Perry wygrał życie! Wsunąłem język między jej wargi, czyniąc ten pocałunek jeszcze bardziej namiętnym. Poddała mi się totalnie, obejmując rękami moją twarz. Czy to oznacza, że...?

W końcu oderwaliśmy się od siebie.
- Cassey...? - zamruczałem
- Tak, Joe?
- Ja...ja...nic już - przytuliłem jej głowę do mojej szyi i leżeliśmy sobie w ciszy. Mogłeś spytać, Perry... Ale w sumie po co... Po co psuć to COŚ co jest między nami?
- Joey... - uniosła się lekko kilkanaście minut później
- Tak, słońce?
- Ja muszę...muszę wracać do domu...jutro mam próbę i w ogóle...
- Nie zostaniesz? - spytałem z żalem w głosie
- Nie, Joey, nie zostanę, ale przyjdę jutro, jeśli chcesz...
- Pewnie! Przychodź kiedy tylko zechcesz!
- Dzięki... - wstaliśmy z kanapy - Mogę się jeszcze przytulić?
- No ej! Co za pytanie, chodź tutaj! - wtuliła się we mnie na dłuższą chwilę
- Dobrze, że jesteś, Joe - szepnęła, pocałowała mnie szybko w policzek i wyszła, machając mi z uśmiechem.
Padłem na wznak na kanapę, szczerząc się do sufitu. Życie to jest jednak zajebiste!


*Cass*


Rozpadało się mocno, ale nie zamierzałam dzwonić po Stevena. Od domu Joe do jego jest może pół godzinki spacerkiem, a ja chętnie się przejdę i pomyślę spokojnie...
Przypomniały mi się miękkie wargi Perry'ego, tak delikatnie całujące... Awh.
Czy on się we mnie...zakochał?
A ja?
Pomyślałam o Johnie... Chciałabym go zobaczyć, wiedzieć, że nic mu nie jest...
Stanęłam pod daszkiem przystanku autobusowego i zerknęłam machinalnie na rozkład, po czym ruszyłam z powrotem w drogę. Trampki przemokły mi totalnie, ale nie zmartwiło mnie to jakoś... Podniosłam głowę, pozwalając kroplom spływać po mojej twarzy i szyi...
Deszcz od zawsze działał na mnie uspokajająco... Oh, dlaczego ja nie potrafię się zdecydować, kogo tak naprawdę kocham?!
Kocham...?
Ja w ogóle kocham?
Stanęłam przed drzwiami domu Stevena i weszłam bez pukania.
- Jestem! - zawołałam.
- Co do ch... CASS!? SZŁAŚ NA PIECHOTĘ?! - wokalista wyglądał jakby miał dostać zawału. Wyjął z szafki ręcznik i zaczął nerwowym ruchem wycierać mi twarz i włosy.
- Oj, Stevie... - zaśmiałam się - Nie jestem małą dziewczynką
- Wiem - posłał mi lekki uśmiech - Ale nieodpowiedzialną owszem!
- Oj, nie gadaj... Zawieziesz mnie do domu?
- No jeszcze pytaj!
- A...Steve, bo ja...yhm....mogłabym się wprowadzić do ciebie....na trochę?
- Pewnie!
- To ja...przyjadę jutro pod wieczór...ok?
- Jasne, będę czekał! - widać było, że się cieszy - Chodź, jedziemy już - podwiózł mnie pod dom i pożegnał mocnym tuleniem.
Weszłam do pustego mieszkania, rzucając torbę w kąt. Rany... Poszłam pod prysznic, zjadłam jabłko i położyłam się spać..


***


Obudziłam się wczesnym popołudniem. Było na tyle dużo czasu, że zdążyłam zjeść obiadośniadanie, ubrać się i spakować. Wzięłam torbę z rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do garażu po mojego Harleya z nowym skórzanym obiciem na siedzenie. Schowałam torbę do bagażnika, założyłam kask i ruszyłam na pełnym gazie, jadąc najdłuższą drogą jaką znałam.
W końcu zatrzymałam się, wjeżdżając elegancko na tyły ogrodu Tylera. Zdjęłam kask, zabrałam rzeczy i weszłam do domu. Odłożyłam torbę na krzesło i poszłam do salonu się przywitać.
- Cześć, Ste... - przerwałam w pół słowa. Obok Stevena, na kanapie siedział John... Zeszczuplał strasznie, miał zmęczoną twarz i ogólnie wyglądał jak życiowy przegryw...
Tyler uniósł głowę, jego wzrok mówił 'o niczym nie wiedziałem!'.
Stałam na środku salonu jak kołek, nie wiedziałam, czy mam się odezwać, czy mam sobie iść...
- Siemanko, siostrzyczko! - powiedział w końcu Steven - Chodź tu usiąść, co? - posłusznie podeszłam, siadając po lewej stronie brata. Zapadła niezręczna cisza.
- To ten... Deaky... Co się z tobą, stary, działo przez tyle czasu?! - zapytał Tyler po dłuższym czasie
- Nic... siedziałem, myślałem... i paliłem fajki - odpowiedział cicho - Chciałem z tobą pomówić trochę... - jego głos nabrał mocy - No ale musiała się wpierdzielić laska Joe, nie?! - przyznam, że mnie zatkało - Nie dość, że nie przeprosiła...
- ZA CO MIAŁAM CIĘ PRZEPRASZAĆ?! - aż wstałam
- MOŻE ZA TO, ŻE SIĘ LIZAŁAŚ Z TYM CIOTĄ, KIEDY CHWILĘ WCZEŚNIEJ MÓWIŁAŚ, ŻE MNIE KOCHASZ! - wybuchnął
- NIE MÓW NA NIEGO CIOTA, ZJEBIE!
- BO CO MI ZROBISZ? ZNALAZŁA SIĘ, KURWA... IDŹ SOBIE DO NIEGO I SZCZĘŚCIA WAM!
- NIE DAŁEŚ MI NAWET SZANSY SIĘ WYTŁUMACZYĆ!
- CO TU TŁUMACZYĆ?! JA PRZY NIM JESTEM PIĘTRO NIŻEJ OD STOPNIA 'NIKT'! ON JEST JOE BOSKI PERRY! JA JESTEM NIKT, KURWA! - wrzeszczał mi prosto w twarz. Zamilkłam, oddychając szybko. Po prostu totalnie mnie zatkało.
- NIENAWIDZĘ CIĘ! - rozpłakałam się głośno - NIE CHCĘ CIĘ WIĘCEJ WIDZIEĆ, IDIOTO! - odwróciłam się na pięcie, zabrałam torbę i wybiegłam z domu. Założyłam kask i jak najprędzej odjechałam spod domu Stevena. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam się skupić na drodze, bo myślami cały czas krążyłam wokół Johna i Joe'go...
W pewnym momencie usłyszałam głośny klakson, poczułam uderzenie i zapadła ciemność...


***


Obudził mnie ból. Otwarłam oczy i jęknęłam cicho. Bolało mnie całe ciało i cholernie chciało mi się pić. Za trudem uniosłam się na łokciach. TO JA NIE JESTEM W SZPITALU?
Pomieszczenie, gdzie leżałam, okazało się być sypialnią w delikatnym, jasnoniebieskim kolorze. Poruszyłam rękami, potem nogami. Hm... wygląda na to, że nic mi się nie stało... Co ja tu w ogóle robię?! A, tak... miałam wypadek na motorze... Gdzie ja jestem?
Wstałam z łóżka, i krzywiąc się z bólu, zeszłam po schodach. Dom wydawał mi się znajomy...
Stanęłam w korytarzu... Już wiem gdzie jestem.
Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, ale dowlokłam się jakoś do salonu. Joe, widząc mnie, zerwał się z kanapy.
- Cass! - wtedy straciłam resztkę sił i osunęłam się na ziemię, chrypiąc:
- Pomóż mi... - Perry podszedł, ostrożnie mnie podniósł i położył na kanapie.
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam, obejmując jego szyję.
- Jechałem sobie... I zauważyłem twój motor...
- Skąd wiesz, że mam motor?
- Ja... Popytałem nieco... - wyraźnie się speszył
- Jasne - uśmiechnęłam się, patrząc w jego ciemne oczy - Pokłóciłam się z Johnem... Dlatego jechałam jak debilka, dawno nikt mnie tak nie zdenerwował... A... dlaczego nie zawiozłeś mnie do szpitala?
- Byliśmy w szpitalu, słońce, spałaś ponad dwa dni...
- CO?!
- No...
- I ty...się mną...cały czas opiekujesz? - byłam totalnie zaskoczona
- Tak, ko... Cass.
- O....jej....ja...nie wiem co powiedzieć, Joey... - zarumieniłam się lekko
- Nic nie mów - uśmiechnął się - Wystarczy mi, że jesteś tu ze mną... - zrobiło mi się cholernie miło i cieplutko na serduszku - Chciałabyś coś do picia, coś zjeść...?
- Jej, strasznie mi się pić chce... - powiedziałam, a gitarzysta wstał i przyniósł mi szklankę wody. Wypiłam, patrząc na niego z wdzięcznością.
- Czy...Steve...i reszta wiedzą?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami
- NIE POWIEDZIAŁEŚ IM?!
- Po co? Żeby niepotrzebnie cię denerwowali?
- W sumie...masz...masz rację...a teraz....proszę...zawieź mnie do domu.
- O nie, nie, nie!
- Dlaczego?
- Jesteś osłabiona po wypadku... Zostaniesz u mnie na kilka dni.
- Niech będzie - uśmiechnęłam się
- Cass, a ja...wiem, że się nie pyta o to, ale...ile ty masz właściwie lat?
- 18, słonko - Joe rozdziawił usta
- Ja mam 25, o... Duża różnica...
- Czy ja wiem? 6 lat to dla ciebie dużo?
- Nie tyle, że dużo, tylko... Taka dziwna rozpiętość...
- John jest tylko rok młodszy od ciebie... - powiedziałam i od razu tego pożałowałam. Po twarzy gitarzysty przebiegł cień; posmutniał wyraźnie - Przepraszam, że o nim wspomniałam...
- Boli cię to?
- Co?
- Myśl o nim...
- Boli. Boli, bo mnie tak cholernie zranił, Joe.
- Jeśli chcesz, to ja się usunę w cień...
- NIE! - Perry był wyraźnie zaskoczony
- Nie?
- Nie, Joey.
- Dlaczego?
- Bo ja...
- Tak?
- Mi...Zależy mi na tobie.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Jesteś kochany i miły i śliczny i...i...
- I?
- I chcę, żebyś mnie pocałował - szepnęłam, a Perry przywarł mocno do moich warg. Całowaliśmy się coraz bardziej namiętnie, a mi się to coraz mocniej podobało. Po chwili oderwałam się od niego, gdyż zadzwonił telefon.
- Odbierz, Joey
- Jasne - podniósł słuchawkę, słuchał chwilę, po czym zrobił się blady jak ściana
- Co jest?
- Jasne... - mówił w słuchawkę - Oczywiście....wszystko ci wytłumaczę...tak...dobrze...no, no, pa.
- Co się stało...? - spytałam cicho
- John... - poczułam bolesne ukłucie w sercu - Jest w szpitalu.
- CO?! DLACZEGO?!
- Płukanie żołądka...
- Po czym!? Przecież...
- Jakieś leki... Słonko, on sobie chyba nie daje rady... To moja wina...
- Anthony Josephie Pereira! - podniosłam głos, a na twarzy Joe wymalował się szok - Jeszcze raz tak powiedz, to się na ciebie obrażę!
- Ale ja...ja...
- Ciiii - położyłam mu palec na ustach - Nic już nie mów
- Chcesz do niego jechać?
- Po tym co mi zrobił?! W ŻYCIU! - Perry pokiwał głową
- Ładnie mnie nazwałaś tak ogólnie... Pełne imię, nonono...
- I tak wolę mówić do ciebie Joe albo Joey - uśmiechnęłam się słodko. Nagle ponownie zadzwonił telefon.
- Halo? Jest.... Jasne, już daje - podał mi słuchawkę - Do ciebie
- Tak?
- Cześć, Cassey, tu Roger... Ja... Chciałem cię zaprosić... na... mój ślub.
- Z KIM? - to mnie zaskoczył!
- Z Megan...
- O RAJU, RAJU, GRATULACJE! - pisnęłam z radości
- Dzięki, dzięki... Awh, cieszę się!
- Ja też! To....kiedy to macie?
- Za tydzień, w niedzielę, o 11...
- Będę, jasne!
- Ale z osobą towarzyszącą!
- Przyjdę z Joe!
- Ooo... pewnie! Czy wy...?
- Nie. A bynajmniej jeszcze nie - uśmiechnęłam się do Perry'ego
- W każdym razie, powodzenia i widzimy się w niedzielę.
- Tak! Jeszcze raz gratuluję!
- Jeszcze raz dzięki, słońce! Paaa!
- Pa, Roggie! - oddałam telefon Joe'mu
- Pójdziesz ze mną na ślub Rogera i Meg, prawda?
- OCZYWIŚCIE! - wyraźnie się ucieszył. Posłałam mu uśmiech i wtuliłam się w jego bok.

