piątek, 21 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 13

Dni w szkole wojskowej mijały i ani się obejrzałam, a minął rok, od kiedy tu przyszłam.
Obudziło mnie głośne 'sto lat'. Otwarłam oczy i zobaczyłam Monique, Clarie, Joan, mojego tatę i trenera Deacona.
- Wszystkiego najlepszego, córeczko! - wyściskał mnie Jim - Chodź, niespodzianka czeka! - przebrałam się w mundur, założyłam czapkę i poszliśmy do gabinetu marszałka Hanzo.
- Czołem, marszałku!
- Czołem, czołem, Ternent! Gratuluję rocznego stażu! - marszałek wstał. Trzymał w dłoni pudełeczko.
- Twoje wyniki w nauce i sprawność fizyczna są imponujące! Średnia 5.4, ocena celująca z WF i zaliczone 4 poligony. Brawo, takie dobre uczennice zdarzają się naprawdę rzadko, możesz być z siebie dumna. Z racji tego, że jesteś taka zdolna... - otworzył pudełeczko. W środku znajdowała się lśniąca odznaka...
- Czołem, starszy kapralu Ternent! - powiedział marszałek, przypinając mi do munduru odznakę poziomu 2.2 czyli 'Starszy Kapral'. Byłam pozytywnie zszokowana. Już?! Przecież nie byłam jeszcze kapralem...
- Wiem, o co spytasz. A gdzie poziom kaprala? - kontynuował Hanzo, dopinając mi odznakę 'kaprala' - Jesteś zbyt zdolna na to. Wiem, że aspirujesz na pułkownika...
- Zmieniłam zdanie.
- Jak to?
- Nie chcę całego życia spędzić w wojsku. Mam zamiar ukończyć szkołę ze stopniem 'Starszy sierżant', potem mam zamiar wyjechać na półroczne szkolenie aby zdobyć specjalizację 'Chorążego', pojadę na misję po stopień 'Starszego chorążego sztabowego'... A później chcę wyjechać na rok, na wojnę do Afganistanu, gdyż chcę zostać Kapitanem. Obliczyłam, że szkoła zajmie mi 4 lata, potem pół roku szkolenia, potem misja półroczna, potem półroczne szkolenie ze stopniem Podporucznika no i rok misji. To razem daje ok. 6 lat, czyli zdobędę Kapitana w wieku 24, 25 lat. 
- A później? - marszałek był zaskoczony moim zdecydowaniem
- Później? Później zaciągnę się do wojska najemnego w Anglii i będę jeździła co roku na dwumiesięczne przeszkolenia na stan gotowości wojennej. Tyle...
- Myślę, że plan jest idealny. Naprawdę. Podziwiam twoje zdecydowanie, nie spotkałem się jeszcze z tak dopracowanym planem, naprawdę...
- Dziękuję, marszałku.
- Pracuj dalej, pracuj i obyś osiągnęła to, co chcesz. Czołem!
- Czołem, marszałku!


*** 3 LATA PÓŹNIEJ ***


- Cassandro Ternent, mianuję cię oficjalnie Starszym Sierżantem Armii Wojska Najemnego w USA! Obyś wiernie służyła naszemu krajowi i swojej ojczyźnie! - marszałek Hanzo przypiął mi odznakę Starszego Sierżanta i rozległy się brawa. Kapitan Sans podeszła i wręczyła mi bukiet kwiatów, gratulując mocno. Uśmiechnęłam się jeszcze do fotki pamiątkowej i usiadłam na miejsce, obok taty.
- Cassie, jej, jestem z ciebie tak cholernie dumny... - tulił mnie Jim - Moja córka Starszym Sierżantem nonono... Nie tęsknisz za Anglią?
- Co ty! - odparłam, gładząc palcem moje 7 odznak na mundurze
- To co teraz?
- Teraz...? Teraz jadę do Meksyku na roczne szkolenie, nie mogę się doczekać!
- Będziesz tam sama...
- Nie, jadę z Clarą! - emocjonowałam się. Miałam już wszystko gotowe, wyjeżdżałam za dwa tygodnie.
- To co... - ceremonia właśnie się skończyła - Masz świadectwo, odznaki, papiery, rzeczy... Wracamy do Anglii?
- Tak... I tak będę tam tylko tydzień. Pójdę się pożegnać - odparłam i podbiegłam wyściskać wszystkie koleżanki i kolegów.


***


- CASSIE! - mama rzuciła mi się na szyję - Jaka umięśniona... wow! A mundur... jestem taka dumna, kochanie - ściskała mnie Isabelle.
- Tęskniłam... - wyszeptałam
- Nie tylko ty, Steven zaraz przyjdzie.
- Super! - kiedy tylko to powiedziałam, do domu wszedł Tyler.
- CASS! - wrzasnął, biorąc mnie w ramiona - Boże, ale się z ciebie zrobiła wysportowana seksi dupa! - ocenił, lustrując mnie wzrokiem - Jak było, opowiadaj!
- Właśnie! - usiedliśmy w salonie i zaczęłam streszczać 4 lata w Szkole Wojskowej


***


- Starszy Sierżant Cassandra Ternent?
- Tak, to ja. Czołem pułkowniku! - zasalutowałam
- Czołem. Witaj w Querétaro, w naszej bazie Wojska Krajowej Armii USA. Pokażę ci pokój, chodź. Musisz wiedzieć, że każdy z nas zobowiązany jest do ciągłego stanu gotowości, gdyż zdarzają się ataki obcych armii meksykańskich, wtedy nie wahaj się użyć broni - tłumaczył, prowadząc mnie korytarzem - Patrząc na twoje CV... Nono, muszę powiedzieć, że jest imponujące! Z przyjemnością podpisywałem zgodę na przeszkolenie ciebie, myślę, że dosyć szybko awansujesz na chorążego.
- Bardzo mnie to cieszy, pułkowniku Quadro - odparłam
- Tu masz pokój, za 20 minut zbiórka na kolacji, dam ci rozpiskę dni - mrugnął do mnie i wyszedł.
- ¡Hola - podniosłam głowę. Mam współlokatora?
- ¡Hola... Jestem Cassie!
- A ja Michelle. Też niedawno przyjechałam - uśmiechnęła się do mnie. Była śliczną brunetką z mocno zielonymi oczami - Eres hermosa!
- Co?
- Jesteś śliczna!
- JA!? Prędzej ty!
- Aj tam... wybacz, że mówię po hiszpańsku, ale wolę tak, niż po angielsku.
- Jasne, nie ma sprawy - posłałam jej uśmiech, wypakowując rzeczy.

***

Po miesiącu spędzonym w Querétaro, miałam mięśnie ze stali, zero tłuszczu i strzelałam z karabinu, jakbym robiła to od urodzenia. Nasza grupa liczyła 15 osób + 2 pułkowników i kapitana.
Akurat wróciłam spod prysznica, przebrałam się w podkoszulek i spodenki i walnęłam się na łóżko. O rany... Męczący dzień. Po chwili już spałam.

W środku nocy obudziły mnie strzały i czyjś krzyk. Natychmiast wyskoczyłam z łóżka, naciągnęłam trampki na stopy i wzięłam załadowany karabin. Wyśliznęłam się z pokoju i cicho szłam korytarzem. Po chwili napotkałam pułkownika Sachen.
- Co się dzieje, pułkowniku? - spytałam szeptem, kucając obok niego
- Kilkunastu meksykańskich żołnierzy postanowiło na nas napaść... Mają tylko 3 karabiny, reszta to noże... Ternent, idź na lewe skrzydło i strzelaj jak tylko zauważysz jakiegokolwiek nie naszego żołnierza.
- Tak jest! - odszepnęłam i poszłam najciszej jak mogłam na lewe skrzydło. Wychyliłam głowę, rozglądając się po placu. Pusto... ale nie wiadomo.
Wyszłam zza rogu, mając karabin przy oku. Nagle po mojej prawej stronie usłyszałam ruch. Ktoś tu był. Odwracałam głowę to w prawo, to w lewo, ale nic nie zauważyłam. Zrobiłam kilka kroków, a wtedy usłyszałam huk wystrzału i zapiekła mnie prawa ręka, ta, którą celuje. Natychmiast się odwróciłam i pomimo bólu, strzeliłam, trafiając meksykanina w potylicę. Padł jak długi, drgając w konwulsjach. Pobiegłam naprzód. Tu było dwóch meksykańskich żołnierzy, ale chyba się mnie nie spodziewali. Wystarczyły dwa strzały. Miałam już mroczki przed oczami, ale dzielnie kierowałam się do głównego wejścia. Dwóch naszych żołnierzy walczyło przeciwko 5 meksykańskim. Strzelałam na oślep, nie wiem jakim cudem, ale powaliłam ich, nie raniąc naszych. Po ostatnim strzale osunęłam się na ziemię.

***

- Dostała równiuteńko przez ramię, ale powaliła 8 z 15 żołnierzy... Nie budzi się od 2 dni... 
- Jest dzielna i silna, na pewno wkrótce się obudzi...
- Macie jak zawiadomić kogoś z jej rodziny?
- Nie mam żadnych telefonów...
- Jej ojciec jest generałem w Anglii...
- Taaa?
- No.
- Zadzwoń!
- Nieee, potem - otwarłam oczy i usiadłam z trudem. Przede mną stali pułkownicy Sachen i Quadro a także kapitan Molién.
- Czołem, towarzysze! - przywitałam się
- Ternent! Żyjesz! Jak ręka?
- Boli... - poruszałam prawym ramieniem - Ale da się przeżyć
- Gratuluję świetnej akcji z meksykanami! Zabiłaś 8 żołnierzy z 15! Podniesienie stopnia masz jak w banku - uśmiechnął się Molién.
- Jej.... dziękuję!
- To my dziękujemy za perfekcyjną gotowość i obronę obozu! - zarumieniłam się nieco i wstałam
- Mogę iść do siebie?
- A jak się czujesz?
- W porządku.
- Więc odmeldowuję, starszy sierżancie Ternent!
- Czołem, towarzysze! - odparłam i wyszłam.

Po południu, w czasie obiadu, kapitan Molién wstał i z uśmiechem, uroczyście wpiął mi w mundur odznakę 'Młodszego Chorążego'
- Gratuluję, oby tak dalej! - powiedział i przybił mi piątkę. Odebrałam gratulacje od wszystkich i poszłam odpocząć, gdyż ręka bolała mnie jeszcze dość mocno. Dostałam zgodę na wykonanie telefonu do rodziny.
- Tak słucham?
- Tatuś?
- CASS! Jak dobrze, że dzwonisz!
- Dwa dni temu mieliśmy atak, zabiłam ośmiu, dostałam kulą w prawe ramię, ale i tak strzelałam... No i rozmawiasz właśnie z Młodszym Chorążym!
- Rany, córa, idziesz z tymi stopniami jak burza, super!
- Dzięki... Wiesz, wyglądam jak murzynka, taka opalona jestem - zaśmiałam się
- W ogóle... wiesz... John o ciebie pytał.
- CO!? Nie, tato.
- Cass, posłu...
- NIE, NIE POSŁUCHAM! - wrzasnęłam, przerywając tacie w pół słowa - Muszę kończyć, pa - odłożyłam słuchawkę, wkurzona jak cholera. John? Jaki kurwa John!? Nie znam.
Nieważne. Wstałam i zaczęłam w miarę możliwości się rozciągać.

***

Po tygodniu moja ręka była sprawna i uczono mnie teraz używać karabinu cięższego kalibru... 
- Ternent, no bez jaj, trzymaj to prosto!
- Kiedy... - ramię wisiało mi pod ciężarem broni - To jest dla mnie za ciężkie!
- Nie pierdol, Młodszy Chorąży, tylko strzelaj kurwa! - pułkownik Quadro zaczynał się wkurzać. Uniosłam broń i strzeliłam... Oczywiście nie trafiając w cel.
- Naprawdę jest za ciężka...
- Mięczak z ciebie, Ternent - dźgnął mnie w mięśnie ramion - Chyba trzeba znowu powisieć na drążku... 100 podciągnięć, wykonać!
- Tak jest! - podeszłam do drążka, podciągnęłam się i spadłam z wrzaskiem bólu.
- Co się dzieje, Ternent? - zaraz kurwa zapomnę jak mam na imię. Jestem 'Ternent'... Nigdy Cassie.
- Ramię... - skrzywiłam się i zerknęłam na koszulkę... Cały rękaw był mokry od krwi - Krwawię, pułkowniku - zaalarmowałam ze spokojem.
- Odmarsz do lekarza!
- Tak jest! - skierowałam się do budynku 'szpitala'. 