niedziela, 2 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 9

WIELKIE BRAWA I PODZIĘKOWANIA DLA MOJEJ KOCHANEJ SIOSTRZYCZKI, ZA NAPISANIE NAJLEPSZEGO WKURWA ROKU *brawa* <3333


***


W środku aż się skuliłam. O kurde...
- Ooo, to fajnie, 16 ci pasuje? - Joe zdawał się nie widzieć wzroku Johna.
- Ja... ja... ja... tak... - odparłam cicho, odwracając się do Perry'ego i uśmiechając się nieśmiało. Odpowiedział tym samym.
- Hm... Nie żebyśmy was wyganiali, czy coś, ale jesteśmy nieco zmęczeni... A jutro znów koncert... - powiedział Steven
- Jasne, my... ja... pójdziemy już - przytuliłam mocno Tylera - Kiedy się zobaczymy?
- Wymieńmy się numerami, zdzwonimy się - napisaliśmy sobie wzajemnie na nadgarstkach numery telefonów, śmiejąc się głośno.
- Ok, to pa wszystkim! Pa, Joe - spłonęłam rumieńcem, kiedy gitarzysta Aero posłał mi buziaka.

Musiałam niemal biec za Johnem do jego samochodu.
- Poczekałbyś na mnie! - zawołałam, ale ten nawet się nie odwrócił. Otworzył drzwi i wskoczył na fotel kierowcy. Po chwili wsiadłam obok niego, czując, że jest coś na rzeczy. Podczas drogi nie odezwaliśmy się ani słowem, w domu też - nic.

Kiedy się umyłam, zeszłam na dół, do salonu w szortach i luźnej koszulce. Deaky coś czytał, siedząc na kanapie. Podeszłam i usiadłam obok niego, wtulając się w jego bok.
- Deaky... - cisza - Ej, Deackson... Czemu nic nie mówisz? Powiedz coś no!
- Co mam mówić?
- Cokolwiek... Jesteś na mnie zły?
- Nie, kurwa, gdzieżby!
- Nie krzycz na mnie - odsunęłam się od niego - Powiesz mi, dlaczego jesteś wściekły? - milczał - Proszę, słonko... Proszę, błagam no!
- MÓW SOBIE 'SŁONKO' DO TWOJEGO NOWEGO KUMPLA!
- Ale... to... co?!
- DOPÓKI ON SIĘ BĘDZIE DO CIEBIE PRZYSTAWIAŁ, JA BĘDĘ MIAŁ TAKI HUMOR! A teraz idę pisać singiel, miłego wieczoru - wstał i zaczął wchodzić po schodach na górę. Podeszłam i chwyciłam go za ramię
- John, proszę! - wyrwał mi się i trzasnął drzwiami - Deaky... - zapukałam delikatnie
- Nie przeszkadzaj mi!
- Zajmę ci minutkę... chcę porozmawiać...
- Nie teraz. Jak skończę, a teraz mnie zostaw!
- Ja...jasne... - zbiegłam po schodach, zanosząc się płaczem. Znowu spierdoliłam coś ważnego dla mnie! Rzuciłam się na kanapę, rycząc jak idiotka. Świeeetnie, Cass, braaawo.
Dawno tak nie płakałam jak teraz... rany... Po jakimś czasie poczułam, że ktoś głaszcze mnie po policzku.
- Cassie, ja... przepraszam... nie płacz, kochanie... - podniosłam załzawiony wzrok
- Przytul mnie... - szepnęłam, a John wziął mnie w ramiona i mocno tulił - Ja naprawdę... na niego... nie lecę...
- Wiem... wiem, ja... po prostu zależy mi na tobie i boję się, że cię stracę...
- On jest miły i w ogóle, ale nie zastąpi mi ciebie, jasne? Rozumiesz?
- Rozumiem... rozumiem. A... pójdziesz jutro?
- Gdzie?
- No z Joe...
- Tak, jasne! Skoro mnie zaprosił, to pójdę - spojrzałam Deaky'emu w oczy - Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego, ok? - pokiwał głową - Proszę cię - objęłam mocno jego twarz
- Dobrze... - odparł ze źle skrywaną zazdrością
- To jest mój przyjaciel, skarbie. Ty jesteś moim facetem, zrozum to!
- Rozumiem ale i tak będę zazdrosny... - westchnęłam
- To bądź... nic na to nie poradzę... w sumie miło wiedzieć, że komuś na tobie zależy - uśmiechnęłam się szeroko, przejeżdżając mu palcami po policzku. Odpowiedział również uśmiechem i zapytał:
- Może pójdziemy spać, co?
- Może tak...
- Chodź, wybierzesz sobie sypialnię
- Ale ja... yhm... - zaczerwieniłam się lekko - Nie chcę spać sama... - John zagryzł lekko wargę z delikatnym uśmiechem
- Nie ma sprawy - wziął mnie za rękę i poprowadził do sypialni - Kładź się, ja jeszcze pójdę do łazienki
- Jasne - ułożyłam się na łóżku, okrywając się kołdrą. Zamknęłam oczy i po chwili usłyszałam, że on wraca do pokoju. Uśmiechnęłam się lekko, udając, że już śpię. John położył się w nieznacznej odległości i... i co i tyle? O nie, tak nie ma. Odwróciłam się i wtuliłam w niego mocno.
- Jednak nie śpisz? - szepnął, głaszcząc mnie po włosach
- Jeszcze nie, ale teraz już zasnę - odparłam, opierając mu głowę na torsie i zamykając oczy...

***

Obudziła mnie rano cicha melodia grana na pianinie. Oparłam się na łokciach i rozejrzałam dookoła, szukając źródła dźwięku. Wstałam z łóżka i poszłam za melodią. Aha!
Deaky siedział przy pianinie, grając z przymkniętymi oczami, jakiś utwór. Nie chcąc mu przerywać, oparłam się o futrynę i słuchałam w milczeniu dłuższą chwilę.
- Pięknie grasz - powiedziałam, gdy skończył. Podniósł wzrok.
- Ja...dziękuję...I... Hej tak w ogóle.
- No hej - podeszłam i pocałowałam go leciutko w usta - Jadłeś śniadanie?
- Nieee, tak sam?
- To może coś zjemy?
- A na co masz ochotę? - spytał, ciągnąc mnie na swoje kolana
- Musli z owocami, o!
- Da się zrobić - uśmiechnął się i zniósł mnie na rękach na dół - Daj mi 20 minut, ok?
- Jasne! - usiadłam na stole w kuchni - Mogę tak?
- A pfff, siedź gdzie chcesz! - zaśmiał się i zaczął robić śniadanie. Wstałam i włączyłam radio, po czym przeczesałam palcami włosy. Śpiewałam sobie cicho, kiedy John postawił na stole dwie szklanki, o, takie:


- Może być? - spytał, a ja rozdziawiłam usta
- No ej ba! Pewnie, że może! - odparłam i wzięłam się za jedzenie
- Smakuje?
- Tak! - kiedy zjedliśmy oboje, odniosłam szklankę do zlewu i zerknęłam na zegarek. 11? Uhm...
- Macie dziś coś? - spojrzałam na Johna
- To znaczy?
- Próba! - przewróciłam oczami - Kogo wzięliście na moje miejsce?
- Żartujesz? Nikogo!
- Tak, tylko, że...
- Boisz się?
- Trochę... Nie wiem jak z moim śpiewem...
- Chodź - wziął mnie za rękę i poprowadził do pokoju z pianinem - Umiesz grać? Aaaa, umiesz, mówiłaś na przesłuchaniu. Dajesz!
- Ale ja... no dobrze - usiadłam na krzesełku i zastanowiłam się chwilkę, po czym zagrałam 'Let It Be', śpiewając przy tym najlepiej jak umiałam - I jak...?
- Ej, jest super, tylko rozgrzej gardło! - pochwalił mnie Deaky
- Czyli mogę przyjść na próbę?
- Mhm, a nawet musisz! - odparł z uśmiechem.

***

- Cass! Witamy wśród żywych! - kiedy weszliśmy do studia, Fred wstał z fotela i podszedł do mnie, przytulając mnie mocno - Jak tam gardełko?
- Działa jak trzeba!
- To teraz sobie pośpiewamy! - uśmiechnęliśmy się do siebie, po czym podeszłam do mojego mikrofonu. Po kilku utworach Freddie przywołał mnie ręką.
- Wiesz co?
- Tak?
- Nie dość, że śpiewasz tak zajebiście jak wcześniej, to jeszcze masz typowo rockową chrypę, no nie mogę! Super!
- Dzięki... Nagrywamy coś?
- Ale nie wiem czy ty...
- Wszystko umiem. John mnie zaznajamiał z utworami na bieżąco - odparłam z usmiechem
- No to zajebioza, śpiewamy! ZESPÓŁ RUSZA DUPY I NAGRYWAMY! - zawołał operowym głosem, a ja wybuchnęłam śmiechem, biorąc teksty do ręki.

***

Wróciliśmy do domu koło 15, John poszedł poćwiczyć utwory na płytę, a ja szykować się na spotkanie z Joe. Ubrałam ramoneskę, wyćwiekowaną przy dekolcie bokserkę, legginsy i oficerki z dżetami, zrobiłam makijaż i ułożyłam włosy, krzyknęłam 'wychodzę!' i wyszłam przed dom. Po chwili podjechał czerwony, sportowy Mustang i wyszedł z niego Joe w ciemnych dżinsach, Tshircie i marynarce. Eeeeee.....eeeee.....wow?
- Hej - pocałował mnie w policzek
- Hej, Joe - posłałam mu uśmiech, rumieniąc się nieco
- Ślicznie wyglądasz!
- Dziękuję, ty również... Gdzie mnie zabierasz?
- Lubisz kawę?
- Kocham!
- No to już wiesz gdzie cię zabieram, wskakuj - otworzył mi drzwi. Jechaliśmy, rozmawiając i śmiejąc się, jakieś 10 minut, po czym Perry zatrzymał się przed małą kawiarenką.
- Mała jest, ale kawę robią... nieziemską! - mrugnął do mnie - Wysiadamy - wyszłam z samochodu i poczekałam, aż Joe zamknie na klucz. Weszliśmy do środka.
- Wow... ale tu ślicznie! - powiedziałam, dając się poprowadzić do stolika.
- No mówiłem! A ten...czego się napijesz? A raczej... jakiej kawy? Mają naprawdę spory wybór - powiedział, podając mi kartę. Zerknęłam na listę. Wow!
- Cappucino Chocolate Special - zdecydowałam po chwili
- Już się robi - gitarzysta zamachał na kelnerkę - Dwa razy Cappucino Chocolate Special proszę.
- A ty co, papugo? - zaśmiałam się
- Moja ukochana kawa tutaj -  odparł, patrząc mi w oczy
- Hah, mamy podobne gusty... Co jeszcze lubisz? - spytałam, a potem rozmowa już poszła sama. Przegadaliśmy chyba z dwie godziny, śmiejąc się ponad połowę tego czasu. W końcu Joe zaproponował:
- Chcesz zobaczyć jak mieszkam? Pokażę ci moje gitary i w ogóle...
- Jasne, że chcę!
- Super! - zapłacił za kawy i wróciliśmy do samochodu
- Daleko stąd mieszkasz?
- Zobaczysz - zaśmiał się, odpalając silnik. Wjechał w zakręt i zatrzymał się przed dużą villą.
- TAK BLISKO?
- No tak, dlatego mówię, że często bywam w tej kawiarence! - uśmiech nie schodził mu z twarzy. Pokręciłam ze śmiechem głową, wychodząc z auta.
- Masz cudowny dom!
- Poczekaj, aż wejdziemy do środka - odparł, otwierając drzwi - Chodź, oprowadzę cię
- Bardzo chcę! - wzięłam go za rękę. Joe pokazywał mi cały dom, opowiadając trochę o jakichś zabawnych sytuacjach i te de.
- A tu... tu mam studio - otworzył dźwiękoszczelne drzwi, a mnie zatkało. Mikrofony, słuchawki, KONSOLETA?!
- EJ WOW! - podeszłam do sprzętu - Nieźle...
- Możemy kiedyś pograć, jeśli będziesz chciała. A zobacz, tu mam gitary - otworzył kolejne drzwi i weszliśmy do pokoju gitarowego.
- To moje pierwsze wiosło - popatrzył czule na gitarę - Gram na niej rzadko, stara już jest... O, a tą Steven rzucił o wzmacniacz, ale naprawiłem... A to dwa moje cuda, nawet ja się boję na nich grać - pokazał mi piękne dwa podpalane Gibsony Les Paule - Ta z lewej rocznik '58, a ta z prawej '62.
- Wszystkie są super! - świeciły mi się oczy. Podchodziłam do każdej gitary, oglądałam, a o co poniektóre pytałam Joe'go.
- Może się napijemy wina?
- Prowadzisz... - przypomniałam
- Po jednym kieliszku chyba nie wjadę do rowu, nie? - wybuchnęliśmy śmiechem
- Ok, przekonałeś mnie - poszliśmy do salonu, a Perry wyjął dwa kieliszki i wino
- Moje ulubione - podał mi - Dobre? - skosztowałam
- Tak! - wypiliśmy do końca, odstawiając kieliszki na stół. Gitarzysta przysunął się blisko mnie, patrząc mi w oczy. Podniósł dłoń, odgarniając mi grzywkę, która zasłaniała mi oczy. Przeczesałam palcami jego włosy, a on zamruczał cicho, przysuwając się jeszcze bliżej. Patrzyliśmy sobie w oczy, a chwilę później zetknęlismy się nosami.
- Mówiłem ci już, że wyglądasz ślicznie? - spytał cicho
- Mówiłeś, Joe...
- A więc mówię jeszcze raz... ślicznie wyglądasz - odszepnął i wpił się delikatnie w moje usta. Objęłam go za szyję i oddałam mocno, wtulając się w jego ramiona.


*John*


Jechaliśmy ze Stevenem, drąc się na całe gardła 'Dream On' i śmiejąc się jak debile. Tyler stwierdził, że musi zawieźć Joe'mu najnowszego Playboya z kimśtam, bo obiecał mu już tydzień temu. Zabrałem się z nim, przecież mogę odebrać Cass, nie?
- Wiesz co, Tyler?
- No?
- Cass ma zajebistego brata!
- Wiem! - odparł
- I skromnego! - wybuchnąłem śmiechem
- Skromność to moje drugie imię, Johnny! A nie, drugie to Zajebistość... W takim razie trzecie.
- Oczywiście, nie ma to jak wysoka samoocena, nie?
- Eee tam, Joe jest bardziej nieskromny ode mnie. W kółko powtarza, że on jest najlepszy z Aerosmith i w ogóle... Wkurwia mnie, ale się kochamy, w końcu Toxic Twins, nie?
- No ba! Jak się poznaliście?
- Frytki mi smażył ten ciul - zaśmiał się Steven - Serio! Mieli zespół, ale chujowo grali - chichotaliśmy już oboje - To go ukradłem i boom! Powstało Aerosmith! A teraz ci walnę moje ulubione żarty o gitarzystach - zapowiedział i zaczął opowiadać najlepsze kawały, jakie słyszałem w życiu.
Wysiedliśmy ze Stevenem pod domem Perry'ego. Tyler nawet nie zapukał, tylko od razu wszedł jak do siebie. A co tam, kultura (nie)musi być! Dopiero co śmiałem się z kolejnego debilnego żartu, gdy nagle moim oczom ukazał się najgorszy widok, jaki mogłem zobaczyć.
Cass w objęciach Perry'ego? No ba!
Mogłem się tego spodziewać! KURWA!
Znaczy, nie Cassie...o rany...wygląda zajebiście, alealeale...DLA NIEGO KURWA? DLA NIEGO!?
NO ZAJEBIŚCIE. MOGŁEM NIE BYĆ TAKI NAIWNY! TO JASNE, ŻE WOLI JEGO, KTO BY CHCIAŁ TAKIE CZWARTE KOŁO U WOZU, KTÓRE ŚPIEWAĆ NIE UMIE, NIE PASUJE DO ROCKA, A NA DODATEK JESZCZE JEST NAZYWANE NAJBRZYDSZYM! Super! Bombowo!
A czego ty chciałeś, Deacon? Że niby Cassie będzie twoja? A wybij sobie ją z głowy!
Kim ty jesteś, a kim jest Perry?
No właśnie. Jesteś przy nim na niższym szczeblu niż 'nikt'.
Steven chyba widział, jak się czuję. Cóż. Gdybym próbował popełnić samobójstwo, pewnie bolałoby mnie mniej niż teraz...
Nawet mnie nie zauważyli. Popatrzyłem na Steve'a. Skinął głową. Krzyknąłem ochryple, bo łzy nie pozwalały mi na więcej.
- Więc tylko tyle dla ciebie znaczę?!
I stałem tak, z policzkami płonącymi od wstydu i mokrymi od łez.
A w środku rozrywało mi trzewia. Jeżeli gdziekolwiek miałem krew w ciele, to spłynęła do serca.
Życie mnie rani. Życie, któremu na imię Cassandra.


*Cass*


Oderwaliśmy się od siebie szybko. Odwróciłam się i poczułam, jakbym dostała w twarz. Za mną stali John i Steven. Spojrzałam na Joe, który wyglądał, jakby miał zaraz zwiać. Panowała niezręczna cisza, przerywana tylko naszymi oddechami. Czułam, że jestem czerwona na twarzy. Spuściłam głowę, chowając twarz pod włosami. Nagle usłyszałam lodowato zimny głos Tylera:
- Joe, rusz dupę i idziesz ze mną - gitarzysta spojrzał mi w oczy, jego wzrok mówił 'przepraszam'. Wstał i poszedł ze Stevenem, a my zostaliśmy we dwoje. Nie miałam odwagi spojrzeć na Johna, ruszyć się, zrobić czegokolwiek.
-  Nic nawet nie powiesz, tak?! - w jego głosie słychać było histerię. Wstałam z nogami jak z ołowiu i stanęłam przed nim, nie podnosząc wzroku - PATRZ NA MNIE! - uniosłam głowę. Jeszcze nigdy nie było mi tak cholernie wstyd... Czułam, że mam purpurowe policzki, miałam ochotę natychmiast stąd zwiać... A najgorsze jest to, że... Że nie żałuję tego, co robiliśmy z Joe... Nie kocham go, on mnie kręci jako facet, jako... No wiadomo o co chodzi...


*Joe*


- TY ZJEBANY DEBILU! - darł się Steven. Staliśmy w studiu, właśnie dlatego, że było dźwiękoszczelne - JAK TY KURWA MOGŁEŚ TO ZROBIĆ?! NIE WIESZ, ŻE ONA MA FACETA?! TY KURWA MASZ COŚ W TEJ GŁUPIEJ GŁOWIE?! JEBNIJ SIĘ W NIĄ PORZĄDNIE!
- Nie krzycz Steven... Proszę... Mam świadomość tego, co zrobiłem.
- SZKODA, ŻE NIE MIAŁEŚ ZANIM TO ZROBIŁEŚ! Boże, co za zjebany idiota... - Tyler przetarł ręką twarz. Spuściłem głowę.
- Zjebałem, nie?
- Totalnie, gościu! - odparł już ciszej
- Nie wiem co mi odwaliło... Ale... No cholera ona jest taka zajebiście śliczna i w ogóle...
- Podoba ci się, co? - Steve usiadł obok mnie na podłodze. Kiwnąłem głową - No to przejebane...
- Co ja poradzę, że się zakochałem no?! - spytałem z pretensją w głosie
- Nic, Joe, nic... Właśnie o to chodzi...
- Jesteś na mnie wściekły...?
- Niee, już nie... Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem...
- W porządku, miałeś prawo... - oparłem mu głowę na ramieniu - Powiedz mi, Steven, dlaczego najlepsze laski muszą być zajęte?!
- Życie, Perry, życie... Bój się teraz, żeby się pogodzili...
- Wolę, żeby nie... - mruknąłem
- Tobie by to pasowało, co?
- Nawet nie wiesz jak... - westchnąłem - Nie życzę im źle, ale wolę, żeby była ze mną... - dodałem i zamilkliśmy oboje.


*John*


Podszedłem do niej, zbierając resztki mojego honoru.
- Cass, wyglądasz...cudownie...pięknie...oboje jesteście piękni...Ty i Joe...i...i...POWINNIŚCIEZOSTAĆRAZEM! - przy tym ciągu słów, które paliły mnie w język, rozdzierały ostatnie kawałki serca i przywoływały oczom najgorsze sceny, jakie mogłem sobie wyobrazić, dostałem ataku takiej histerii, jak nigdy. Nawet widok śmierci ojca nie bolał tak bardzo. Nic tak nie boli. Naprawdę.
- I...i...chciałem...zapomnij o mnie...zapomnij...będzie Ci ła-two...będzie Ci lżej...Będziesz...szczę-śliwaaaa....z nim... - jeżeli ktoś nie wie, jak się wtedy czułem, wyobraźcie sobie najgorsze tortury razem wzięte. Zakładam, że od środka nie mam już nic. Wszystko mi się porozdzierało.
- A...le...ja...Cię...nie zapomnę...Cassandro...Ternent...Nigdy...Cię...nie...przestanę - ostatnie słowo wyszeptałem, z histerii nie mając siły na normalne mówienie - kochać...