- Zszyjemy... - ocenił lekarz, wbijając mi igłę ze środkiem znieczulającym w ramię - Bardzo boli?
- Przyzwyczaiłam się do bólu - odparłam z uśmiechem, a on zaczął zszywać mi rękę. Po chwili było po wszystkim.
- Ile ty masz w ogóle lat, Cass? - spytał, a ja uniosłam głowę z zaskoczeniem
- 22... A ty?
- 24 - uśmiechnął się krzywo - Mam na imię Chris, tak w ogóle...
- Jesteś z Ameryki?
- Nie, z Anglii. No, możesz iść i uważaj przez kilka dni na te ramię... Jak zdejmiemy szwy, to będziesz mogła zacząć ćwiczenia. Rozumiemy się?
- Rozumiemy. Dzięki - odparłam i wyszłam, kierując się do mojego pokoju.


***


- Starszy chorąży sztabowy Ternent Cassandra, wystąp! - zakrzyknął generał Lorenz, a ja posłusznie wyszłam z szeregu - Ukończona Szkoła Wojskowa w Nowym Yorku ze stopniem Starszego Sierżanta Armii Wojska Najemnego w USA... Przebyte szkolenie w Meksyku ze stopniem Starszego Chorążego Sztabowego... Z aspiracjami na wyjazd na misję do Afganistanu i zdobycie stopnia Kapitana, tak?
- Tak jest, generale!
- Wstąp! Starszy chorąży sztabowy Louisa Stanford... - wywoływał dalej generał, a ja odpłynęłam myślami w kierunku czekającego mnie roku. Mam prawie 23 lata, jestem właśnie w Kalifornii, od dziś zaczynam półroczne szkolenie przed misją w Afganistanie. Tata twierdzi, że będę tam 1-5 miesięcy, zależy jak się spiszę. Co potem? Jim radzi zaciągnąć się do Armii Krajowej i jeździć co jakiś czas na doszkolenia, znaleźć normalną pracę... I faceta. Nie. Faceta nie potrzebuję, o co to to nie!

- Rozejść się! - usłyszałam i ruszyłam na poszukiwanie pokoju z numerem 517, od dzisiaj będącym moją sypialnią na najbliższe 6 miesięcy...


***

lipiec, 1980, Londyn

 - A teraz to, na co czekaliście! Utwór napisany przez Johna! ANOTHER ONE BITES THE DUST! - rozległ się charakterystyczny, basowy riff początkowy.
- Steve walks warily down the street, with his brim pulled way down low, ain't no sound but the sound of his feet, machine guns ready to go! - śpiewał Freddie, przechadzając się po scenie. Zespół Queen coraz bardziej rozkwitał, sprzedawali miliony płyt, singli, pisali o nich w każdym piśmie.
- Are you ready hey are you ready for this? Are you hanging on the edge of your seat? Out of the doorway the bullets rip, to the sound of the beat yeah! - małżeństwo Rogera i Meg trzymało się cały czas i do tej pory zaowocowało aktualnie 4 letnim synem, Meddowsem. Słodki, malutki blondaś, którego uwielbiali wszyscy dookoła, a Rog puszył się z dumy.
- Another one bites the dust, another one bites the dust, and another one gone and another one gone, another one bites the dust. Hey I'm gonna get you too, another one bites the dust! - Brian, po prawie roku samotności, ponownie związał się z Natalie i kilka miesięcy temu wzięli ślub. Fred pozostawał w zażyłych stosunkach z Mary Austin...
- Are you happy are you satisfied? How long can you stand the heat, out of the doorway the bullets rip, to the sound of the beat look out! - dołączyły się chórki:
- Another one bites the dust! Another one bites the dust! And another one gone and another one gone another one bites the dust! Hey I'm gonna get you too, another one bites the dust!


***


- I raz i dwa! I raz i dwa, Ternent, pompuj, kurwa, już siły nie masz? - nabrałam powietrza i po raz kolejny opuściłam się na ramionach. Dżizas, nie mogę już... Ale cóż, jeszcze tylko miesiąc... I wyjazd, wyjazd, wyjazd! - Dobra, dość, 10 kółeczek dookoła i dam wam spokój. Wykonać! - podniosłam się z podłogi i zaczęłam biegać. Przychodziło mi to z łatwością w porównaniu do robienia pompek przez pół godziny... Byłam już prawie pod koniec szkolenia, byłam gotowa na wyjazd na misję, umiałam strzelać z karabinów kilku kalibrów, z pistoletu, umiałam wyszykować się do wyjścia w 3 minuty i inne potrzebne rzeczy.
Mamy zgraną, 10 osobową grupę - 8 facetów, ja i rok starsza Rosie. Tata zaczyna już świrować, boi się o mnie... Przecież będę ostrożna, nie dam się zabić.


***


- Z lotniska odbierze was generał Brad, uważajcie na siebie i wróćcie za 5 miesięcy cali i zdrowi - żegnał nas generał Lorenz. Poprawiłam odznakę 'Porucznika' - już 13 na moim mundurze. Czy pechowa? Nagle gdzieś za plecami usłyszałam:
- Te, poruczniku Ternent! - odwróciłam się
- TATA! - podbiegłam do Jima i przytuliłam się mocno
- Tak się o ciebie boję, a jednocześnie jestem taki dumny...
- Wiem, tato. Poradzę sobie - uśmiechnęłam się - Odmeldowuję, generale Ternent!
- Czołem, poruczniku Ternent! Uważajcie na siebie, towarzyszu - w głosie taty słychać było wzruszenie - Kocham cię - dodał szeptem
- Ja cię też, tatusiu - odparłam i wsiadłam do samolotu. Teraz dopiero zaczęłam naprawdę się bać...


*** 3 miesiące później ***


- ...10 żołnierzy wysłanych do Afganistanu z polecenia Zarządu Wojska Armii Krajowej USA odbyło wczoraj pierwszą poważną próbę. Grupę w ich obozie napadło kilkunastu afganistańskich żołnierzy z karabinami. Z 10 amerykanów, 4 zostało rannych, dwójka walczy w tej chwili o życie. Znamy ich nazwiska: Sanchez Olga, Kine Christian, Dreak Alexandra i Ternent Cassandra. Dwójka ostatnich rannych znajduje się w Szpitalu im. Świętej Anny w Afganistanie, cały czas czekamy na informację o stanie ich zdro...
- JOHN, KURWA, CHODŹ TU, MÓWIĄ O CASSIE!
- COOO!? - Deaky znalazł się w pokoju w sekundę - Co mówią co mówią!?
- Słuchaj!
- Najmłodsza z grupy, Cassandra, niedawno skończyła 23 lata, jak dowiadujemy się od jej towarzyszy, otrzymała 2 kule w klatkę piersiową i jedną w rękę, jej stan jest poważny. Dreak Alexandra otrzym...
- WIDZISZ JAK SPIERDOLIŁEM!? - John rzucił się na ziemię, bijąc pięściami w dywan - GDYBYM NIE ZACHOWAŁ SIĘ JAK CIUL, NIE NARAŻAŁABY ŻYCIA!
- USPOKÓJ SIĘ, DEACON! TO BYŁA JEJ DECYZJA! 
- Muszę tam pojechać, muszę się z nią zobaczyć, muszę! - gorączkował się basista, chodząc po salonie Taylora
- OGARNIJ SIĘ, DEACON! - Rog chwycił go za ramiona i potrząsnął nim mocno - Ona jest w Afganistanie, tępy dupku, ona jest żołnierzem! Nie rozumiesz, że ona już dawno wybrała? NIE JEST I NIE BĘDZIE TWOJA, DO KURWY! - wrzasnął na całe gardło i popchnął przyjaciela na kanapę - Nie zajmuj się kimś, kogo już niemal nie pamiętasz, skup się na trasie, w którą wyjeżdżamy pojutrze!
- Jasne - głos Johna był totalnie przybity i załamany - Nie było tematu...
- Pomyśl, najpierw na drodze Niemcy, schlejemy się jak się patrzy - uśmiechnął się Taylor - Chłopie, masz 29 lat, ja mam 30 i jestem żonaty, ale ty jeszcze masz w chuj czasu i tabuny tęsknych fanek, chcących rozerwać cię na strzępy żebyś tylko na nie spojrzał. Na pewno kogoś poznasz - poklepał basistę po plecach - Chodź na drinka!
- Masz rację... Idziemy do 'Heaven'!



***



Obudził mnie tępy ból w klatce piersiowej. Otworzyłam oczy i oślepiła mnie biel ścian dookoła. Gdzie ja jestem...?
- Obudziła się, obudziła! - podbiegło do mnie dwóch lekarzy - Wszystko w porządku? Jak się czujesz? Coś boli? Zawołać generała? - zasypali mnie pytaniami
- Zostawcie mnie samą... - powiedziałam słabym głosem, opadając na poduszki. Mężczyźni posłusznie wyszli i zostałam sama w pustej, jasnej sali. 
Wtedy coś do mnie dotarło... Coś, co kiedyś znałam... Ale zapomniałam... Pierwszy raz od kilku lat poczułam się naprawdę samotna.



***


- Za szczególne zasługi obrony kraju i idealnie przeprowadzone 3 akcje, jedna pomimo rozległych ran, przyznaję ci Cassandro Ternent stopień Kapitana. Od dziś posiadasz własną broń, legitymację, mundur i czapkę. Możesz wracać do Anglii - mówił z uśmiechem marszałek Hanzo, stojąc obok mojego taty i przypinając mi odznakę do munduru. Byliśmy w budynku Szkoły Wojskowej VI, ja, Alexandra i reszta naszej 10-osobowej grupy. Miałam świadomość, że widzę tych ludzi ostatni raz na bardzo długo czas, jeśli nie ostatni raz w życiu.

Po ceremonii ściskaliśmy się chyba z godzinę. Następnie była uroczysta kolacja, pożegnanie i... bal. Tak. Zrobili nam bal.
Ubrałam się w jedyną sukienkę jaką miałam - krótką, skórzaną, z odkrytymi ramionami i szpilki. Przez te kilka godzin niemal nie schodziłam z parkietu, tańcząc z Chrisem, z którym w Afganistanie nieźle się zaprzyjaźniliśmy. Miał 26 lat, był Irlandczykiem, jutro z rana wyjeżdżał do rodzinnego kraju. Ja także wracam do Anglii, oczywiście w każdej chwili gotowa wyruszyć na misję, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Bal zakończył się symbolicznym toastem, ostatnimi uściskami i pożegnaniami. Potem wróciłam po raz ostatni do pokoju, założyłam obcisłe biodrówki, koszulkę na ramiączkach, trampki a na ramieniu zawiesiłam pasek od torby. Szłam cichym, uśpionym korytarzem, spoglądając na ściany z przywieszonymi dyplomami... Odnalazłam nawet parę swoich!
Wyszłam z budynku, w którym spędziłam dobre kilka lat życia. Obejrzałam się ostatni raz i podeszłam do samochodu mojego taty.
- No córeczko... Gratuluję ci! Zaszłaś cholernie daleko... Wystarczyło niecałe 6 lat... Za 4 miesiące będziesz miała 24 lata, skarbie, tak?
- Tak
- No... w niecałe 6 lat zdobyłaś 14 stopni wojskowych i pochwały od najważniejszych szych w Wojsku. Jestem z ciebie mega dumny! - chwalił mnie Jim, odpalając silnik.
- Zastanawiam się jaką pracę wybrać... Nie chcę stracić kondycji i umiejętności, jakie zdobyłam... Myślałam, nad przyjęciem się w CIA... Jako agent... Co ty na to?
- Hm... ciekawy pomysł, ale wiesz... nie będziesz miała życia... możesz zginąć...
- W Afganistanie też mogłam, tato.
- Racja... cóż, złóż po prostu papiery i zobaczymy!
- Ewentualnie mogłabym...yhm...nie wiem.
- Na ochroniarza...?
- Nieee, nuda. Albo CIA, albo się zaciągnę do wojska i będę szkolić młodych żołnierzy.
- To się wiąże z zamieszkaniem w Nowym Yorku...
- Wiem. Chcę tego.
- W porządku. Zaakceptuję każdą twoją decyzję, kochanie - odparł, a ja uśmiechnęłam się
- Tato?
- Yhm?
- Wiesz, że od 6 lat nie słuchałam muzyki?
- SERIO?! Już puszczam! - włączył radio
- The Clash!
- Pamiętasz jeszcze, Cass? - zadrwił lekko tata
- Jasne! - akurat utwór się kończył. Wtedy usłyszałam cholernie chwytliwy riff i zaczęłam się kiwać do rytmu. Kiedy wokalista zaczął śpiewać, serce mi stanęło.
- Steve walks warily down the street, with his brim pulled way down low, ain't no sound but the sound of his feet, machine guns ready to go!
- Queen nagrali zajebisty kawałek, John się nieźle popisał tym utworem! To jego dzieło! - powiedział tata, podśpiewując. Odetchnęłam.
- Wyłącz to.
- Dlaczego, Cassie?
- WYŁĄCZ TO, KURWA! - wrzasnęłam z histerią, a Jim natychmiast przełączył stację - MI SIĘ WSZYSTKO PRZYPOMINA! WSZYSTKO!
- CASSIE, USPOKÓJ SIĘ! - wrzasnął tata na całe gardło. Umilkłam. Byłam totalnie rozhisteryzowana, trzęsłam się, po policzkach płynęły mi łzy - Już dobrze, córeczko, już w porządku... - pogłaskał mnie po ramieniu - Już ciii...
- Przepraszam - ogarnęłam się natychmiast - Mam złe wspomnienia z TYM zespołem...
- Jasne... Patrz! Może chcesz coś zjeść? - zmienił temat Jim, widząc bar.
- Chętnie! - zatrzymaliśmy się na frytki i pojechaliśmy prosto na lotnisko.
- Anglia już niedługo! - zaśmiał się tata, podchodząc ze mną do odprawy bagażowej.