*Cass*


Opadła mi szczęka. ŻE CO?! On nie mówi serio... Nie mówi...
- John, ale...
- NIE MÓW DO MNIE! - przerwał mi w pół zdania. Umilkłam na chwilę
- Czy... czy to oznacza... że z nami... koniec?

sobota, 1 lutego 2014

Love sometimes makes hurt or gives pleasure... [dodatek walentynkowy]

 Dedyk za najzajebistrzą inspirację ever forever, dla KOGOŚ kto na pewno się zorientuje o której części mowa ;*** Tak mi się spodobało, że aż wykorzystałam!
Nie mówcie hop, cały dodatek utrzymany jest w dwóch tonach, także no.... Miłego czytania :3


 ***


- Halo?
- Ja....yhm....hej....obudziłam Cię, prawda?
- Nieeee - John ziewnął głośno
- Przepraszam....ja po prostu... Chciałam usłyszeć Twój głos...
- Wiesz...ja w sumie też...tęsknię za Tobą...
- Ja też tęsknię, skarbie... Od dwóch miesięcy tęsknię...I będę tęsknić jeszcze przez cztery...
- Wiem, wiem przecież...
- Kiedy macie jakieś wolne? Chociaż na troszkę, dzieci już pytają i w ogóle...
- Za dwa tygodnie mamy tydzień przerwy...to przyjadę do was
- TAK?!
- No tak - niemal czułam, że się uśmiecha
- Tak się cieszę!
- Ja też no! Przytuliłbym Cię teraz, zaraz...
- Nie gadaj nawet, bo znów się poryczę...mów lepiej, jak trasa?
- W porządku, gram sobie gdzieś w kącie...
- DEAKY!
- Żartuję no... śpiewam dużo!
- Jestem dumna, kochanie!
- A ja stęskniony...
- Wiesz, że bym przyjechała, ale Janis jest za mała...
- Taaak, tak, rozumiem.
- Ja ten....będę kończyć, słyszę, że spałeś... Która jest u was?
- 4 nad ranem...a u was?
- Dżizas, sorry...u nas 22, ja...wybacz mi...
- Wszystko okej, usłyszałem Cię i to mi wszystko wynagradza... Dobranoc, kochanie najdroższe.
- Dobranoc, skarbie... śpij dobrze i śnij o mnie.
- Ty też... kocham Cię!
- Ja Cię też - odłożyłam słuchawkę i westchnęłam. Uroki posiadania za męża sławnego muzyka... Cóż poradzę.
- Mamo? - odwróciłam się
- Jimmi! A co Ty tutaj robisz?
- Przytulić się chciałem...
- Chooodź do mamy - wzięłam go w ramiona, tuląc mocno
- Kiedy wraca tatuś?
- Za 4 miesiące...ale przyjedzie za 14 dni na tydzień. Cieszysz się?
- A...mamusiu?
- Tak?
- Mogę z Tobą spać?
- Dlaczego?
- Bo...bo chcę...
- Coś się dzieje?
- Ja...śnią mi się złe rzeczy...
- Jakie złe rzeczy kochanie?
- No...na przykład...potwory... - przytuliłam go mocniej
- Możesz spać ze mną...Janis śpi?
- Tak.
- To dobrze... - westchnęłam i wzięłam go za rączkę - Chodź, kochanie, chodź - położyłam go na łóżku obok mnie. Po chwili mały zasnął, a wtedy wstałam, podeszłam do okna, otwarłam je i zapaliłam czerwone Malboro. Złapałam się za brzuch, krzywiąc się. Znowu te cholerne bóle... Co to jest do cholery?! Tak bardzo mnie zabolało, że aż jęknęłam.
- Mamusiu, co się dzieje? - poczułam ciepłą rączkę chwytającą mnie za dłoń - Znowu boli cię brzuch?
- No... troszkę...
- Mamo, zadzwoń do taty... boli cię już od tygodnia! A... mamo... - zniżył głos do szeptu - Może ty będziesz miała dzidziusia?
- Nie, kocha.... - osunęłam się na kolana - nie... - Jim wstał, przyniósł sobie komórkę i zadzwonił.
- Nie dzwoń! - syknęłam - Co on mi zrobi, nie dzwoń! SŁYSZYSZ?!
- Halo? - usłyszałam i westchnęłam
- Tatusiu...?
- Jimson! Ej, jest 23 u was, ty nie śpisz?
- Śpię... ale się obudziłem... i chciałem Ci powiedzieć dobranoc...
- Dobranoc, mały...
- No pa - Jimmi odłożył telefon i uśmiechnął się niepewnie do mnie. Jęknęłam, zwijając się z bólu.
- Mamusiu...? Pomóc ci?
- Ja...k?
- Nie wiem... połóż się może?
- Nie wstanę... ałć... - podniosłam się z kolan i dosłownie przewaliłam na łóżko, a mały wtulił się we mnie i głaskał mnie po policzku. Nawet nie wiem, kiedy zasnęliśmy...


*Jimmi*


Obudziłem sie rano długo przed mamusią. Wziąłem delikatnie jej telefon z szafki i schowałem się z nim w moim pokoju. Umiem sam dzwonić do taty, o!
- Taaak?
- Cześć, tato!
- Jimmi! Cześć, synku, co jest?
- Tato, bo mamę od tygodnia okropnie brzuch boli... wczoraj leżała na ziemi i płakała z bólu... co ja mam zrobić?
- Aaa... nic nie mówiła!
- Bo ona nawet mi nie powiedziała... wczoraj mnie obudziła, bo spałem z nią... I płakała i mówiła, że boli... I już tak od tygodnia, tylko ona nie wie, że ja widzę! - tatuś westchnął ciężko
- Mały... ja nie mogę się zerwać z koncertów... chłopaki mnie zabiją... niech mama idzie do lekarza...
- Wiesz, że nie pójdzie, prawda?
- Wiem, ewh... O, Fred... Jimson, czekaj chwilę - tata odłożył na telefon i rozmawiał przez moment z wujkiem Fredem - Dobra, Fred mówi, że mógłbym się zerwać na dwa dni co jest po prostu niewykonalne, bo cały ten czas bym stracił na samą podróż... będę za dwa tygodnie...
- Ale tato, mama się męczy no!
- ALE CO JA MAM ZROBIĆ NO?!
- Nie krzycz na mnie, tatusiu...
- Przepraszam... możesz dać mi mamę?
- Mama śpi, nie będę jej budził.
- Jim, proszę. Daj mi mamę.
- Nie. Ona śpi.
- Muszę z nią pomówić.
- Pogadasz jak się obudzi.
- Mam próbę za niedługo... Jimmi, błagam!
- No... - namyśliłem się chwilę - Dobra, czekaj - wziąłem telefon i wróciłem do sypialni, gdzie spała mama.
- Mamusiu... - pogłaskałem ją po policzku - Mamusiu!


*Julka*


Przebudziłam się, słysząc wołanie.
- Jimmi! - uśmiechnęłam się i przeczesałam palcami włosy. Mały podał mi telefon - Kto to? - przyłożyłam słuchawkę do ucha - Halo...?
- Cześć, kochanie - zrobiło mi się ciepło na serduszku - Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć? W porządku.
- Dalej cię boli? - wtedy spojrzałam morderczym wzrokiem na Jimmiego, który natychmiast zwiał z pokoju. Westchnęłam.
- Kochanie... nie chciałam cię martwić takim gównem... Od tygodnia cholernie mnie brzuch pobolewa... Nie cały czas, co kilka godzin mam bóle...
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?!
- A co by to zmieniło? Nie ma cię tu, nic nie poradzisz...
- Masz mi iść do lekarza!
- Nie! Do ża...
- MASZ IŚĆ! - przerwał mi - Bez dyskusji, idziesz dziś do lekarza, ja się Jimmiego zapytam!
- Dobra... już ok, pójdę... - 'a tak serio to nie' pomyślałam
- Ok... Powiesz mi co i jak, zgoda?
- Zgoda... Tęsknię za tobą... nienawidzę sama spać...
- Wiem, wiem... wyobraź sobie, że właśnie cię całuję, o...
- To tak nie działa, John...
- Ewh... 13 dni i się widzimy.
- Wiem - zamilkliśmy na chwilkę
- Kocham cię.
- Ja cię też, Deakcs... musisz kończyć?
- Tak jakby, próba...
- Jasne... to... zadzwonię jak wrócę...
- Ale, Julsonku... Idź do tego lekarza. Bo jak cię znam to wyjdziesz z domu, połazisz gdzieś i wrócisz...
- Wiesz, że miałam tak zrobić?!
- Wiem. Za dobrze cię znam. OBIECAJ że pójdziesz.
- Pójdę, obiecuję. Tylko nie mam z kim zostawić dzieci...
- Błagam... masz tam Stevena, Toma, Joeya, Brada, JOE'GO... - ostatnie imię wymówił z wyraźną niechęcią
- O, Joe! Dobry pomysł, Jimmi go uwielbia!
- Jasssne...
- No już, zazdrośniku, nie lecę na niego, wiesz przecież.
- Wiem, no wiem... Taa, Rog, idę już! Muszę kończyć, mała. Kocham cię mocno... i idź do lekarza, ok?
- Pójdę, przysięgam... i też cię kocham!
- No papa - odłożył słuchawkę, a ja westchnęłam i wykręciłam numer do mojego ginekologa
- Dzień dobry, doktorze... Tak, pani Deacon z tej strony... Chciałabym się umówić na wizytę... Dziś... Źle się czuję, mam okropnie mocne bóle... Tak.... 13? Dobrze... Nie jestem w ciąży! Na pewno... Mojego faceta nie ma od 2 miesięcy! No... Dobrze... Dziękuję, do widzenia - odłożyłam telefon - W ciąży, dobre sobie. Phi - poszłam się przebrać do łazienki. KUŹWA, JA KRWAWIĘ?! Chwila, chwila... Który dzisiaj? Nie, okres miałam... O kurwa... Niedobrze...
Ogarnęłam się jako tako i odwiozłam dzieciaki do Joe.
- Cześć, ja... - zaczęłam, kiedy otwarł drzwi.
- Przywiozłaś mi dzieci? - zachwyt w jego głosie? Bezcenne.
- Tak, ja.. mam lekarza... zajmiesz się nimi przez godzinkę?
- Jasne! Z chęcią! - wziął ode mnie nosidełko z Janis
- Wujek Joe! - ucieszył się Jim
- Jimson, to nie jest twój wu...
- CICHO! - Joe mrugnął do mnie - Wujek Joe i koniec. Chodź, mały, mam fajną bajkę i mam konsole!
- Taaak! - synek wbiegł do domu gitarzysty
- Jesteś cudowny - powiedziałam z uśmiechem
- E tam... lubię te twoje maluszki.
- Widzę - przytuliłam go mocno
- A... po co idziesz do lekarza? Coś nie tak?
- Ja... od tygodnia mam koszmarne bóle brzucha... i krwawię... wiesz - przewróciłam oczami
- Oh... ale przecież kobiety mają coś takiego... nie?
- Raz w miesiącu, słonko. Ja już miałam... to nie jest naturalne krwawienie... boję się - zagryzłam wargę
- Będzie w porządku - cmoknął mnie w policzek - Leć, bo się spóźnisz!
- Jasne... na razie!
- Pa! - zawołał. Wsiadłam w samochód i cała w stresie pojechałam do przychodni. Czekałam może 10 minut, po czym wyszła pielęgniarka
- Doktor Pawell już czeka, proszę - wstałam i weszłam do gabinetu.
- Dzień dobry, doktorze.
- Dzień dobry, Julka, dzień dobry... Siadaj. Co się dzieje?
- Mam od tygodnia co kilka godzin koszmarnie ostre bóle tu, w brzuchu - pokazałam - A od rana... krwawię... ale to nie miesiączka, już miałam... Boję się, bo nie wiem co to...
- Dobrze, połóż się... Zrobimy USG, dla pewności... - wykonałam polecenie. Doktor Pawell badał mnie dość długo, z uwagą i patrząc w skupieniu w ekran.
- Yhm... mam dwie wiadomości...
- Najpierw dobra - przerwałam od razu
- Zabezpieczasz się? - spytał, unosząc brwi
- Ja... no tak...
- Muszę ci w takim razie przepisać silniejsze tabletki... bo ogólnie jest w porządku... tylko...
- Jestem w ciąży tak?!
- I teraz ta zła wiadomość... BYŁAŚ w ciąży.
- Nie rozumiem... - serce mi przyspieszyło 10-cio krotnie
- Krwawisz... boli cię brzuch...  - pokiwał głową - Jak ci to mam najdelikatniej przekazać...
- Miałam mieć...dziecko...tak?
- Tak... - wtedy do mnie dotarło. Zagryzłam wargę.
- W porządku...? - pokiwałam głową, powstrzymując łzy - Przepiszę ci tabletki, ale..
- Muszę iść na zabieg?
- Po to właśnie tabletki... 4 tydzień, to wiesz... że tak powiem... będziesz krwawić do skutku...
- Rozumiem... - wyszeptałam niemalże - Proszę przepisać, muszę jechać po dzieci do przyjaciela...
- Proszę - podał mi dwie recepty - Trzymaj się, ok?
- Tak... tak. Do widzenia i dziękuję... - wyszłam z gabinetu, w aptece na dole zakupiłam leki i wróciłam do samochodu. Usiadłam za kierownicą, wyjęłam komórkę i wykręciłam numer Johna.
- Halo?
- Masz czas gadać?
- Mam, siedzę w pokoju właśnie... Byłaś u lekarza?
- Byłam... - wybuchnęłam płaczem
- Co się dzieje?
- John, ja...my...ja... - zastanawiałam się, jak mu to powiedzieć - Od rana krwawię...wiesz jak... no i boli i w ogóle...i....gdyby nie...coś....nie wiem co, ale...my...mielibyśmy....3 dziecko... - umilkłam, zanosząc się płaczem. W słuchawce panowała cisza.
- Skarbie... - odezwał się w końcu. Miałam ochotę walnąć głową o kierownicę, słysząc ból w jego głosie - Ja...który....to był....tydzień....?
- 4....to...wiesz...przez pierwsze 3 miesiące jest....dużo poronień, ale... ja nawet nie wiedziałam...że jestem... że byłam...
- Wiem...
- Mówiłam, że miałam okres... a się dziwiłeś co tak krótko... no i masz kurwa - załkałam głośno - Miałam ci nie mówić zanim przyjedziesz, ale nie chcę cię okłamywać...
- Ciiii. Nie mów nic. Mam przyjechać...?
- Nie przerywajcie trasy...
- Chcę być z tobą... nie możesz być sama... po czymś takim... - słychać było, że płacze
- Przepraszam, kochanie... - wyszeptałam
- Nie twoja wina... widocznie coś... było nie tak... nie zamykaj na klucz w nocy, bo przyjadę... ok?
- Ok...
- Albo zostań u Joe do rana, żebyś nie musiała siedzieć sama...
- Dobrze...
- To... do zobaczenia...
- Hej... - wyłączyłam się i schowałam telefon do torebki. Odpaliłam silnik i podjechałam pod dom Joe. Weszłam bez pukania. Wszyscy troje siedzieli w salonie i oglądali jakąś bajkę.
- Joe...?
- Julso... CO SIĘ STAŁO? - gitarzysta wstał, wziął mnie za rękę i zaprowadził do jego gabinetu, zamykając drzwi - Co jest?
- Joe, ja... ja... - wtuliłam się, łkając głośno - Ja byłam w 4 tygodniu ciąży...ja...ja miałam mieć....dziecko...
- Rozumiem wszystko... - zaczął głaskać mnie po głowie
- Ja nawet...nie wiedziałam...
- Ciii... nie mów o tym... - tulił mnie mocno, opiekuńczo - Chodź, położysz się na chwilę - poszliśmy do jego sypialni - Zaraz wrócę - zszedł szybko na dół. Usłyszałam jak mówi coś Jimmi'emu i wrócił na górę, okrywając mnie kocem.
- Joe...?
- Tak?
- Zostań tu ze mną, co? - zwinęłam się w kłębek, a gitarzysta położył się przy mnie, obejmując mnie lekko. Po chwili poczułam, że zasypiam...


*John*


Siedziałem otępiały na lotnisku, po mojej lewej był Rog, a po prawej Fred i Brian.
- Stary... jak możemy ci pomóc? - spytał cicho Roger
- Zostaw go, Rog, nie zwrócisz mu tego co stracił... - odparł Freddie, głaszcząc mnie po ramieniu - Będzie ok, Deaky, musisz się trzymać...
- Ona pewnie jest w szoku, nie możesz ryczeć... Julka cię potrzebuje bardziej niż myślisz... dla ciebie to cholerna strata... ale pomyśl co to jest dla niej... - Brian przybliżył się, mówiąc szeptem - Ona to czuje... wiesz... ona je już w jakiś sposób... miała... rozumiesz? - kiwnąłem głową
- John, wiesz... mam dzieci... wiem co czujesz... - dopowiedział Taylor i wszyscy zamilkli. Wtedy ogłosili mój samolot. Wszyscy trzej przytulili mnie przyjacielsko.
- Trzym się, stary - szepnął mi na ucho Roger, a wtedy puściły mi nerwy i po prostu zacząłem płakać - Eeej, Deaky.... No już, już ok... Nie płacz... Stary, jesteś basistą w rockowym bandzie, nie rycz - klepnął mnie w ramię - I spierdalaj stąd, bo ci niebozapierdalacz ucieknie! - parsknąłem śmiechem. Awh, nasze slangi z czasów początku Queen...
- Jasne, perkmaszyno, idę się ponaleciać - skinąłem Rogerowi i poszedłem na samolot.

Kilka godzin później, była już 22, stałem pod domem Perry'ego, pukając do drzwi. Odpowiedziała mi cisza, więc wszedłem. Moje dzieciaki spały na dużym łóżku w sypialni na dole. Ja, kierując się przeczuciem, poszedłem na górę. Znam dom Joe jak własną kieszeń. Otwarłem drzwi od sypialni. Joe podniósł głowę i położył mi palec na ustach. Julson spała zwinięta w kłębek i okryta kocem, a Perry czuwał przy niej, opierając się na łokciu. Powoli, ostrożnie wstał i wyszedł z sypialni, a ja poszedłem za nim aż na dół. Podał mi kawę i usiedliśmy w fotelach.
- No i co, stary.... trzymasz się? - westchnąłem na to pytanie
- A jak ona?
- Płacze... dużo razy się budziła i wyła dosłownie... dostałem z pięści z pytaniem 'dlaczego ja?'... i ogólnie... musisz być dla niej ogromnym wsparciem, wiesz?
- Wiem... ale... jak mam być wsparciem, jak sam się czuję jak przejechany tirem?
- Rozumiem, John... Ale ona to przeżywa dwa razy bardziej niż ty, naprawdę... Poza ty... - przerwał w pół słowa. Ze schodów zeszła Julka, przeczesując palcami włosy.
- Deaky...? - tak smutnego i cichego głosu jeszcze u niej nie słyszałem... Wstałem, podszedłem i wziąłem ją w ramiona.


*Julka*


Wtuliłam się w niego i znów poczułam, że płyną mi łzy. Joe dyskretnie wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- John, ja...ja tak strasznie...cię przepraszam...
- Ciii... - przytulił moją głowę do swojego torsu - To nie twoja wina... - miał tak smutny i zbolały ton głosu, że wybuchnęłam gorzkim płaczem.
- John...ja...ono.... - położyłam dłoń na brzuchu - Ja je mam....nadal... - łkałam głośno - Muszę....brać....leki na....wiesz...żeby...ono.... - głos mi się załamał, a Deaky uciszył mnie delikatnym pocałunkiem
- Nie mów już o tym, kochanie... ja....chcę ci jakoś...pomóc...
- Bądź przy mnie...tyle chcę...dziecka mi nie zwrócisz...
- Będziemy jeszcze mieli....zobaczysz...
- N...nie...chcę...
- Jak to?
- Bo....bo znowu....będzie...TO SAMO! - ryknęłam płaczem, wczepiając się w ramiona mojego męża.


*John*


Dosłownie pęka mi serce, kiedy słucham jak on rozpacza... a nie potrafię jej pomóc...
Zacząłem ją głaskać po włosach - Chodź, usiądziemy - usiadłem na kanapie i pociągnąłem ją na moje kolana. Wtuliła twarz w moją szyję i łkała cichutko, mocząc mi koszulkę. Przytulałem ją mocno, pozwalając, by łzy płynęły mi po policzkach. Dopiero do mnie docierało co się stało...


*Julka*


Płakałam coraz ciszej, aż po jakiejś godzinie uspokoiłam się zupełnie. Wiedziałam, że Deaky też ryczy jak bóbr, chyba docierała do niego prawda... Wtuliłam się w jego bok i szepnęłam:
- Johnny...?
- Tak?
- A...kochasz mnie jeszcze...? - spojrzał na mnie zmęczonymi, załzawionymi oczami
- Dlaczego miałbym nie kochać?
- Dlatego właśnie... - moja dłoń powędrowała na brzuch. Splótł swoje palce z moimi i odszepnął:
- Byłbym debilem, gdybym cię zostawił, wiesz? Kocham cię nad życie przecież!
- Wiem... ja cię też...ale gówno zrobiłam...
- Czemu?
- Za równy miesiąc Walentynki... pięknie...
- Ciii, spędzimy je jak trzeba - cmoknął mnie lekko w skroń - A teraz chodź już spać. Oboje jesteśmy wykończeni tym wszystkim... - wziął mnie na ręce i zaniósł do pustej sypialni. Nawet się nie przebieraliśmy, John tylko przykrył nas mocno, przyciągnął mnie bliziutko i tak zasnęliśmy...


*MIESIĄC PÓŹNIEJ*


- Tak... po wszystkim już, wszędzie pięknie, czyściutko - doktor Pawell był wyraźnie zadowolony z USG - Dajecie państwo radę?
- A mamy inne wyjście? Godzimy się z tym powoli... - odparłam, patrząc na Johna - Nie wiem, doktorze, bo... boję się, że... bo od narodzin Janis minął ponad rok i nie wiem... chcieliśmy się starać o 3 dziecko, ale...
- Boisz się, że będzie znów to samo? - uprzedził mnie lekarz. Kiwnęłam głową - To teraz... to był szczególny przypadek... myślę, że tam od początku było coś nie w porządku, wiesz? Starajcie się spokojnie, życzę wam z całego serca - uśmiechnęliśmy się z Deakym na te słowa
- Dziękuję... czyli, że ze mną...
- Wszystko ok, nie ma przeciwwskazań co do ciąży - posłał mi uśmiech - Jak tylko coś, to przychodź, a na dziś to wszystko - wstałam z fotela, podziękowałam i wyszliśmy z Johnem z budynku. Westchnęłam.
- Już po wszystkim... muszę zapomnieć - zakryłam twarz dłońmi - Starajmy się o 3 dziecko jak najszybciej....już się starajmy - wymruczałam, wtulając się w niego.
- Mam coś na jutro...
- Coś?
- Dzieci odstawiamy do Freda, który tak w ogóle prawie się posikał ze szczęścia z tego powodu... I zajmiemy się sobą...
- Co masz w planach?
- Niespodzianka! - uśmiechnęłam się na to słowo
- Już się cieszę - podeszliśmy do samochodu, a 20 minut później byliśmy już w domu, z dzieciakami.