Godzinę później siedzieliśmy w samolocie do Anglii...

czwartek, 20 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 12

- I na raz... dwa... raz, dwa, trzy JUŻ!
- Love of my life... you hurt me... you broken my heart... and now you leave me... love of my life can't you see... bring it back, bring it back, don't take it away from me because you don't know what it means to me...
- Dobrze, nawet bardzo. Brian, od początku!
- Robi się!
- Love of m... Ej, a gdzie jest Cassie? - Fred przerwał w pół słowa - Dawno jej nie widziałem! - przesunął wzrokiem po zebranych w studiu.
- Nie gadałem z nią od tygodnia, od wesela - powiedział Roger
- Ja już wieki... - dodał Bri, patrząc w kierunku Johna, który uporczywie milczał - Deacks, halo! Ziemia do Diakona, żyjesz?
- Jasne. Grajmy - odparł chłodnym tonem
- Gadałam z nią... - Meg wstała z kanapy - Natalie też. Dwa dni temu.
- Gdzie ona się kurwa podziewa? - Mercury był zirytowany
- U Stevena.
- Mogłem się domyślić... Przyjdzie?
- Wątpię - Megan pokręciła głową
- Co się z wami dzieje, do cholery? - wokalista był rozdrażniony - Deacon, wytłumacz nam to, albo dostanę szału!
- Co mam tłumaczyć? - basista wzruszył ramionami - Joe to kurwiarz, ale ona tego nie widzi. Co z tego, że na jej oczach lizał się z inną, nie? Cassie jest po prostu idiotką i tyle.
- I tak ją kochasz, nie oszukuj nas i siebie, co? - Roger podniósł głowę - To błędne koło. Wyjaśnijcie to sobie w końcu. Diakon, ty jesteś facet czy ciota? O kobietę się walczy! A ty czekasz jak na zbawienie, aż Perry Ci ją sprzątnie sprzed nosa!
- Ale...ale...
- CO KURWA ALE?! - wydarł się Brian - Traktujecie się jak jakieś szmaty! Cass się po prostu pogubiła, a ty jako facet, powinieneś jej pomóc!
- ALE ONA NIE CHCE!
- A PRÓBOWAŁEŚ?!
- CISZA! - wydarł się na całe gardło Freddie - Brian, pilnuj lepiej Natalie, a ty Taylor, zajmij się swoją żoną. John jest dorosły, jasne? Zrobi co uważa za stosowne, ale ja na jego miejscu bym walczył... Cóż. Wracamy do pracy, raz, raz!

***

- Dlaczego mi to robisz?
- Aaaeee zcooo?
- PERRY, TY SZMATO! - uderzyłam go z całej siły w twarz, aż zatoczył się na ścianę - BĘDĘ Z TOBĄ ROZMAWIAĆ, KIEDY WYTRZEŹWIEJESZ, DO WIDZENIA! - odwróciłam się, trzaskając drzwiami do pokoju. Usiadłam na łóżku, uspokajając oddech. Drżącymi rękami wyjęłam paczkę Malboro i zapaliłam, otwierając wcześniej okno. Boże... Moje życie jest pojebane... Chwyciłam telefon
- Halo?
- Tato...?
- Cassie! Co jest, córeńko?
- Tato, ja... yhm... pamiętasz, jak mi mówiłeś o szkole wojskowej w Nowym Yorku?
- Tak, pamiętam... Czyżbyś w końcu zechciała iść w moje ślady?
- Nie jestem już za...stara?
- Masz 18 lat córeczko, od 18 właśnie przyjmują...
- Ile trwają studia?
- 4 lata szkoły wojskowej, co miesiąc, dwa, wyjazdy na poligon, a na koniec studiów jedziesz na jakąś misję, żeby zdać egzamin... Zawsze miałaś szóstki z WF, dobrze się uczysz, myślę, że dałabyś radę - niemal widziałam jak się uśmiecha
- Tak jest, generale! - odparłam dziarsko
- Semestr zaczyna się za dwa tygodnie, mam złożyć ci papiery?
- Tak.
- Przyjadę za tydzień i polecimy do Nowego Yorku. Może będę miał szczęście cię szkolić.
- Oby nie - zaśmialiśmy się oboje - Ok, dzięki tato, będę kończyć.
- Jasne, to całusy, papa!
- Pa, tato! Dzięki! - odłożyłam telefon. Odetchnęłam i zrobiłam kilka porządnych pompek. Wojsko? Na co ja się piszę? Ale chcę tego... po prostu. Poza tym... nie ukrywajmy, mogę po prostu zwiać stąd. Będę daleko i poświęcę się temu, co mnie fascynuje. Pamiętam, że jak byłam mała, często przymierzałam czapkę taty, a on uczył mnie salutować...


***


- Pożegnałaś się z wszystkimi?
- Szczerze? Nie. Zostawiłam im w studiu list... Tato, ja po protu im uciekam...
- Coś się stało?
- Opowiem ci w samolocie - odparłam, podnosząc ciężką torbę podręczną. Tata wziął swoją. Obrzuciłam wzrokiem jego cudowny mundur z 4-gwiazdkową odznaką generała. Byłam z niego taka dumna...
- Tato?
- Tak?
- Jaki stopień mogę zdobyć?
- Po szkole wojskowej, bez niczego więcej?
- Powiedzmy.
- Najpierw masz tak: Szeregowy, Starszy szeregowy, Kapral, Starszy kapral, Plutonowy i Sierżant. Zdarza się, że za szczególne osiągnięcia zdobywasz Starszego sierżanta. Potem, po zakończeniu tych 4 lat nauki, możesz jeździć na szkolenia i wtedy po kolei jest: Młodszy chorąży, Chorąży, Starszy Chorąży, Starszy chorąży sztabowy, z tym, że to ci przyznają w zależności jak się spiszesz. Następnie mamy etap oficerski, czyli: Podporucznik, Porucznik, Kapitan, Major, Podpułkownik, Pułkownik. No i potem generałowie no i marszałek, ale na to nie licz - roześmiał się, a ja kiwnęłam głową
- Chcę być porucznikiem.
- Wysoko mierzysz.
- Tak, wiem. Albo i pułkownikiem.
- Licz jakieś 7 lat na pułkownika, może mniej. Młoda jesteś, więc się zobaczy. Chodź, nasz samolot już stoi.
- Boję się trochę tej szkoły...
- Będzie dobrze... A zobaczysz jaką mam chatę w Nowym Yorku, wooow!
- Mówisz?
- Mhm! - usiedliśmy na fotelach. Inni pasażerowie patrzyli z podziwem na mojego tatę. Nie dziwię się!
- Miałaś mi opowiedzieć...
- A, tak - streściłam mu całą historię. Jim tylko kiwał głową.
- O Brianie zapominamy, Joe jest naprawdę nie warty twojej miłości, widać, że to pies na baby, ale John... Wydaje mi się, że to z nim powinnaś być. Widać, że cię kocha i mu na tobie zależy...
- I tak już po fakcie, bo do Anglii nie wrócę przez najbliższe kilka lat...
- Jesteś pewna? W wojsku nie ma czasu na facetów...
- Wiem, tato. To mi odpowiada.


***


"Kochani!
Kiedy to odczytacie, ja będę już w samolocie do Nowego Yorku. Zdecydowałam się na szkołę wojskową, za kilka(naście) lat odwiedzę was jako pułkownik Ternent :) Nie macie mojego adresu, telefonu, nie macie nic. Jeśli zechcę, to napiszę. Wybaczcie, że zepsułam wam życie i plany na płytę.
Całusy ;*
Cassie"

- Stary.... stary, ty płaczesz? - Roger położył rękę na ramieniu Johna, po którego policzkach płynęły łzy.
- Straciłem ją... kurwa, straciłem ją... - wyszeptał, załamany
- Ej, ona wróci... Ona kiedyś wróci, stary... - próbował pocieszać go Brian.
- Spierdoliłem.... spierdoliłem wszystko... zostawcie mnie - odparł, wybiegając ze studia.


***


- Melduję się, marszałku Hanzo! - mój tata zasalutował, a ja stałam zestresowana jak nie wiem - To jest moja córka, Cassandra.
- Witam serdecznie w naszej Szkole Wojskowej nr VI, najlepszej w całej Ameryce - odparł marszałek, podając mi dłoń
- Dziękuję - odparłam, ściskając ją
 - Gotowa na oprowadzenie po szkole?
- Tak!
- Kapralu Switch! - marszałek przywołał do siebie umięśnioną, szczupłą dziewczynę w mundurze - Proszę oprowadzić Cassandrę po szkole i pokazać jej pokój.
- Tak jest! - odparła, salutując - Chodźmy - poszłam za nią.
- Ok, a tak nieformalnie, jestem Clara - uśmiechnęła się do mnie - Jestem na 2 roku, mam 2.1 stopień, czyli kapral... Będziemy razem w pokoju! Ten... Jeszcze są dwie dziewczyny, Joan, też kapral i starsza szeregowa Monique... Myślę, że się polubicie! Ile masz lat?
- 18... 
- O, ja mam 19, Joan też, a Monique jest w twoim wieku, super!
- Jak wygląda tutaj dzień? 
- Pobudka o 6.00, od 6.15 do 7.00 biegamy, śniadanie, lekcje, w tym 2 godziny wf, potem wolne do 17, o 17 ćwiczenia i szkolenia, potem kolacja, czas wolny i o 22 cisza nocna. Tak w skrócie.
- Ciężko z WF?
- Zależy... Ile ważysz i mierzysz?
- 173 cm i 53 kg...
- Mierzę 165 cm a ważę 42, nie jestem wychudzona, ale kurwa... Zawsze miałam oponkę... Wystarczył miesiąc tu i widzisz - dźgnęła się w umięśniony brzuch - Ok, tu jest nasz pokój, wbijamy! - otwarła drzwi. Pierwsze, co mnie uderzyło to ogrom pokoju. Wow, ile miejsca!
- Są dwie sypialnie po 2 osoby, śpisz ze mną! Dobra, laski przyjechała nowa! - z sypialni po lewej wyszły dwie dziewczyny. Jedna średniego wzrostu brunetka a druga wysoka blondynka.
- Hej, jestem Monique! - przywitała się brunetka, a blondzia dodała:
- A ja Joan, czuj się jak u siebie!
- Jak masz na imię? - zaciekawiła się Monique
- Jest Cassandra, ale mówcie mi Cass, Cassie, Cassey... - uśmiechnęłam się nieśmiało i obrzuciłam je wzrokiem. Każda, szczupła, umięśniona, wyprostowana jak struna... wow!
- Chodź, rozpakujesz się - Clara wzięła mnie pod rękę i zaprowadziła do sypialni po prawej. Wow wow wow!
- Śpisz przy oknie, może być?
- Jasne, tak chciałam! - odparłam i zaczęłam się wypakowywać, zgodnie ze wskazówkami Clary.
- Masz jakieś zdrobnienie imienia?
-  Clarie - odparła
- Ładnie! Kiedy dostanę mundur? 
- Jutro, po rozgrzewce. Szczęściaro, korzystaj, jutro jeszcze masz wolne, a potem się zacznie - roześmiała się, splatając włosy w warkocz.
- Dam radę - posłałam jej uśmiech - Masz chłopaka?
- Niet - odparła z dziwnym akcentem - To 'nie' po rosyjsku. Nie ma na to czasu, miałam zanim tu przyjechałam, ale to dawne dzieje... A ty?
- Nie - zaprzeczyłam szybko. Za szybko. Na szczęście moja współspaczka chyba się nie zorientowała.
- Co teraz będziemy robić?
- Teraz kolacja... potem wolne i spać. Luzik. Biegasz jutro z nami? Nie musisz jeszcze... - wtedy weszli tata z marszałkiem Hanzo.
- Jak tam, córa? - spytał Jim z uśmiechem - Wypakowana?
- Tak jest, generale! - odparłam z uśmiechem
- Jutro wstajemy o 6.00 - roześmiał się - Już cię widzę!
- Bez problemu! - odparłam
- Jutro masz jeszcze ulgę i po śniadaniu masz wolne, tylko trener weźmie cię na sprawdzenie umiejętności sportowych... Za to pojutrze już normalnie funkcjonujesz. Plan wisi na tablicy korkowej, książki i inne rzeczy dostaniesz jutro, jutro też dostaniesz mundur, a teraz chodź, zmierzymy cię - powiedział Hanzo a ja posłusznie wstałam i poszłam za nim.
Po przymiarkach, poszłam od razu na kolację. Na szczęście miejsce przy stole między Clarą a Monique czekało na mnie. Jedliśmy w ciszy. Dyskretnie obserwowałam wszystkich uczniów. Nie byli w mundurach, ale nikt się nie stroił, przeważały koszulki moro, białe lub czarne podkoszulki i spodnie moro ewentualnie dżinsy. Dobrze, że zakupiłam dużo takiej garderoby. Przyuważyłam też, że wszyscy noszą glany, co niektórzy mieli trampki.
- Dobrze, wszyscy zjedli, to teraz przywitamy nową uczennicę, Cassandrę Ternent! - jakiś żołnierz przywołał mnie gestem, więc wstałam i podeszłam na środek sali. Wpatrywało się we mnie ok. 100 par oczu + kilkunastu żołnierzy różnych stopni. Dostałam brawa, a sierżant Derby (jak wyczytałam na plakietce) przedstawił mnie krótko. Zaraz potem wszyscy na znak wstali, podziękowali za posiłek i mogliśmy wyjść.
Wzięłam szybki prysznic i dosłownie padłam.


***


Obudził mnie przeraźliwie głośny dzwonek. Zerknęłam na łóżko Clarie, która dosłownie wyskoczyła z niego i zaczęła się ubierać.
- Szybko, Cass, mamy 15 minut tylko! - zawołała, wciągając spodnie na szczupły, ale ładny tyłek. Wstałam więc i jej wzorem, zaczęłam się ubierać. Założyłam, tak jak ona, wygodne szorty i podkoszulek, oraz wygodne buty do biegania. Zaplotłam włosy w warkocz, przemyłam twarz i napiłam się dużo, jak poradziła mi współlokatorka. Potem zbiegłyśmy po schodach na dwór, stając w równym dwuszeregu. 
- Jest nas tu równe sto, jesteśmy podzieleni na 4, 25 osobowe grupy - szepnęła do mnie Clara. Wtedy przyszedł jakiś żołnierz.
- Czołem, grupo!
- Czołem, kapitanie Deacon! - krzyknęli wszyscy, a ja drgnęłam. JAK?! No nie...
- Okej, słonka, 300 pajacyków, macie 2 minuty na to, raz, raz! - zawołał, a cała 25-osobowa grupa zaczęła skakać po placu, ja razem z nimi.
- 100 okrążeń dookoła! 15 minut, nie obijać się, Fard, karne 50 pompek, już! - wywrzaskiwał komendy mój nowy trener. Biegaliśmy posłusznie, a ja przy 43 kółku, poczułam palące płuca. Cholera, ja nie dam rady... Ale nie zwalniałam. Jednak w połowie 86 okrążenia padłam na kolana. Kapitan podszedł do mnie.
- Ty ta nowa? Jak ci...?
- Cass...andra....Ter...nent... - wydyszałam, wycierając frotką zlane potem czoło.
- Wszystko okej?
- Nie...mogę...już...
- Dobra, masz jeszcze tydzień-dwa, okresu ochronnego, biegaj tyle ile dasz radę, potem nabierzesz wprawy. Porozciągaj się porządnie.
- Tak jest, kapitanie! - odparłam i zaczęłam robić skłony. Kiedy grupa skończyła biegać, dołączyłam do ich szeregu.
- Mamy 25 minut, co robimy? Jakieś pomysły?
- Zbijak! - wrzasnął jakiś chłopak, a trener podrzucił nam piłkę. Bez słowa pierwszy szereg poszedł na jedną stronę placu, a drugi na drugą. Po pierwszych minutach gry, doceniłam siłę młodych żołnierzy.
Po chwili dostałam piłką i aż się zatoczyłam. Kurwa, jaka siła! Ał! Biegałam chwilę z piłką i rzuciłam prosto w jakąś dziewczynę. Tak! Trafiłam!
Nagle rozległ się gwizdek.
- W szeregu zbiórka! Na śniadanie marsz!
- Tak jest, kapitanie! - odkrzyknęliśmy i odmaszerowaliśmy całą grupą na stołówkę.

Ogólnie jest zajebiście! Tylko... Ten kapitan Deacon... Deacon... John.
Przywołałam w pamięci jego twarz... Przypomniałam sobie jak mnie całował i przytulał... Ough, otrząśnij się szeregowa Ternent. Nie czas na facetów, wojsko wzywa.
- Ternent! Odbiór munduru! - podniosłam głowę. Wołał mnie jakiś kapral
- Tak jest! - wstałam i poszłam za nim po moje nowe cudo...

środa, 5 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 11

- Gotowy, skarbie? - spytałam, stukając lekko w drzwi łazienki
- Już wychodzę!
- Wieeeeki trzeba na ciebie czekać - zaśmiałam się, a wtedy Joe wyszedł. Wyglądał....no wow!


- Ale przystojniak z ciebie!
- A z ciebie śliczna dziewczynka - uśmiechnął się, całując mnie w usta. Miałam na sobie o taką sukienkę:


- Dziękuję, chłopczyku - zaśmiałam się ironicznie - Idziemy?
- Jasne! - wziął mnie pod rękę i zaprowadził do taksówki.
- Czemu taksówką?
- Chyba oboje się napijemy, nie?
- Ah... no tak - oparłam głowę o jego ramię - Nie byłam jeszcze świadkiem na ślubie...
- Ja też nie! - beztrosko się roześmiał. Pokręciłam głową i umilkłam na resztę drogi...


***


Od dwóch godzin nie schodziliśmy z Perry'm z parkietu. Czy były wolne przytulańce, czy szybkie kawałki, cały czas tańczyliśmy tylko we dwoje.
Po 'When the man loves a woman' musiałam odpocząć.
- To ja pójdę się napić - powiedział Joe, uśmiechając się do mnie
- To ja też, ale szampana - odparłam i podeszłam do stolika. Nagle otwarły się drzwi, a ja dedłam. W progu stał nikt inny jak John... Miał na sobie skórzane spodnie i marynarkę, a pod nią koszulę zawiązaną przy pępku. Odwróciłam się szybko plecami, ukrywając rumieniec. Wzięłam kieliszek i napiłam się trochę, ukradkiem pożerając Johna wzrokiem. W pewnym momencie przeszedł obok mnie, traktując mnie jak powietrze. ZERO! Nawet spojrzenia! Westchnęłam, szukając Joe. Gdzie ten kretyn? Aaa, tam stoi. Ok.
Podeszłam do Meg.
- Hej - uśmiechnęłam się
- Hej! Pięknie wyglądasz!
- Ty najpiękniej, aż promieniejesz - obrzuciłam wzrokiem jej sukienkę


- Szukałam tej kiecki TYDZIEŃ! A ślubnej jeden dzień! Fuck logic! - zbulwersowała się
- Najważniejsze, że znalazłaś idealną. Jeszcze raz gratuluję tobie i.... gdzie ten zjeb? - zaśmiałam się, cmokając ją w policzki
- Tam stoi z Freddiem - pokazała mi, a ja podeszłam do nich.
- Roggie!
- I wiesz, ja wte... Cass! Ślicznie wyglądasz - pocałował mnie w rękę, a ja spłonęłam rumieńcem
- Tak, piękna sukienka! - dodał Fred, robiąc to samo co Rog.
- Chciałam ci pogratulować raz jeszcze i życzyć wszystkiego co najlepsze - przytuliłam go mocno - Fajne garniaki - zaśmiałam się. Nonono, Roger to dopiero się postarał...



 Zaczęliśmy gadać, po chwili dołączył do nas Brian, Meg, Natalie i rozmowa toczyła się na całego. Jakąś godzinę później Megan zaczęła się rozglądać.
- Co jest? - spytałam
- Szukam twojego faceta - odparła - Coś go nie widać...
- Pójdę go poszukać, jeśli mogę...
- Pewnie, idź - potaknął mi Roger. Zaczęłam sie przechadzać po sali szukając Joe.
W końcu go znalazłam... Stał z Angusem i Kirkiem, pijąc i śmiejąc się. Ok. Tyle, że wszyscy troje byli totalnie nawaleni. Westchnęłam, podchodząc do gitarzystów i ciągnąc Perry'ego za rękaw.
- Joe! - odwrócił głowę
- Ta....k?
- Ile wypiłeś?
- Ma mazde i opla... - nucił
- PEREIRA! - podniosłam głos
- Weeeź, Cass, zostaw go... - wybełkotał Hammet
- Właśśś...nie....to jest...impreza... - mruknął Young, leżąc na stole.
- Czemu się...nie napijesz?
- Bo nie chcę psuć innym zabawy - syknęłam
- Coś sztywna ta twoja panienka - zarechotał Kirk
- Na kolana i do rana - wybuchnął śmiechem Joe, a ja poczułam jakbym dostała w twarz
- Cztery razy po dwa razy... - wył Angus ze stołu. Joe objął mnie w pasie, ale odtrąciłam jego rękę
- Patrzcie, patrzcie, Perry sobie oporną przydybał... - znikąd pojawił się Lemmy Kilmister
- Jak laska nie daje, to się ją upija i heja! - wrzasnął Kirk, wychylając drinka
- Co tam upija, ona jest na moje każde zawołanie, stary... - tłumaczył Joe, klepiąc mnie w tyłek
- Oh, co z ciebie za kretyn, Perry! - fuknęłam, odpychając go od siebie i powstrzymując łzy
- No co, a może nie? Taka prywatna dziwka, czaicie bazę - mrugnął do nich gitarzysta Aerosmith, a ja odwróciłam sie na pięcie i dosłownie zwiałam, płacząc cicho.