*NASTĘPNEGO DNIA, 14 LUTY*
(oczywiście, jak w każdym dodatku, musiała być scenka rodzajowa XDDD)

Umówiliśmy się z Johnem na 18, on już od rana pojechał 'szykować niespodziankę' a ja miałam tylko odstawić maluchy do Freddiego, wrócić do domu i poczekać na Deaky'ego.

Kiedy Fred otrzymał już swoją podwójną porcję radochy (wszyscy kochają małe Deaconiątka *.*), ja spokojnie wróciłam do domu, aby się przygotować. Wzięłam prysznic, spryskałam się moimi ulubionymi perfumami, założyłam czarną, koronkową, mocno wyciętą bieliznę (już ja wiem na czym się skończy), a potem skórzaną małą czarną. Awh. Spodoba mu się...
Do tego odważyłam się (grozi glebą) ubrać wysokie szpilki... Na koniec ułożyłam sobie włosy - zostawiłam moje delikatne loki rozpuszczone, tylko jeden kosmyk przypięłam malutką, srebrną spinką, oraz zrobiłam makijaż. No okej... Która godzina? Za dziesięć szósta. Patrzcie, jaka ja punktualna.
On też. Równo o 18 usłyszałam wołanie z dołu:
- JESTEEEM! - uśmiechnęłam się pod nosem i zeszłam powolnym krokiem ze schodów. Johnowi opadła szczęka. A nie mówiłam?
- Cześć, skarbie - podeszłam do niego, mrugając zalotnie. Deaky miał na sobie koszulę wiązaną pod brzuchem, rozpiętą marynarkę i czarne, obcisłe spodnie. Wooow....
- He...hej... - lustrował mnie wzrokiem
- To, hm... Idziemy?
- Tak, jasne! - otworzył mi drzwi samochodu, a sam wskoczył na fotel kierowcy. Niedługo potem wysiedliśmy przy Perlage, najdroższym hotelu a jednocześnie restauracji w Londynie... jej!
- Widzę, że się postarałeś... - zagryzłam leciutko wargę, a on szybko odwrócił wzrok. Hehehehe...
- No...tak... - weszliśmy do środka restauracji, podaliśmy kurtki do odwieszenia i John poprowadził mnie do całkiem osobnej, małej sali zamykanej na klucz.
- O... wow! - zachwyciłam się. Świece, obrusy, ogólnie wystrój, ogólnie wow!
- Podoba się?
- Bardzo!
- A to widziałaś? - otworzył drugie w tej sali drzwi
- Co to?
- Tędy się wchodzi do hotelu...
- Ah... no tak... - chciałam usiąść, ale Deackson podszedł i odsunął mi krzesło.
- Czego się napijesz? - aż się zdziwiłam, że jest taki wyluzowany, normalnie jak nie on!
- Moet Chandon rocznik '66 - o tak, moje wymagania
- Się robi - zawołał kelnera i chwilę później na naszym stoliku stał Moet. Kelner nalał nam do kieliszków i podał dwie ozdobne karty dań. Zerknęłam i uniosłam brwi. Mhmmmm, takie buty.... Kurwa, a to co?
W końcu oboje wybraliśmy i kelner znów się do nas pofatygował
- Dla mnie numerek 23, a dla mojego skarba... - spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się pobłażliwie
- To samo - kelner poszedł z zamówieniem, a ja parsknęłam cicho - No popatrz, popatrz... Kto by pomyślał... - John uśmiechnął się tylko. Siedzieliśmy kilkanaście minut w ciszy, dyskretnie lustrując się wzrokiem, a potem kelner przyniósł nasze dania. Kiedy tylko wyszedł, Deaky wstał i zamknął drzwi na klucz.
Jedliśmy również w ciszy, ale nie krępującej, tylko takiej przyjemnej.
- Nie tylko apetycznie wygląda, ale też smakuje... - powiedziałam po chwili
- Apetycznie to dla mnie wygląda ktoś inny... - wymruczał, a mnie przeszedł dreszcz.
- Owszem, tak akurat do schrupania... - oblizałam lekko wargi, wstając i siadając mu na kolanach
- Taaa....aa? - jęknął
- Mhmmmm... - zamruczałam mu do ucha, siadając na nim okrakiem
- Kręcisz... mnie....cho...lernie...
- Wieeem... - wpiłam się w jego usta, całując namiętnie i zrzucając z niego marynarkę. OJEJ *.*
John jęknął głośno, odchylając głowę do tyłu.
- Co jest?
- Siedzisz....mi...na.... - kolejny jęk. Ah taaak... Naparłam na niego mocniej, a on zajęczał gardłowo.
- Ej....wiesz co....ja wiem, że zamknięte mamy....ale...
- A myślisz, że po co ci pokazałem te drzwi? - spytał, wstając zręcznie i biorąc mnie na ręce. Pisnęłam, chwytając się jego szyi i dałam się zanieść do najpiękniejszego hotelowego pokoju, jakiego kiedykolwiek widziałam.
- W...wow... - szepnęłam, a wtedy John padł ze mną na wznak na łóżko.
- AAA! - wrzasnęłam - Uważaj trochę!
- Spokojnieeee... - wymruczał, rozpinając mi sukienkę. Przeszedł mnie dreszcz. Wygięłam się lekko, pozwalając sukience opaść, a John zrobił minę typu *.*. Tyle w temacie.
- Hmmm? - rozwiązałam supeł przy jego koszuli (wiązana przy pępku, yay!) i zrzuciłam ją z niego.
- Czy ja ci mówiłem, że wyglądasz cudownie, kochanie?
- Nie pamiętam, chyba nie...
- A więc... cudownie wyglądasz - powiedział, całując mnie w usta
- Przypominam ci o obietnicy!
- Jakiej obietnicy...?
- Ty już wiesz... - chwyciłam go za ręce - Ja chcę jeszcze jednego syna!
- Ah... chyba, że tak... - rozpięłam mu pasek w spodniach i poczekałam, aż je zdejmie. Zaczerwieniłam się delikatnie, obrzucając go wzrokiem.
- Hmmm? - rozpiął mi zapięcie od stanika. Ej. TO MÓJ TEKST!
- N...nic... - jęknęłam, kiedy zaczął całować mnie po szyi. Najpierw delikatnie jeździł po mojej skórze ustami, a potem przyspieszył aż jęknęłam głośno. Nnwifciewfwf? Zsunął się jeszcze niżej, przejeżdżając językiem miedzy moimi piersiami. Zadrżałam i ścisnęłam go za ramiona.
Chwilę później stwierdził, że dosyć tego. Pozbył się do końca naszych ubrań i mocno we mnie wszedł, aż wrzasnęłam głośno. Ajjjjć...
- Tylko....się....postaraj... - jęknęłam, a John przyspieszył  - O... właśnie! - krzyknęłam głośno i po chwili opadłam na poduszki, oddychając głęboko. Deaky położył się obok mnie.
- J..ja...dzię...kuję... - wyszeptałam. Pocałował mnie czule w usta.
- Nie masz za co, kochanie - odpowiedział.
- Najpiękniejsze Walentynki, jakie mogłam sobie wymarzyć... Tylko... ja jeszcze ten... mam coś dla ciebie... - uniosłam się na łokciach i zauważyłam na wieszaku szlafroki - Tylko rzuć mi jeden - ubrałam się w szlafrok i podeszłam do swojej torebki, grzebiąc w niej chwilę.
- Gdzie ja to... aaa, mam... - podałam mu mój prezent, a Johnowi opadła szczęka
- FREE?! Przecież oni nie grają!
- Jubileuszowy reunion na jeden występ, kochanie - uśmiechnęłam się do niego
- Jesteś niesamowita! - zawołał z błyskiem w oczach, całując mnie mocno. Spłonęłam rumieńcem, odwracając wzrok
- Eee tam, nic takiego...
- Lubisz E.L.O, prawda?
- Taaak, nawet uwielbiam, a co? - spytałam podejrzliwie
- Aaaaa... bo zmówiliśmy się z Mej... Wiemy, że oboje z Rogerem za nimi szalejecie, to też sobie na koncercik pójdziecie - tym razem to on podał mi bilet, a ja uśmiechnęłam się szeroko, piszcząc ze szczęścia.
- DZIĘKUJĘ! - rzuciłam mu się na szyję, a Deackson zaśmiał się głośno
- Nie posikajcie się tam przypadkiem - zażartował, a ja trąciłam go łokciem i ziewnęłam - Mojej królowej chce się spać?
- Troszkę... - położyłam głowę na poduszce - Chodź tu do mnie...
- Idę, idę... - przytulił mnie mocno, kładąc się obok - Dobranoc, kochanie
- Dobranoc... i ten... jeszcze raz dziękuję za wszystko
- Ja też dziękuję... kocham cię
- Ja cię i tak mocniej... - wymruczałam i zasnęłam...


*********


Taaa, wiem, wiem, że przed czasem, ale od poniedziałku idę do szkoły, koniec ferii, więc nie mam pojęcia jak z czasem... Także wesołych Walentynek, miśki :3


czwartek, 23 stycznia 2014

Queen rules, rules of music - PART 8

BRIAN!? Podniosłam się aż.
- Co ty tu robisz? - mój cichy głos był zimny jak lód - Chcę żebyś stąd wyszedł. Doktorze Mitchell, nie życzę sobie go tutaj.
- Oczywiście. Panie May, proszę opuścić salę.
- Ja tylko... Cass... Daj mi wyjaśnić!
- Co? To, że mnie zdradzasz? Spieprzaj, May.
- Proszę...
- NIE! Wyjdź! - Brian westchnął.
- Chciałem tylko powiedzieć, że jestem z Natalie, a ciebie przepraszam - powiedział i wyszedł z sali. Opadła mi szczęka. CO ZA CIOTA! Wtedy do pokoju wśliznął się John.
- Deaky! - mój głos zabrzmiał mocno, a basista uśmiechnął się szeroko. Podszedł do mnie i mocno przytulił.
- Tak się cieszę, że mówisz, kochanie - wyszeptał mi do ucha - I wiesz... mam coś dla ciebie.
- Masz coś dla mnie?
- To ja was zostawię - doktor mrugnął do mnie i wyszedł z sali.
- Tak, mam coś dla ciebie, poczekaj chwilę - poszedł na korytarz i po chwili wrócił, a ja aż pisnęłam. John trzymał na rękach...


- Mały ma 10 tygodni, nazywa się Steven i... od teraz jest twój - położył mi maluszka na kolanach. Poczułam łzy wzruszenia na policzkach i przyciągnęłam Deaky'ego do siebie, całując go w usta.
- Dziękuję, skarbie, dziękuję, dziękuję, dziękuję! - szeptałam, tuląc go mocno - Spełniłeś moje największe marzenie...
- Drobnostka - uśmiechnął się - Przepraszam, że przed czasem, ale stwierdziłem, że po operacji podniesie cię na duchu - podniosłam pieska i przytuliłam go do siebie. Był taki ciepły i mięciutki... Zaczęłam głaskać go po główce, a Steve wtulił się w mój łokieć i zasnął. Spojrzałam na Johna, który przyglądał się nam z uśmiechem.
- Czy teraz jesteś szczęśliwa?
- Tak! Oczywiście! Mam w końcu pieska... będę śpiewać... a ty jesteś przy mnie - popatrzyłam mu prościutko w oczy.
- Cassey? - mruknął, niemal stykając się ze mną nosem
- Ta...taak?
- Kocham cię - powiedział to z takim uczuciem, tak prosto... Niby od wczoraj jest jak jest, całowanie się i te de... Ale TEGO sobie nie powiedzieliśmy...
- Kocham cię, słyszysz? Kocham jak nikogo nigdy nie kochałem - gładził mnie palcami po policzku.
- Ja ciebie też kocham. I teraz mówię to szczerze, nie jak przy Brianie. Kocham cię, John.
- Mnie i tylko mnie?
- Ciebie i tylko ciebie - odparłam, a wtedy delikatnie wsunął język między moje wargi, całując czule. Westchnęłam, owijając mu ręce wokół szyi i poddając się temu, co robił.
W pewnym momencie usłyszałam ciche chrząknięcie. Oderwałam się od Johna i spłonęłam rumieńcem, widząc w drzwiach Rogera i Meg, trzymających się za ręce, Freda i... tata?
- Tata! - ucieszyłam się, widząc Jima.
- Skarbie mój - przytulił mnie mocno - Nie pokazywałaś się już długo w domu... Opowiesz mi co się działo?
- Jasne, ale siadajcie może - odparłam i zaczęłam opowiadać. Wszyscy słuchali uważnie, a kiedy skończyłam, Rog wtrącił:
- A jak się Stevie podoba?
- Jejku, jest cudowny - pogłaskałam retriverka po główce - Marzyłam o takim!
- Wiesz córciu, że najchętniej mielibyśmy z mamą całą sforę... Ale ta alergia...
- Wiem, tatusiu, ale widzisz, mam teraz swojego. Jestem cholernie szczęśliwa, mam Stevena, mam przyjaciół, mówię i chyba będę śpiewać... No i mam Johna - uśmiechnęłam się i pogładziłam rękę Deaky'ego.
- Jesteście parą? - spytał Fred.
- Tak - odpowiedzieliśmy oboje w tym samym czasie - Deacks, właśnie, poznajcie się z moim tatą. Tato, to jest John, John, to mój tata, Jim - mężczyźni przywitali się, zamienili kilka zdań - Wiesz, tatusiu, pokazywałam Johnowi twoje zdjęcia, od razu stwierdził, że jesteś przystojny - zaśmiałam się, a tata teatralnie zarzucił włosami.
- Się ma ten wdzięk! - powiedział dumnie, a wszyscy się roześmiali.
- Kiedy wychodzisz, córka?
- Ja... w sumie nie wiem - wzruszyłam ramionami - Jak najszybciej, o.
- Bo ja wyjeżdżam...
- CO? Kiedy?
- Za dwa dni jadę do Szkocji na miesiąc... praca - westchnął
- O szlag... - wtuliłam się w niego mocno - Będziesz dzwonić?
- Jasne! A teraz wracam do mamy... Jutro cię odwiedzi...
- Tato, jeszcze jedno... Spotykam się ze Stevenem. Za 3 tygodnie, kiedy mają koncert w O2...
- Aa... - urwał - W porządku. Masz do tego pełne prawo. Nie wiem tylko jak mama...
- Nie obchodzi mnie to. Chcę w końcu poznać brata!
- Oczywiście, skarbie - tata uśmiechnął się do mnie
- Dziękuję - odpowiedziałam tym samym
- Ok, zbieram się. Przyjdę się pożegnać przed wyjazdem...
- Dobrze. Przyjdź koniecznie... Pa, tato - pocałowałam go w policzek, a Jim pomachał mi i wyszedł z sali.
Fred, Rog i Meg patrzyli na mnie dziwnie.
- Co?
- Przecież za 3 tygodnie grają w O2 Aerosmith... - powiedział Rog.
- Tak. Steven Tyler jest moim bratem - powiedziałam, a towarzystwo dosłownie zamarło. Opowiedziałam im całą historię, a potem posłałam w obieg zdjęcia, które wzięłam ze sobą.
- Nonono... wow - powiedział Freddie.
- Ale z ciebie śliczne dziecko było... No i wyrosła przecudna kobieta - powiedział Roger, uśmiechając się do mnie.
- Jesteś podobna do Stevena i do swojej mamy - dodała Meg, tuląc się do perkusisty.
- Dzięki - zarumieniłam się, chowając fotografię do torby. Steve przebudził się i zaczął cichutko skomleć, więc pogłaskałam go znowu.
- Johnny, co on je? W sensie...no...
- Tak, tak, wiem - odparł, wyciągając ze swojej torby puszkę - To - zerknęłam na etykietkę.
- Nie mam mu w czym tego dać...
- O tym również pomyślałem - podał mi małą miseczkę, a ja cmoknęłam go w policzek i wyłożyłam zawartość puszki do miseczki.
- Dasz mu? - podałam jedzenie Rogerowi, który położył miskę na ziemi, a John postawił koło niej pieska, który natychmiast zaczął jeść. Wszystkim wyrwało się ciche 'ojeeeeeej'.
- Jaki on słoooodki - stwierdziła Meg - robiąc minę typu *.*
- Bo mój - zaśmiałam się cicho, patrząc na Stevenka. Nagle usłyszałam tuż przy uchu cichy pomruk:
- Kochanieee? - podniosłam głowę i zetknęłam się z Johnem nosem.
- Taa...k? - uśmiechnął się i wpił mocno w moje usta. Roger i Freddie wstali i zaczęli gwizdać i klaskać jak idioci, na co ja teatralnie przechyliłam się do tyłu, obejmując Deaky'ego za szyję. Całowaliśmy się kilka minut, a kiedy się oderwaliśmy od siebie, Rog zapytał:
- Kiedy się pobieracie?
- Przymknij się - zaśmiałam się - Jeszcze nie!
- Ale może kiedyś! - w głosie basisty brzmiała nadzieja
- Kiedyś na pewno, odparłam, opierając głowę na ramieniu Johna.
- My już będziemy spadać - Freddie wstał, ciągnąc za sobą Taylora.
- Tak, tak, idziemy - potwierdził perkman, chwytając Megan za rękę.
- Dzięki za wizytę, jesteście kochani - poprzytulałam całą trójkę, po czym zostaliśmy sami z Johnem i Stevenkiem.
- Wiesz co, John?
- Tak?
- Boję się...
- Czego?
- Spotkania z bratem... A ten... nie mów, że idziemy tylko na spotkanie z nimi? - zrobiłam maślane oczka, a Deacks wyciągnął z kieszeni dwa bilety na płytę.
- Kocham cię normalnie! - rzuciłam mu się na szyję - Jesteś najcudowniejszym facetem jakiego poznałam, wiesz?
- Ach... doprawdy?
- Tak! - znowu zaczęliśmy się całować, tym razem namiętniej i duuużo dłużej. Fajnie, że są tu takie duże łóżka, przynajmniej może się położyć obok mnie...
John zjechał ustami na moją szyję, a ja wygięłam się, jęcząc cichutko. Pociągnęłam go tak, że niemal na mnie leżał. Mój oddech przyspieszył mocno, a serce zaczęło bić 10 razy szybciej...
- De...aky... my... jesteśmy... my... nie tu... - jęknęłam, a on natychmiast przestał, choć z wyraźnym trudem.
- Masz... cholerną rację... przepraszam...
- Nie... to nie to, że nie chcę... Tylko... Nie w TAKIM miejscu...
- Wiem... wiem - posłałam mu uśmiech - Późno już... Będę musiał iść...
- Zostań...
- Nie mogę właśnie - skrzywił się - Już pytałem.
- Mhm... no cóż. Widzimy się rano.
- Tak. Dobranoc, kochanie.
- Dobranoc i jeszcze raz dziękuję za wszystko - przytuliłam się do niego, a po chwili już spałam.

*** 3 TYGODNIE PÓŹNIEJ, HALA O2 ***

- Deackson... ja sie denerwuję... - powiedziałam. Staliśmy przed wejściem za kulisy.
- Wiem. Wszystko się uda, zobaczysz. Masz papiery?
- Mhm - wyjęłam z torebki akty urodzenia, zdjęcia i papiery rozwodowe rodziców. Ścisnęłam Johna za rękę, a on zapukał. Otworzył nam ochroniarz.
- Przepustki - pokazaliśmy imienne identyfikatory i weszliśmy.
- Korytarzem i drzwi po lewej!
- Jasne, dzięki - odparł Deaky i poprowadził mnie. Ujrzałam czerwone drzwi z napisem 'Steven Tyler. Pieprzcie się wszyscy :)'. Parsknęliśmy śmiechem.
- Pukaj, kochanie - zastukałam w drzwi.
- Proszę! - usłyszałam lekko skrzekliwy głos, a John szepnął mi do ucha:
- Powodzenia - otwarł mi drzwi i popchnął mnie do środka. Weszłam niepewnie i zobaczyłam Tylera rozwalonego na kanapie z puszką Pepsi w ręce.
- No siema - przywitał się - Podobno jakaś sprawa, taaa?
- Mhm...
- Usiądź. Jak masz na imię? - siadłam na kanapie i zaczęłam:
- Mam... Mam na imię Cassandra Ternent. To nie jest moje nazwisko. Urodziłam się 3 kwietnia 1957 roku w Ameryce, w Yonkers. Mój prawdziwy ojciec ma na imię Victor a matka Susan... - po każdym kolejnym zdaniu Steven miał coraz większe oczy - Mam dwójkę rodzeństwa... Siostrę Lyndę... i brata... Stevena - spojrzałam na niego - Ja... jestem twoją siostrą - podałam mu zdjęcia i papiery. Steve długo je przeglądał, widziałam szok i niedowierzanie w jego oczach. W końcu podniósł wzrok, wstał i przytulił mnie do siebie z całej siły.
- Moja kochana... miałem 13 lat kiedy mi cię zabrali... - usłyszałam, że płacze - Chciałem się z tobą jakkolwiek skontaktować... Boże... Już myślałem, że cię nigdy nie zobaczę! - ujął moją twarz w dłonie - Jesteś taką śliczną kobietą... zawsze byłaś... Pamiętam, jak trzymałem cię na rękach jak się urodziłaś i mama chciała chwilę odsapnąć od noszenia ciebie... - pogłaskał mnie po włosach - Miałem... mam....miałem tylko to - wyjął coś z kieszeni i podał mi. Była to wymięta, pobrudzona fotografia...


- To... ja?
- Tak. Miałaś tutaj 15 miesięcy...
- Nie widziałam tej fotografii...
- No bo ja ją dostałem... Widzisz jak wygląda, przeszła wiele, oj wiele...
- Rozumiem... - popatrzyłam mu w oczy - Cieszę się, że cię odnalazłam.
- Ja też się cieszę - wtuliłam się w jego umięśnione ramiona - Mogę już wpuścić tu mojego chłopaka?
- Jasne!
- JOHN! - Deaky natychmiast wszedł i zastał nas przytulonych mocno do siebie.
- Widzę, że wszystko gra - uśmiechnął się basista.
- Tak, jak najbardziej.
- Chcecie poznać resztę zespołu? - spytał Steven.
- Jasne! - odpowiedzieliśmy równiutko.
- No jaka dobrana para! - zaśmiał sie Steve i wyszedł na korytarz, drąc się - ZJEBY Z ZESPOŁU DO MNIEEEE! - po chwili wrócił z 4 facetami. O. KURWA. MAĆ.
- Ok, zjeb numer jeden, gra na perce i nazywa się Joey Kramer


- Zjeb numer dwa, krewniak Deacona, bo basiarz, Tom Hamilton!


- Zjeb numer trzy, rytmiczny, Brad Whitford!


- I zjeb numer cztery, pan od solówek, Joe 'Fuckin' Perry... Joe? JOE, DO JASNEJ ANIE... - wtedy do pokoju wszedł jeden z najpiękniejszych facetów jakich kiedykolwiek widziałam.