[Teraz będzie taka nieco dziwna perspektywa, raz Cass i raz druga osoba :D Ten fragment był pisany z moją przyjaciółką Mej - buziaki dla niej ;***]


[C]
Wyleciałam z sali. Po policzkach spływały mi łzy. Ough, co za kretyn... jutro z nim pogadam i mu przemówię do rozsądku, nosz kurwa! Wyszłam na tyły budynku, było dość ciemno, ale świeciło kilka latarni...
[J]
Stałem sobie w swoim skórzanym garniaku, spokojnie odgarniając zbyt długie włosy. Zaciągnąłem się ukochanym Marlboro. Taaaaa...
[C]
Szłam szybkim krokiem, patrząc w podłogę, aż nagle poczułam, że na kogoś wpadam.
[J]
Aj! Ktoś na mnie wpadł i w tym samym momencie moje plecy spotkały się aż za mocno ze ścianą
[C]
- Jezu, ja przepra... - urwałam w pół słowa, widząc na kogo wleciałam...
[J]
Zaśmiałem się ironicznie. - Nie szkodzi.
[C]
Zagryzłam wargę. Jak dobrze, że w ciemności nie widać moich purpurowych policzków... Chciałam się odwrócić i sobie pójść, ale jakaś niewidzialna siła trzymała mnie na miejscu.
[J]
Odwróciłem się plecami do niej. Ooouuu, sama? Czyżby pan gitarzysta przestał się zachwycać?
[C]
Wbiłam wzrok w ziemię. Ough, Joe, kretynie, powinieneś tu być, a nie leżeć pod stołem...
[J]
Powolnym krokiem ruszyłem w stronę drzwi.
[C]
- John, zaczekaj! - pfff, Ty kretynko
[J]
Przystanąłem na moment - Chyba Ci się imiona pomyliły, Cassandro.
[C]
- Dlaczego? - starałam się żeby głos jak najmniej mi drżał
[J]
- John? Już nie Joe? Hm. Ciekawe.
[C]
- Joe... rozumiem, że nie mam prawa gadać z żadnym innym facetem? Poza tym, pan Perry jest niestety aktualnie....- zamilkłam
[J]
- Nie przy Tobie? Opuszcza Cię, co? Przekłada zabawę nad Ciebie? Może po prostu...NIE ZWRACA UWAGI?
[C]
On Cię tylko prowokuje, Cass, nie daj sobie... - Ma prawo się napić
[J]
- Każdy ma prawo.
[C]
- No właśnie
[J]
- A, że tak zapytam, jak Steven?
[C]
- W porządku, przecież się z nim widujesz
[J]
- Nie ten Steven.
[C]
- Ah.... - speszyłam się - Ma się dobrze, nawet bardzo, mieszka sobie aktualnie u Tylera
[J]
- To dobrze.
[C]
Kiwnęłam głową
[J]
- Cóż, no to powodzenia, Cassandro. Pozwól, że wrócę do gości. Nie martw się - Twojego ślubu też nie opuszczę.
[C]
- Jaki ślub?!
[J]
- Nie wiem, ale przyszła pani Perry zapewne będzie wiedzieć.
[C]
- Ale...ale ja... - ciekawa opcja... ślub z Joe?! Szczerze mówiąc....nie widzę tego jeszcze.... - My....nie jesteśmy....zaręczeni...
[J]
- Czas pokaże. W końcu on jest przy Tobie od zawsze...On Cię kocha...Wasz związek polega na wzajemnym wsparciu, a nie tylko mizianiu się...No to czas zrobi swoje! - byłem już w drzwiach sali
[C]
Otwarłam usta i już miałam go zbyć jakimś argumentem, ale... czy on.... przypadkiem.... cholera... on ma.... racje.... co ja pieprzę, nie ma! Przecież Joe mnie kocha i mi pomaga.... Moje piękne poczucie stabilizacji właśnie się jebło.
- Za....zaczekaj!
[J]
- Na co niby?
[C]
Zagryzłam mocno wargę. Właśnie... na co niby?
[J]
- Cassey. Cassey. Cassey. Ja Ci mówię. Szczęście Ci dopisuje. Masz tego, którego chciałaś. Cóż. Muszę iść. Trzeba pogratulować szczęścia nowożeńcom.
[C]
Czemu.... czemu mnie tak cholernie boli to, że on tak mówi?! Przemyślałam w kilka sekund jego słowa po raz drugi... coś w tym kuźwa jest....
[J]
Wszedłem do sali i mnie przytkało. Joe Perry wpijający się w usta Share Pedersen? Dobre!
[C]
Zostałam na dworze i pozwoliłam sobie na chwilę płaczu. Co jest ze mną nie tak?!
[J]
- Cassandro?
[C]
Podniosłam głowę. Ough, nie pełnym imieniem
- Tak?
[J]
- Wracaj tam. Myślę, że Perry Cię potrzebuje.
[C]
- Leży nawalony to mam to gdzieś
[J]
- Doprawdy?
Odszedłem od drzwi, odsłaniając jej widok.
[C]
Poczułam, jakbym dostała nożem prosto w serce. Otwarłam usta i stałam jak kołek, totalnie w szoku
[J]
- Ale się nie martw. On Cię kocha, prawda?
[C]
Odwróciłam się, ukrywając łzy.
[J]
Odruchowo ją przytuliłem.
[C]
Odwróciłam się, wtulając mocno w jego klatkę piersiową... kurwa, co ja robię...
[J]
- Nie płacz, Cassey.
[C]
- Jak.....mam....nie....płakać?! - załkałam głośno
[J]
- Za kimś, kto nie kochał naprawdę?
[C]
- Skąd możesz o tym wiedzieć?! Po pijaku robi się różne rzeczy!
[J]
- Taaaaak? To przypomnij sobie jedną z naszych wspólnych imprez, jak uwalony uparcie twierdziłem, że kocham Cię jak nikogo innego. Kurwa, zostało mi to.
[C]
Milczałam. Odwróciłam głowę, patrząc na Joe
[J]
Tak samo popatrzyłem na Joe, który dobierał się do Share coraz bardziej. Chuj.
[C]
Zakrztusiłam się łzami.
- Zaraz jej wjebię!
[J]
- Jej?
[C]
- Jej!
[J]
- A dlaczego jej?
[C]
- Bo sie z nim obściskuje?
[J]
- A nie ON się obściskuje z nią? Na siłę go bronisz.
[C]
- Nie bronię go!
[J]
- Bronisz. Bo gdybyś nie broniła, dostrzegłabyś to - pokazałem palcem na wyrywającą się Share i Joe'go, usiłującego pozbyć się jej sukienki
[C]
Szarpnęłam się - Puszczaj mnie, idę jebnąć jej w gębę a jego zabrać do domu!
[J]
- Oczywiście. Idź!
[C]
Spojrzałam na Joe i ogarnęła mnie rezygnacja. A niech robi co chce... - John, ja....
[J]
- Tak? Nie idziesz?
[C]
- Nie... Pogadam z nim jak się ogarnie
[J]
- Jasne.
[C]
Spuściłam wzrok - Dużo facetów....tak robi.....szczególnie....rockmanów... - usprawiedliwiałam go
[J]
Puściłem ją - Dlatego wolę soul i funk
[C]
Zawołałam - JOE!

*Joe nie reaguje*

Łzy mi popłynęły po policzkach
[J]
Wzruszyłem ramionami
[C]
Nawet jego to nie obeszło...
[J]
- Fajnie Wam się układa.
[C]
- PRZESTAŃ JUŻ!
[J]
- Bo co? Boli Cię, prawda? Mnie też bolało.
[C]
Zamilkłam
[J]
- No właśnie. Ale Ty zawsze musisz być pokrzywdzona. Zawsze.
[C]
- Co proszę?!
[J]
- Nie dałem Ci wytłumaczyć, co? To Ty mnie nie zauważyłaś.
[C]
Miał cholerną racje...
- Ale nie dałeś mi szansy...
[J]
- A Perry nie dał Ci prawdziwej miłości.
[C]
- Skąd Ty to możesz wiedzieć?!
[J]
- Widziałem za dużo.
[C]
- Ach tak? Niby co?
[J]
- Facetowi zależy na Twojej bliskości fizycznej. Ma w dupie Twoje problemy.
[C]
- Ciekawe...jako jedyny sie zainteresował po wypadku... Wspiera mnie!
[J]
- Ja leżałem pod kroplówką.
[C]
- A co Ty masz do tego? - syknęłam
[J]
- To, że byłem bliski trumny? To, że ledwo mnie odratowali?
[C]
- I? - jestem suką... - Co z tego?
[J]
- W sumie to mogli mnie nie ratować. Nikt by nie zauważył. Natomiast, gdyby Aerosmith mieli wypadek, wszyscy płakaliby za każdym członkiem. Bo u nich nie ma żadnych ludzi z przypadku - odszedłem gdzieś przed siebie, odpalając Marlboro
[C]
Zakuło mnie w sercu - Deaky, nie mów tak...
[J]
- Deaky? I co? Myślisz, że to naprawi sytuację? Jestem pewny, że gdy Joe kiwnie palcem, polecisz jak strzała. Teraz 'Deaky', bo Cię zranił.
[C]
Przytkało mnie totalnie - Ale ja...ja...
[J]
- No co? Nie tak jest? Wcale? Jasne, Cassey.
[C]
- Skoro tak sądzisz, po co ze mną rozmawiasz? - starałam się, by mój głos był obojętny
[J]
- Bo wiem, że gdzieś tam jest u Ciebie taka część, która nie chce Perry'ego.
[C]
- Widzę, że nie znasz mnie ani trochę - skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej - Mówisz, jakbyś wiedział co do kogo czuję.
[J]
- Wiem. Znam Cię nie od dzisiaj.

[C]
- Może nie od dziś, ale ja kocham Joe - nawet nie drgnęła mi powieka
[J]
- Dobrze - odszedłem, nawet na nią nie patrząc - Ale on Ciebie już chyba nie.
[C]
- DLACZEGO ZNÓW IDZIESZ?!
[J]
- Od Ciebie.
[C]
- Dlaczego? - w moim głosie zabrzmiała histeria
[J]
- Bo sama nie wiesz, czego chcesz.
[C]
Masz racje. Nie wiem - To znaczy, że musisz mnie tu zostawiać?! - głos mi drżał bardzo słyszalnie
[J] 

- Ty mnie zostawiłaś. Bałem sie tego. Bardzo. Ale teraz sama poczujesz, jak kto jest, gdy miłość życia Cię opuszcza!
[C]
- Nie jesteś... - urwałam, uświadamiając sobie, że skłamię, kończąc to zdanie jak jeszcze przed chwilą zamierzałam
[J]
- Wiem, że nie, dlatego idź już do Joe'go - wsiadłem do samochodu i odjechałem.
[C]
Oparłam się o ścianę w zupełnym szoku. ON. SOBIE. POJECHAŁ?! TAK PO PROSTU?! Spuściłam wzrok, zastanawiając się co teraz... Joe'go siłą do domu nie zaciągnę, wróci, jak będzie chciał... Jakoś mi to obojętne w tym momencie... 

poniedziałek, 3 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 10

Odpaliłam kolejnego już papierosa i zaciągnęłam się mocno. Siedziałam na wzgórzu, pod wielkim drzewem i milczałam, paląc fajkę za fajką.
- Kiedy się w końcu ogarniesz, Cass? Ile będziesz jeszcze siedziała, paliła i gapiła się w przestrzeń?! Zdecyduj się w końcu, Joe łazi jak w transie, prawie się nie odzywa, Johna nie widziałem od czasu waszej kłótni... ZRÓB COŚ DO CHOLERY!
- Steven...błagam...mam za dużo problemów, żebyś jeszcze ty się na mnie wydzierał...
- No to decyduj w końcu! John czy Joe? - westchnęłam ciężko
- Kiedy...ja....ja... - wybuchnęłam płaczem - KIEDY JA NIE WIEEEEM...
- Słonko... - Steven objął mnie w pasie - Jako twój brat mam zasrany obowiązek ci pomóc, a jako przyjaciel chcę ci pomóc... I chcę pomóc im. Oni cierpią podwójnie, bo nie wiedzą na czym stoją...
- STEVEN, DO KURWY, JA NAWET JUŻ NIE JESTEM PEWNA KOGO JA KOCHAM! - wybuchnęłam, uderzając go pięścią w klatkę piersiową. Steve zręcznie przytrzymał mi nadgarstki.
- Przestań proszę - powiedział łagodnie - Nic na siłę... Możesz przecież być sama, prawda?
- Powiedz mi, Steven...czy...Joe...jeszcze mnie lubi?
- On za tobą szaleje, mała...boli go, że się nie odzywasz... od dwóch tygodni! Johna nie widziałem...
- Ja też nie... - zagryzłam wargę - Chłopaki z Queen próbują się z nim skontaktować...
- Ale to...a próby? - pokręciłam głową - Nie ma go w studiu...
- A Fred, Bri, Rog?
- Mamy taki sam kontakt...wspierają mnie, ale martwią się o Johna...boję się, że coś sobie... - dławiło mnie w gardle
- Czyli ci na nim zależy!
- Tak
- A gdyby Joe sobie coś zrobił?
- Ja bym chyba umarła...weź, nie mów...
- Pilnujemy go...spokojnie...
- Chcę się z nim zobaczyć. Teraz - powiedziałam, patrząc na Tylera - Zawieź mnie do niego.
- Serio?
- Tak.
- Jednak jestem zajebisty w pocieszaniu! - zaśmiał się, wziął mnie pod rękę i poszliśmy do jego samochodu.
- Powodzenia, mała - powiedział, wysadzając mnie pod domem Joe - Zadzwoń jak coś...
- Ok... i ten... dziękuję za wszystko, brat.
- Nie ma sprawy - mrugnął do mnie - Na razie!
- No pa! - podeszłam cała w stresie do drzwi, ale zamiast zapukać, weszłam do środka. Joe siedział na kanapie, patrząc w wyciszony telewizor, ale widać było, że wcale go nie ogląda. Podeszłam nieco bliżej i powiedziałam cicho:
- Joe...? - podniósł głowę
- Cassie?! - wstał i podszedł bliżej. Miał rozczochrane włosy i zmęczony, smutny wzrok, teraz jednak ożywiony na mój widok - Ja...ja myślałem...że...nie chcesz...mnie znać...
- Głuptas - odparłam, rzucając mu się na szyję - Dobrze cię widzieć...
- Ciebie bardziej, Cass - tulił mnie mocno - Tęskniłem za tobą...
- Ja za tobą też...
- Czy wy z Johnem...?
- Nie widziałam go od czasu tej kłótni, Joey... - tak, tak, wiem, Joey Kramer, perkman...Ale jak inaczej zdrobnisz 'Joe'? No nie da się!
- Przykro mi...


*Joe*


Moje serce koziołkowało jak po dragach, w górę i w dół. Boże, nie byłem taki szczęśliwy od wieków! Nie dość, że sama przyszła, to jeszcze daje się tulić! Zacząłem głaskać ją po plecach, czując, że jestem coraz bardziej zakochany...
- Cassey?
- Hmm? - obrzuciłem ją wzrokiem. Miała na sobie czerwone biodrówki w kratkę, białą koszulkę z Beatlesami i trampki.
- Ślicznie wyglądasz - uśmiechnąłem się leciutko
- Dzięki... - zaczęła przeczesywać mi dłonią włosy, próbując je jakoś ułożyć
- Zooostaw....Nie ułożysz...
- Ale ja...ja chcę...cię głaskać tylko... - odparła cichutko - Chyba, że nie chcesz...
- Chcę! - jasne, że chcę, przecież cię kurwa kocham! - Usiądziemy?
- Chętnie - opadłem na kanapę, ciągnąc Cass na swoje kolana. O, tak może być. Położyłem nogi na poduszkach, a Cassey oparła głowę o moje ramię, niemal leżąc mi na kolanach. Niech tak zostanie *.*
- Wygodnie tak... - zamruczała, a ja uśmiechnąłem się jak idiota - Dobrze mi z tobą, wiesz?
- Ser...io? - ŻE CO!?
- No serio!
- A...mam pytanie, ale...nie wiem...
- Pytaj, Joe - uśmiechnęła się słodko
- Bo ja...yhm...czy ty....będziesz...dalej....z Johnem...czy oficjalnie....jesteś...wolna?
- Ja... - zamilkła na dłuższą chwilę - Nie wiem, Joey...Za wcześnie na takie pytania...Ja nawet...on mi nawet...nie dał... - spojrzałem na nią. Płakała - Nie dał szansy się wytłumaczyć!
- Mała... - szepnąłem - Nie płacz, proszę... Nienawidzę, kiedy płaczesz... - ale ona nie mogła się uspokoić. No to zrobiłem jedyne, co wydawało mi się słuszne... Wpiłem się mocno w jej wargi.


*Cass*


Pocałował mnie. Po prostu mnie pocałował, a ja... ja mu się poddałam. Odwróciłam się tak, że leżałam na nim i oddawałam jego namiętne pocałunki, obejmując go mocno. Czułam gorąco rozchodzące się po całym ciele, miękkość jego warg i przyjemne ciepełko bijące od jego ciała. Położył swoje ręce na moich plecach i głaskał mnie delikatnie i czule. Czy on się we mnie... zakochał?


*Joe*


No to już po mnie. Da się umrzeć z zachwytu? Bo ja już umieram od paru minut, ale to niezwykle przyjemne umieranie... Awh, Boże, jak cudownie.
Przygryzłem jej leciutko wargę, a ona jęknęła cicho. Joe Perry wygrał życie! Wsunąłem język między jej wargi, czyniąc ten pocałunek jeszcze bardziej namiętnym. Poddała mi się totalnie, obejmując rękami moją twarz. Czy to oznacza, że...?

W końcu oderwaliśmy się od siebie.
- Cassey...? - zamruczałem
- Tak, Joe?
- Ja...ja...nic już - przytuliłem jej głowę do mojej szyi i leżeliśmy sobie w ciszy. Mogłeś spytać, Perry... Ale w sumie po co... Po co psuć to COŚ co jest między nami?
- Joey... - uniosła się lekko kilkanaście minut później
- Tak, słońce?
- Ja muszę...muszę wracać do domu...jutro mam próbę i w ogóle...
- Nie zostaniesz? - spytałem z żalem w głosie
- Nie, Joey, nie zostanę, ale przyjdę jutro, jeśli chcesz...
- Pewnie! Przychodź kiedy tylko zechcesz!
- Dzięki... - wstaliśmy z kanapy - Mogę się jeszcze przytulić?
- No ej! Co za pytanie, chodź tutaj! - wtuliła się we mnie na dłuższą chwilę
- Dobrze, że jesteś, Joe - szepnęła, pocałowała mnie szybko w policzek i wyszła, machając mi z uśmiechem.
Padłem na wznak na kanapę, szczerząc się do sufitu. Życie to jest jednak zajebiste!


*Cass*


Rozpadało się mocno, ale nie zamierzałam dzwonić po Stevena. Od domu Joe do jego jest może pół godzinki spacerkiem, a ja chętnie się przejdę i pomyślę spokojnie...
Przypomniały mi się miękkie wargi Perry'ego, tak delikatnie całujące... Awh.
Czy on się we mnie...zakochał?
A ja?
Pomyślałam o Johnie... Chciałabym go zobaczyć, wiedzieć, że nic mu nie jest...
Stanęłam pod daszkiem przystanku autobusowego i zerknęłam machinalnie na rozkład, po czym ruszyłam z powrotem w drogę. Trampki przemokły mi totalnie, ale nie zmartwiło mnie to jakoś... Podniosłam głowę, pozwalając kroplom spływać po mojej twarzy i szyi...
Deszcz od zawsze działał na mnie uspokajająco... Oh, dlaczego ja nie potrafię się zdecydować, kogo tak naprawdę kocham?!
Kocham...?
Ja w ogóle kocham?
Stanęłam przed drzwiami domu Stevena i weszłam bez pukania.
- Jestem! - zawołałam.
- Co do ch... CASS!? SZŁAŚ NA PIECHOTĘ?! - wokalista wyglądał jakby miał dostać zawału. Wyjął z szafki ręcznik i zaczął nerwowym ruchem wycierać mi twarz i włosy.
- Oj, Stevie... - zaśmiałam się - Nie jestem małą dziewczynką
- Wiem - posłał mi lekki uśmiech - Ale nieodpowiedzialną owszem!
- Oj, nie gadaj... Zawieziesz mnie do domu?
- No jeszcze pytaj!
- A...Steve, bo ja...yhm....mogłabym się wprowadzić do ciebie....na trochę?
- Pewnie!
- To ja...przyjadę jutro pod wieczór...ok?
- Jasne, będę czekał! - widać było, że się cieszy - Chodź, jedziemy już - podwiózł mnie pod dom i pożegnał mocnym tuleniem.
Weszłam do pustego mieszkania, rzucając torbę w kąt. Rany... Poszłam pod prysznic, zjadłam jabłko i położyłam się spać..


***


Obudziłam się wczesnym popołudniem. Było na tyle dużo czasu, że zdążyłam zjeść obiadośniadanie, ubrać się i spakować. Wzięłam torbę z rzeczami, zamknęłam drzwi na klucz i poszłam do garażu po mojego Harleya z nowym skórzanym obiciem na siedzenie. Schowałam torbę do bagażnika, założyłam kask i ruszyłam na pełnym gazie, jadąc najdłuższą drogą jaką znałam.
W końcu zatrzymałam się, wjeżdżając elegancko na tyły ogrodu Tylera. Zdjęłam kask, zabrałam rzeczy i weszłam do domu. Odłożyłam torbę na krzesło i poszłam do salonu się przywitać.
- Cześć, Ste... - przerwałam w pół słowa. Obok Stevena, na kanapie siedział John... Zeszczuplał strasznie, miał zmęczoną twarz i ogólnie wyglądał jak życiowy przegryw...
Tyler uniósł głowę, jego wzrok mówił 'o niczym nie wiedziałem!'.
Stałam na środku salonu jak kołek, nie wiedziałam, czy mam się odezwać, czy mam sobie iść...
- Siemanko, siostrzyczko! - powiedział w końcu Steven - Chodź tu usiąść, co? - posłusznie podeszłam, siadając po lewej stronie brata. Zapadła niezręczna cisza.
- To ten... Deaky... Co się z tobą, stary, działo przez tyle czasu?! - zapytał Tyler po dłuższym czasie
- Nic... siedziałem, myślałem... i paliłem fajki - odpowiedział cicho - Chciałem z tobą pomówić trochę... - jego głos nabrał mocy - No ale musiała się wpierdzielić laska Joe, nie?! - przyznam, że mnie zatkało - Nie dość, że nie przeprosiła...
- ZA CO MIAŁAM CIĘ PRZEPRASZAĆ?! - aż wstałam
- MOŻE ZA TO, ŻE SIĘ LIZAŁAŚ Z TYM CIOTĄ, KIEDY CHWILĘ WCZEŚNIEJ MÓWIŁAŚ, ŻE MNIE KOCHASZ! - wybuchnął
- NIE MÓW NA NIEGO CIOTA, ZJEBIE!
- BO CO MI ZROBISZ? ZNALAZŁA SIĘ, KURWA... IDŹ SOBIE DO NIEGO I SZCZĘŚCIA WAM!
- NIE DAŁEŚ MI NAWET SZANSY SIĘ WYTŁUMACZYĆ!
- CO TU TŁUMACZYĆ?! JA PRZY NIM JESTEM PIĘTRO NIŻEJ OD STOPNIA 'NIKT'! ON JEST JOE BOSKI PERRY! JA JESTEM NIKT, KURWA! - wrzeszczał mi prosto w twarz. Zamilkłam, oddychając szybko. Po prostu totalnie mnie zatkało.
- NIENAWIDZĘ CIĘ! - rozpłakałam się głośno - NIE CHCĘ CIĘ WIĘCEJ WIDZIEĆ, IDIOTO! - odwróciłam się na pięcie, zabrałam torbę i wybiegłam z domu. Założyłam kask i jak najprędzej odjechałam spod domu Stevena. Byłam tak zdenerwowana, że nie mogłam się skupić na drodze, bo myślami cały czas krążyłam wokół Johna i Joe'go...
W pewnym momencie usłyszałam głośny klakson, poczułam uderzenie i zapadła ciemność...