Dosłownie opadła mi kopara. OJEZUKOCHANYWIDZĘANIOŁA *___________*
Przywitałam się z 3 muzykami, a na końcu z Joe.
- He...he...he...j...jestem... Cass... - wyjąkałam, podając mu rękę.
- Cześć - okurwajakiseksownygłos! - Joe Perry - uścisnął moją dłoń i uśmiechnął się do mnie. Ugięły mi się kolana - Śliczna z ciebie dziewczyna, Cassey - teraz umarłam.
- A ty jesteś cholernie przystojny... - odparłam zarumieniona.
- Hehehe, dzięki... Może... Wyskoczysz ze mną jutro na drinka?
- Ja...jasne! Chętnie! Gdzie i o której?
- Spotkajmy się... nie wiem... zresztą. Napisz mi adres, przyjadę po ciebie.
- Ooo, w porządku, mieszkam teraz z tym oto panem... - odwróciłam głowę i aż podskoczyłam, napotykając morderczy wzrok Johna...

***

PROSZĘ O KOMENTARZE :)))

Queen rules, rules of music - PART 7

Obudziłam się w cieplutkich ramionach Johna. Aaaawh, jak milutko. Odwróciłam się do niego przodem i prawie umarłam. Ojeeeeeeeej, jak słodko! Deaky spał, oddychając miarowo, na oczy opadała mu grzywka, a na ustach błąkał się delikatny uśmieszek. Pogładziłam go leciutko po policzku. Otworzył powoli oczy i uśmiechnął się do mnie szeroko. Przesunęłam palcem po jego ustach, a on pocałował mnie czule.
- Cześć, słoneczko - szepnął, obejmując mnie w talii. W odpowiedzi zrobiłam z dłoni serduszko, posyłając mu słodkie spojrzenie.
- Przynieść ci tabliczkę? - kiwnęłam głową. Deaky wstał i po chwili wrócił z niezbędnym mi teraz skarbem.
- "Dziękuję :)))"
- Nie ma sprawy. Śniadanko? - skinęłam - Co byś chciała?
- "Lubisz tosty z masłem orzechowym?"
- Matko, kocham! A ty?
- "Jjnejcew, bardzo!"
- No to już wiem, co na śniadanko. Kawa, herbata?
- "Latte Machiato Chocolate. Nie dasz rady XD"
- A jeśli?
- "Chcę to widzieć"
- Się robi, królewno.
- "JAK!?"
- Nie kłóć się, bo cię będzie rączka boleć od pisania - zbył mnie moim własnym argumentem. Posłusznie się przymknęłam i zagrzebałam bardziej pod kocem... Pod kocem? Skąd tu koc? Hmmm...mniejsza. Po chwili obok mnie usiadł John z tacą ze śniadaniem. Jedliśmy w ciszy, która zaczynała mnie już przytłaczać.
- "Chcę już mówić :(( " - podałam mu tabliczkę.
- Wiem, skarbie, wiem.
- "Chociaż ty nie milcz... mów do mnie"
- Cassey, co byś chciała na imieniny?
- "CO?!"
- Masz przecież za tydzień...
- "Świetnie -,- taka niemowa"
- Więc?
- "Od zawsze marzył mi się golden retriver, szczeniaczek, chłopczyk..."
- Dostaniesz - uśmiechnął się, a ja dosłownie rzuciłam się na niego. Upsss. John zaśmiał się i przytulił mnie mocno. Usadowiłam się na jego kolanach i oparłam głowę o jego ramię. Taaaak, tak dobrze. Nagle posmutniałam...
- "Deaky?"
- Tak?
- "Wiesz dlaczego chciałam, żebyś mi towarzyszył przy operacji?"
- Dlaczego?
- "Bo ja... ja w sumie nie mam rodziny"
- Co? - był zszokowany
- "Ewh... urodziłam się 3 kwietnia 1957 roku w Yonkers, w USA ,w rodzinie państwa Tyler. Jestem Amerykanką. Taaak, wiem. Czekaj. Nic nie mów. Mam siostrę Lyndę i brata Stevena. Mój ojciec, Victor jest pochodzenia włosko-niemieckiego, a matka, Susan, słowiańsko-czirokeskiego. Kiedy miałam 4 lata, czyli w roku 1961, moi rodzice się rozstali. Lynde i Steven zostali z ojcem w USA, a moja matka wróciła ze mną do Polski. Rok później poznała mojego tatę, Jima Ternent. Pobrali się... Wszystko ok. Teraz pewnie spytasz... 'Przecież twoja mama nazywa się Isabelle!'. Nie nazywa się tak. W Polsce chciała mieć polskie imię, wzięła swoje drugie. Isabelle to Izabela po polsku. O tym, że mam brata i siostrę dowiedziałam się dwa lata temu... Aha. Skąd się wzięłam w Anglii? Mój tata, Jim, jest Anglikiem. Mama po prostu pojechała za nim do Londynu, bo tu lepsze życie. Pytałam o ojca biologicznego wiele razy, pytałam o brata i o siostrę... Mama nie chce mi nic powiedzieć. Ja chcę ich poznać, John! - na tabliczkę kapały moje łzy - "Mama...powiedziała, że Victor mnie nie chciał... dlatego wzięła mnie ze sobą. A... może kojarzysz zespół Aerosmith... mój brat jest tam wokalistą - uśmiechnęłam się leciutko - Ma teraz 27 lat i robi karierę jak się patrzy! O siostrze nic nie wiem. Podobno Steve chciał do mnie pisać, zobaczyć się ze mną wiele razy, ale... ale ojciec mu nie pozwolił. A mama nie chciała mi dać ich adresu. Deaky, ja... pomożesz mi ich odnaleźć? Chociaż adres Stevena! Błagam cię..." - John czytał zdanie po zdaniu i wyglądał na coraz bardziej zszokowanego - "Pokażę ci coś" - wstałam i przyniosłam ze sobą mały album, który nie wiem dlaczego, ale wzięłam - "Tylko tyle udało mi się od mamy zabrać... To jest Steven, jak miał... 11, 12 lat"


- "Nie był przystojny" - zaśmiałam się bezdźwięcznie - "A tu...teraz. Mama dostała te zdjęcie niedawno"


- "Tu jest śliczny... *.*.... A.....to taka mała Tylerka" - spłonęłam rumieńcem


- Jaka słodka! - Deaky był zachwycony
- "Jak podrosłam....nieco się zmieniłam... tu miałam może 8, 9"


- Jesteś podobna do brata, cholernie podobna - John wpatrywał się w fotografię.
- "Mówisz? A to....te są z niedawna. Moja mama kocha mnie fotografować"




- "Tu już widać, jak wyglądała moja mama kilkanaście lat temu. Nie jestem podobna do Stevena"
- Oczy identyczne, kochanie. Kolor włosów... Oprócz ostatniego.
- "Rok temu miałam rozjaśnione"
- Ust nie odziedziczyłaś - zaśmiał się
- "No nie :D"
- Pokażesz mi swoją mamę?
- "Tak" - przerzuciłam kilka stron w albumie - "Mama, kiedy miała 24 lata"


- "A tu teraz"


- Masz piękną mamę. A to co?
- "Aaa...to" - spłonęłam rumieńcem - "To zdjęcie zrobiła mi mama w moje 18 urodziny"


- Jesteś taka śliczna... - westchnął, gładząc palcem fotografię. Uśmiechnęłam się.
- "Dziękuję. To geny ślicznej mamy *.*"
- A... tata?
- Mam tylko zdjęcie Jima... Chociaż nie, Victora też mam! To jest Jim"


Deaky otwarł szeroko usta - Ale masz przystojnego tatę...
- "Wiem :3" - uśmiechnęłam się - A to... to Victor"


- Ten taki sobie.
- "Znawca się znalazł XD" - trąciłam go łokciem.
- A masz zdjęcie Lynde? - pokręciłam ze smutkiem głową.
- "Pokazałam ci chyba wszystko co wiem. Teraz muszę zdobyć adres brata..."
- Pomogę ci, Cassie. Uważam, że powinnaś go znać, to twoje prawo.
- "Koncert, jakoś się dopchać za kulisy... I z nim porozmawiać"
- Ja to załatwię. Jestem John Deacon, gram w Queen, spotkanko masz załatwione.
- "Dziękuję ci cholernie" - wpiłam mu się w usta - "Nie wiesz jakie to dla mnie ważne. Ale... zrobimy to, kiedy odzyskam głos, zgoda?"
- Tak. A chcesz zobaczyć mnie, jak byłem mały? - uniósł brwi. Pokiwałam ochoczo głową. John wstał i po chwili przyniósł kilka fotografii.


- Poznajesz?
- "Mhm :333"


- Patrz, mój pierwszy zespół, The Opposition... Co ty na to?
- "Wow, ale ciacho z ciebie *.* jesteś najprzystojniejszy z nich wszystkich!"
- Serio?
- "Jasne! Na czym grałeś?"
- Najpierw na rytmicznej, a potem przerzuciłem się na bas.
- "Masz coś jeszcze?"
- Jak byłem dzidzią... Nie chcesz tego widzieć - roześmiał się
- "Chcę!" - podał mi fotografię i schował twarz w dłoniach, śmiejąc się.


- "Jaka słodziaszna dzidzia *_*"
- Taa? To patrz, to jest zdjęcie kurwa roku - prawie sikał ze śmiechu. Tym razem i ja wybuchnęłam śmiechem.


- "Nie wiem czy to jako 'Ave szatan' czy jako 'kurwa, nie fotografuj mnie'" - zaśmiewałam się.
- To drugie chyba - zabrał mi zdjęcia i odniósł je z powrotem - To co... co robimy?
- Nie wiem... jedźmy gdzieś, chcę wykorzystać czas do operacji.

*** WTOREK ***

Bip....Bip...Bip...Bip...
Wybudziło mnie miarowe buczenie. Otwarłam oczy i oślepiła mnie biel ścian. Gdzie ja jestem? Podniosłam się. Ach tak... szpital... operacja... Byłam w sali sama. Na narzucie leżała jakaś karteczka:

"Poszedłem coś zjeść, tu masz adres Stevena, za 3 tygodnie grają w hali O2, załatwiłem nam wejście za kulisy :) Operacja się udała, będziesz mówić, ze śpiewaniem... No. W każdym razie zaraz będę, trzymaj się, skarbie <3 Deaky"

Uśmiechnęłam się szeroko i odłożyłam karteczkę na stolik. Zobaczę się ze Stevenem! Marzyłam o tym od lat! Tylko... kwestia mojego śpiewania... Nacisnęłam przycisk wzywający doktora. Przyszedł uśmiechnięty doktor Mitchell.
- Witaj, Cassandro, jak się czujesz? - wzięłam moją kochaną tabliczkę i już miałam zacząć odpisywać, kiedy doktor mi przerwał - Ale może jednak mi powiesz? - zagryzłam wargę i otworzyłam usta z których wydobył się zachrypnięty szept:
- Czuję się w porz...O! - uśmiechnęłam się szeroko - Ja mówię! - doktor Mitchell posłał mi uśmiech
- Gratuluję, Cass.
- Ja do jasnej ciasnej mówię! - z każdym słowem pozbywałam się chrypy. Mówiłam cicho, drżąco, ale mówiłam! - Jest szansa, że ja kiedyś... Zaśpiewam?
- Szansa jest zawsze, mała.
- Ale tamten lekarz... Mówił...
- Lekarz lekarzem, nie przejmuj się. Zaśpiewasz na pewno, nie wiem JAK, ale zaśpiewasz... O, chyba wrócił ktoś ważny dla ciebie - spojrzałam na drzwi, ale zamiast Johna ujrzałam w nich...

***

CZEKAM NA KOMENTARZE! :D