***


Obudził mnie ból. Otwarłam oczy i jęknęłam cicho. Bolało mnie całe ciało i cholernie chciało mi się pić. Za trudem uniosłam się na łokciach. TO JA NIE JESTEM W SZPITALU?
Pomieszczenie, gdzie leżałam, okazało się być sypialnią w delikatnym, jasnoniebieskim kolorze. Poruszyłam rękami, potem nogami. Hm... wygląda na to, że nic mi się nie stało... Co ja tu w ogóle robię?! A, tak... miałam wypadek na motorze... Gdzie ja jestem?
Wstałam z łóżka, i krzywiąc się z bólu, zeszłam po schodach. Dom wydawał mi się znajomy...
Stanęłam w korytarzu... Już wiem gdzie jestem.
Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, ale dowlokłam się jakoś do salonu. Joe, widząc mnie, zerwał się z kanapy.
- Cass! - wtedy straciłam resztkę sił i osunęłam się na ziemię, chrypiąc:
- Pomóż mi... - Perry podszedł, ostrożnie mnie podniósł i położył na kanapie.
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam, obejmując jego szyję.
- Jechałem sobie... I zauważyłem twój motor...
- Skąd wiesz, że mam motor?
- Ja... Popytałem nieco... - wyraźnie się speszył
- Jasne - uśmiechnęłam się, patrząc w jego ciemne oczy - Pokłóciłam się z Johnem... Dlatego jechałam jak debilka, dawno nikt mnie tak nie zdenerwował... A... dlaczego nie zawiozłeś mnie do szpitala?
- Byliśmy w szpitalu, słońce, spałaś ponad dwa dni...
- CO?!
- No...
- I ty...się mną...cały czas opiekujesz? - byłam totalnie zaskoczona
- Tak, ko... Cass.
- O....jej....ja...nie wiem co powiedzieć, Joey... - zarumieniłam się lekko
- Nic nie mów - uśmiechnął się - Wystarczy mi, że jesteś tu ze mną... - zrobiło mi się cholernie miło i cieplutko na serduszku - Chciałabyś coś do picia, coś zjeść...?
- Jej, strasznie mi się pić chce... - powiedziałam, a gitarzysta wstał i przyniósł mi szklankę wody. Wypiłam, patrząc na niego z wdzięcznością.
- Czy...Steve...i reszta wiedzą?
- Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami
- NIE POWIEDZIAŁEŚ IM?!
- Po co? Żeby niepotrzebnie cię denerwowali?
- W sumie...masz...masz rację...a teraz....proszę...zawieź mnie do domu.
- O nie, nie, nie!
- Dlaczego?
- Jesteś osłabiona po wypadku... Zostaniesz u mnie na kilka dni.
- Niech będzie - uśmiechnęłam się
- Cass, a ja...wiem, że się nie pyta o to, ale...ile ty masz właściwie lat?
- 18, słonko - Joe rozdziawił usta
- Ja mam 25, o... Duża różnica...
- Czy ja wiem? 6 lat to dla ciebie dużo?
- Nie tyle, że dużo, tylko... Taka dziwna rozpiętość...
- John jest tylko rok młodszy od ciebie... - powiedziałam i od razu tego pożałowałam. Po twarzy gitarzysty przebiegł cień; posmutniał wyraźnie - Przepraszam, że o nim wspomniałam...
- Boli cię to?
- Co?
- Myśl o nim...
- Boli. Boli, bo mnie tak cholernie zranił, Joe.
- Jeśli chcesz, to ja się usunę w cień...
- NIE! - Perry był wyraźnie zaskoczony
- Nie?
- Nie, Joey.
- Dlaczego?
- Bo ja...
- Tak?
- Mi...Zależy mi na tobie.
- Naprawdę?
- Naprawdę. Jesteś kochany i miły i śliczny i...i...
- I?
- I chcę, żebyś mnie pocałował - szepnęłam, a Perry przywarł mocno do moich warg. Całowaliśmy się coraz bardziej namiętnie, a mi się to coraz mocniej podobało. Po chwili oderwałam się od niego, gdyż zadzwonił telefon.
- Odbierz, Joey
- Jasne - podniósł słuchawkę, słuchał chwilę, po czym zrobił się blady jak ściana
- Co jest?
- Jasne... - mówił w słuchawkę - Oczywiście....wszystko ci wytłumaczę...tak...dobrze...no, no, pa.
- Co się stało...? - spytałam cicho
- John... - poczułam bolesne ukłucie w sercu - Jest w szpitalu.
- CO?! DLACZEGO?!
- Płukanie żołądka...
- Po czym!? Przecież...
- Jakieś leki... Słonko, on sobie chyba nie daje rady... To moja wina...
- Anthony Josephie Pereira! - podniosłam głos, a na twarzy Joe wymalował się szok - Jeszcze raz tak powiedz, to się na ciebie obrażę!
- Ale ja...ja...
- Ciiii - położyłam mu palec na ustach - Nic już nie mów
- Chcesz do niego jechać?
- Po tym co mi zrobił?! W ŻYCIU! - Perry pokiwał głową
- Ładnie mnie nazwałaś tak ogólnie... Pełne imię, nonono...
- I tak wolę mówić do ciebie Joe albo Joey - uśmiechnęłam się słodko. Nagle ponownie zadzwonił telefon.
- Halo? Jest.... Jasne, już daje - podał mi słuchawkę - Do ciebie
- Tak?
- Cześć, Cassey, tu Roger... Ja... Chciałem cię zaprosić... na... mój ślub.
- Z KIM? - to mnie zaskoczył!
- Z Megan...
- O RAJU, RAJU, GRATULACJE! - pisnęłam z radości
- Dzięki, dzięki... Awh, cieszę się!
- Ja też! To....kiedy to macie?
- Za tydzień, w niedzielę, o 11...
- Będę, jasne!
- Ale z osobą towarzyszącą!
- Przyjdę z Joe!
- Ooo... pewnie! Czy wy...?
- Nie. A bynajmniej jeszcze nie - uśmiechnęłam się do Perry'ego
- W każdym razie, powodzenia i widzimy się w niedzielę.
- Tak! Jeszcze raz gratuluję!
- Jeszcze raz dzięki, słońce! Paaa!
- Pa, Roggie! - oddałam telefon Joe'mu
- Pójdziesz ze mną na ślub Rogera i Meg, prawda?
- OCZYWIŚCIE! - wyraźnie się ucieszył. Posłałam mu uśmiech i wtuliłam się w jego bok.

niedziela, 2 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 9

WIELKIE BRAWA I PODZIĘKOWANIA DLA MOJEJ KOCHANEJ SIOSTRZYCZKI, ZA NAPISANIE NAJLEPSZEGO WKURWA ROKU *brawa* <3333


***


W środku aż się skuliłam. O kurde...
- Ooo, to fajnie, 16 ci pasuje? - Joe zdawał się nie widzieć wzroku Johna.
- Ja... ja... ja... tak... - odparłam cicho, odwracając się do Perry'ego i uśmiechając się nieśmiało. Odpowiedział tym samym.
- Hm... Nie żebyśmy was wyganiali, czy coś, ale jesteśmy nieco zmęczeni... A jutro znów koncert... - powiedział Steven
- Jasne, my... ja... pójdziemy już - przytuliłam mocno Tylera - Kiedy się zobaczymy?
- Wymieńmy się numerami, zdzwonimy się - napisaliśmy sobie wzajemnie na nadgarstkach numery telefonów, śmiejąc się głośno.
- Ok, to pa wszystkim! Pa, Joe - spłonęłam rumieńcem, kiedy gitarzysta Aero posłał mi buziaka.

Musiałam niemal biec za Johnem do jego samochodu.
- Poczekałbyś na mnie! - zawołałam, ale ten nawet się nie odwrócił. Otworzył drzwi i wskoczył na fotel kierowcy. Po chwili wsiadłam obok niego, czując, że jest coś na rzeczy. Podczas drogi nie odezwaliśmy się ani słowem, w domu też - nic.

Kiedy się umyłam, zeszłam na dół, do salonu w szortach i luźnej koszulce. Deaky coś czytał, siedząc na kanapie. Podeszłam i usiadłam obok niego, wtulając się w jego bok.
- Deaky... - cisza - Ej, Deackson... Czemu nic nie mówisz? Powiedz coś no!
- Co mam mówić?
- Cokolwiek... Jesteś na mnie zły?
- Nie, kurwa, gdzieżby!
- Nie krzycz na mnie - odsunęłam się od niego - Powiesz mi, dlaczego jesteś wściekły? - milczał - Proszę, słonko... Proszę, błagam no!
- MÓW SOBIE 'SŁONKO' DO TWOJEGO NOWEGO KUMPLA!
- Ale... to... co?!
- DOPÓKI ON SIĘ BĘDZIE DO CIEBIE PRZYSTAWIAŁ, JA BĘDĘ MIAŁ TAKI HUMOR! A teraz idę pisać singiel, miłego wieczoru - wstał i zaczął wchodzić po schodach na górę. Podeszłam i chwyciłam go za ramię
- John, proszę! - wyrwał mi się i trzasnął drzwiami - Deaky... - zapukałam delikatnie
- Nie przeszkadzaj mi!
- Zajmę ci minutkę... chcę porozmawiać...
- Nie teraz. Jak skończę, a teraz mnie zostaw!
- Ja...jasne... - zbiegłam po schodach, zanosząc się płaczem. Znowu spierdoliłam coś ważnego dla mnie! Rzuciłam się na kanapę, rycząc jak idiotka. Świeeetnie, Cass, braaawo.
Dawno tak nie płakałam jak teraz... rany... Po jakimś czasie poczułam, że ktoś głaszcze mnie po policzku.
- Cassie, ja... przepraszam... nie płacz, kochanie... - podniosłam załzawiony wzrok
- Przytul mnie... - szepnęłam, a John wziął mnie w ramiona i mocno tulił - Ja naprawdę... na niego... nie lecę...
- Wiem... wiem, ja... po prostu zależy mi na tobie i boję się, że cię stracę...
- On jest miły i w ogóle, ale nie zastąpi mi ciebie, jasne? Rozumiesz?
- Rozumiem... rozumiem. A... pójdziesz jutro?
- Gdzie?
- No z Joe...
- Tak, jasne! Skoro mnie zaprosił, to pójdę - spojrzałam Deaky'emu w oczy - Nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego, ok? - pokiwał głową - Proszę cię - objęłam mocno jego twarz
- Dobrze... - odparł ze źle skrywaną zazdrością
- To jest mój przyjaciel, skarbie. Ty jesteś moim facetem, zrozum to!
- Rozumiem ale i tak będę zazdrosny... - westchnęłam
- To bądź... nic na to nie poradzę... w sumie miło wiedzieć, że komuś na tobie zależy - uśmiechnęłam się szeroko, przejeżdżając mu palcami po policzku. Odpowiedział również uśmiechem i zapytał:
- Może pójdziemy spać, co?
- Może tak...
- Chodź, wybierzesz sobie sypialnię
- Ale ja... yhm... - zaczerwieniłam się lekko - Nie chcę spać sama... - John zagryzł lekko wargę z delikatnym uśmiechem
- Nie ma sprawy - wziął mnie za rękę i poprowadził do sypialni - Kładź się, ja jeszcze pójdę do łazienki
- Jasne - ułożyłam się na łóżku, okrywając się kołdrą. Zamknęłam oczy i po chwili usłyszałam, że on wraca do pokoju. Uśmiechnęłam się lekko, udając, że już śpię. John położył się w nieznacznej odległości i... i co i tyle? O nie, tak nie ma. Odwróciłam się i wtuliłam w niego mocno.
- Jednak nie śpisz? - szepnął, głaszcząc mnie po włosach
- Jeszcze nie, ale teraz już zasnę - odparłam, opierając mu głowę na torsie i zamykając oczy...

***

Obudziła mnie rano cicha melodia grana na pianinie. Oparłam się na łokciach i rozejrzałam dookoła, szukając źródła dźwięku. Wstałam z łóżka i poszłam za melodią. Aha!
Deaky siedział przy pianinie, grając z przymkniętymi oczami, jakiś utwór. Nie chcąc mu przerywać, oparłam się o futrynę i słuchałam w milczeniu dłuższą chwilę.
- Pięknie grasz - powiedziałam, gdy skończył. Podniósł wzrok.
- Ja...dziękuję...I... Hej tak w ogóle.
- No hej - podeszłam i pocałowałam go leciutko w usta - Jadłeś śniadanie?
- Nieee, tak sam?
- To może coś zjemy?
- A na co masz ochotę? - spytał, ciągnąc mnie na swoje kolana
- Musli z owocami, o!
- Da się zrobić - uśmiechnął się i zniósł mnie na rękach na dół - Daj mi 20 minut, ok?
- Jasne! - usiadłam na stole w kuchni - Mogę tak?
- A pfff, siedź gdzie chcesz! - zaśmiał się i zaczął robić śniadanie. Wstałam i włączyłam radio, po czym przeczesałam palcami włosy. Śpiewałam sobie cicho, kiedy John postawił na stole dwie szklanki, o, takie:


- Może być? - spytał, a ja rozdziawiłam usta
- No ej ba! Pewnie, że może! - odparłam i wzięłam się za jedzenie
- Smakuje?
- Tak! - kiedy zjedliśmy oboje, odniosłam szklankę do zlewu i zerknęłam na zegarek. 11? Uhm...
- Macie dziś coś? - spojrzałam na Johna
- To znaczy?
- Próba! - przewróciłam oczami - Kogo wzięliście na moje miejsce?
- Żartujesz? Nikogo!
- Tak, tylko, że...
- Boisz się?
- Trochę... Nie wiem jak z moim śpiewem...
- Chodź - wziął mnie za rękę i poprowadził do pokoju z pianinem - Umiesz grać? Aaaa, umiesz, mówiłaś na przesłuchaniu. Dajesz!
- Ale ja... no dobrze - usiadłam na krzesełku i zastanowiłam się chwilkę, po czym zagrałam 'Let It Be', śpiewając przy tym najlepiej jak umiałam - I jak...?
- Ej, jest super, tylko rozgrzej gardło! - pochwalił mnie Deaky
- Czyli mogę przyjść na próbę?
- Mhm, a nawet musisz! - odparł z uśmiechem.

***

- Cass! Witamy wśród żywych! - kiedy weszliśmy do studia, Fred wstał z fotela i podszedł do mnie, przytulając mnie mocno - Jak tam gardełko?
- Działa jak trzeba!
- To teraz sobie pośpiewamy! - uśmiechnęliśmy się do siebie, po czym podeszłam do mojego mikrofonu. Po kilku utworach Freddie przywołał mnie ręką.
- Wiesz co?
- Tak?
- Nie dość, że śpiewasz tak zajebiście jak wcześniej, to jeszcze masz typowo rockową chrypę, no nie mogę! Super!
- Dzięki... Nagrywamy coś?
- Ale nie wiem czy ty...
- Wszystko umiem. John mnie zaznajamiał z utworami na bieżąco - odparłam z usmiechem
- No to zajebioza, śpiewamy! ZESPÓŁ RUSZA DUPY I NAGRYWAMY! - zawołał operowym głosem, a ja wybuchnęłam śmiechem, biorąc teksty do ręki.

***

Wróciliśmy do domu koło 15, John poszedł poćwiczyć utwory na płytę, a ja szykować się na spotkanie z Joe. Ubrałam ramoneskę, wyćwiekowaną przy dekolcie bokserkę, legginsy i oficerki z dżetami, zrobiłam makijaż i ułożyłam włosy, krzyknęłam 'wychodzę!' i wyszłam przed dom. Po chwili podjechał czerwony, sportowy Mustang i wyszedł z niego Joe w ciemnych dżinsach, Tshircie i marynarce. Eeeeee.....eeeee.....wow?
- Hej - pocałował mnie w policzek
- Hej, Joe - posłałam mu uśmiech, rumieniąc się nieco
- Ślicznie wyglądasz!
- Dziękuję, ty również... Gdzie mnie zabierasz?
- Lubisz kawę?
- Kocham!
- No to już wiesz gdzie cię zabieram, wskakuj - otworzył mi drzwi. Jechaliśmy, rozmawiając i śmiejąc się, jakieś 10 minut, po czym Perry zatrzymał się przed małą kawiarenką.
- Mała jest, ale kawę robią... nieziemską! - mrugnął do mnie - Wysiadamy - wyszłam z samochodu i poczekałam, aż Joe zamknie na klucz. Weszliśmy do środka.
- Wow... ale tu ślicznie! - powiedziałam, dając się poprowadzić do stolika.
- No mówiłem! A ten...czego się napijesz? A raczej... jakiej kawy? Mają naprawdę spory wybór - powiedział, podając mi kartę. Zerknęłam na listę. Wow!
- Cappucino Chocolate Special - zdecydowałam po chwili
- Już się robi - gitarzysta zamachał na kelnerkę - Dwa razy Cappucino Chocolate Special proszę.
- A ty co, papugo? - zaśmiałam się
- Moja ukochana kawa tutaj -  odparł, patrząc mi w oczy
- Hah, mamy podobne gusty... Co jeszcze lubisz? - spytałam, a potem rozmowa już poszła sama. Przegadaliśmy chyba z dwie godziny, śmiejąc się ponad połowę tego czasu. W końcu Joe zaproponował:
- Chcesz zobaczyć jak mieszkam? Pokażę ci moje gitary i w ogóle...
- Jasne, że chcę!
- Super! - zapłacił za kawy i wróciliśmy do samochodu
- Daleko stąd mieszkasz?
- Zobaczysz - zaśmiał się, odpalając silnik. Wjechał w zakręt i zatrzymał się przed dużą villą.
- TAK BLISKO?
- No tak, dlatego mówię, że często bywam w tej kawiarence! - uśmiech nie schodził mu z twarzy. Pokręciłam ze śmiechem głową, wychodząc z auta.
- Masz cudowny dom!
- Poczekaj, aż wejdziemy do środka - odparł, otwierając drzwi - Chodź, oprowadzę cię
- Bardzo chcę! - wzięłam go za rękę. Joe pokazywał mi cały dom, opowiadając trochę o jakichś zabawnych sytuacjach i te de.
- A tu... tu mam studio - otworzył dźwiękoszczelne drzwi, a mnie zatkało. Mikrofony, słuchawki, KONSOLETA?!
- EJ WOW! - podeszłam do sprzętu - Nieźle...
- Możemy kiedyś pograć, jeśli będziesz chciała. A zobacz, tu mam gitary - otworzył kolejne drzwi i weszliśmy do pokoju gitarowego.
- To moje pierwsze wiosło - popatrzył czule na gitarę - Gram na niej rzadko, stara już jest... O, a tą Steven rzucił o wzmacniacz, ale naprawiłem... A to dwa moje cuda, nawet ja się boję na nich grać - pokazał mi piękne dwa podpalane Gibsony Les Paule - Ta z lewej rocznik '58, a ta z prawej '62.
- Wszystkie są super! - świeciły mi się oczy. Podchodziłam do każdej gitary, oglądałam, a o co poniektóre pytałam Joe'go.
- Może się napijemy wina?
- Prowadzisz... - przypomniałam
- Po jednym kieliszku chyba nie wjadę do rowu, nie? - wybuchnęliśmy śmiechem
- Ok, przekonałeś mnie - poszliśmy do salonu, a Perry wyjął dwa kieliszki i wino
- Moje ulubione - podał mi - Dobre? - skosztowałam
- Tak! - wypiliśmy do końca, odstawiając kieliszki na stół. Gitarzysta przysunął się blisko mnie, patrząc mi w oczy. Podniósł dłoń, odgarniając mi grzywkę, która zasłaniała mi oczy. Przeczesałam palcami jego włosy, a on zamruczał cicho, przysuwając się jeszcze bliżej. Patrzyliśmy sobie w oczy, a chwilę później zetknęlismy się nosami.
- Mówiłem ci już, że wyglądasz ślicznie? - spytał cicho
- Mówiłeś, Joe...
- A więc mówię jeszcze raz... ślicznie wyglądasz - odszepnął i wpił się delikatnie w moje usta. Objęłam go za szyję i oddałam mocno, wtulając się w jego ramiona.


*John*


Jechaliśmy ze Stevenem, drąc się na całe gardła 'Dream On' i śmiejąc się jak debile. Tyler stwierdził, że musi zawieźć Joe'mu najnowszego Playboya z kimśtam, bo obiecał mu już tydzień temu. Zabrałem się z nim, przecież mogę odebrać Cass, nie?
- Wiesz co, Tyler?
- No?
- Cass ma zajebistego brata!
- Wiem! - odparł
- I skromnego! - wybuchnąłem śmiechem
- Skromność to moje drugie imię, Johnny! A nie, drugie to Zajebistość... W takim razie trzecie.
- Oczywiście, nie ma to jak wysoka samoocena, nie?
- Eee tam, Joe jest bardziej nieskromny ode mnie. W kółko powtarza, że on jest najlepszy z Aerosmith i w ogóle... Wkurwia mnie, ale się kochamy, w końcu Toxic Twins, nie?
- No ba! Jak się poznaliście?
- Frytki mi smażył ten ciul - zaśmiał się Steven - Serio! Mieli zespół, ale chujowo grali - chichotaliśmy już oboje - To go ukradłem i boom! Powstało Aerosmith! A teraz ci walnę moje ulubione żarty o gitarzystach - zapowiedział i zaczął opowiadać najlepsze kawały, jakie słyszałem w życiu.
Wysiedliśmy ze Stevenem pod domem Perry'ego. Tyler nawet nie zapukał, tylko od razu wszedł jak do siebie. A co tam, kultura (nie)musi być! Dopiero co śmiałem się z kolejnego debilnego żartu, gdy nagle moim oczom ukazał się najgorszy widok, jaki mogłem zobaczyć.
Cass w objęciach Perry'ego? No ba!
Mogłem się tego spodziewać! KURWA!
Znaczy, nie Cassie...o rany...wygląda zajebiście, alealeale...DLA NIEGO KURWA? DLA NIEGO!?
NO ZAJEBIŚCIE. MOGŁEM NIE BYĆ TAKI NAIWNY! TO JASNE, ŻE WOLI JEGO, KTO BY CHCIAŁ TAKIE CZWARTE KOŁO U WOZU, KTÓRE ŚPIEWAĆ NIE UMIE, NIE PASUJE DO ROCKA, A NA DODATEK JESZCZE JEST NAZYWANE NAJBRZYDSZYM! Super! Bombowo!
A czego ty chciałeś, Deacon? Że niby Cassie będzie twoja? A wybij sobie ją z głowy!
Kim ty jesteś, a kim jest Perry?
No właśnie. Jesteś przy nim na niższym szczeblu niż 'nikt'.
Steven chyba widział, jak się czuję. Cóż. Gdybym próbował popełnić samobójstwo, pewnie bolałoby mnie mniej niż teraz...
Nawet mnie nie zauważyli. Popatrzyłem na Steve'a. Skinął głową. Krzyknąłem ochryple, bo łzy nie pozwalały mi na więcej.
- Więc tylko tyle dla ciebie znaczę?!
I stałem tak, z policzkami płonącymi od wstydu i mokrymi od łez.
A w środku rozrywało mi trzewia. Jeżeli gdziekolwiek miałem krew w ciele, to spłynęła do serca.
Życie mnie rani. Życie, któremu na imię Cassandra.


*Cass*


Oderwaliśmy się od siebie szybko. Odwróciłam się i poczułam, jakbym dostała w twarz. Za mną stali John i Steven. Spojrzałam na Joe, który wyglądał, jakby miał zaraz zwiać. Panowała niezręczna cisza, przerywana tylko naszymi oddechami. Czułam, że jestem czerwona na twarzy. Spuściłam głowę, chowając twarz pod włosami. Nagle usłyszałam lodowato zimny głos Tylera:
- Joe, rusz dupę i idziesz ze mną - gitarzysta spojrzał mi w oczy, jego wzrok mówił 'przepraszam'. Wstał i poszedł ze Stevenem, a my zostaliśmy we dwoje. Nie miałam odwagi spojrzeć na Johna, ruszyć się, zrobić czegokolwiek.
-  Nic nawet nie powiesz, tak?! - w jego głosie słychać było histerię. Wstałam z nogami jak z ołowiu i stanęłam przed nim, nie podnosząc wzroku - PATRZ NA MNIE! - uniosłam głowę. Jeszcze nigdy nie było mi tak cholernie wstyd... Czułam, że mam purpurowe policzki, miałam ochotę natychmiast stąd zwiać... A najgorsze jest to, że... Że nie żałuję tego, co robiliśmy z Joe... Nie kocham go, on mnie kręci jako facet, jako... No wiadomo o co chodzi...


*Joe*


- TY ZJEBANY DEBILU! - darł się Steven. Staliśmy w studiu, właśnie dlatego, że było dźwiękoszczelne - JAK TY KURWA MOGŁEŚ TO ZROBIĆ?! NIE WIESZ, ŻE ONA MA FACETA?! TY KURWA MASZ COŚ W TEJ GŁUPIEJ GŁOWIE?! JEBNIJ SIĘ W NIĄ PORZĄDNIE!
- Nie krzycz Steven... Proszę... Mam świadomość tego, co zrobiłem.
- SZKODA, ŻE NIE MIAŁEŚ ZANIM TO ZROBIŁEŚ! Boże, co za zjebany idiota... - Tyler przetarł ręką twarz. Spuściłem głowę.
- Zjebałem, nie?
- Totalnie, gościu! - odparł już ciszej
- Nie wiem co mi odwaliło... Ale... No cholera ona jest taka zajebiście śliczna i w ogóle...
- Podoba ci się, co? - Steve usiadł obok mnie na podłodze. Kiwnąłem głową - No to przejebane...
- Co ja poradzę, że się zakochałem no?! - spytałem z pretensją w głosie
- Nic, Joe, nic... Właśnie o to chodzi...
- Jesteś na mnie wściekły...?
- Niee, już nie... Przepraszam, że na ciebie nawrzeszczałem...
- W porządku, miałeś prawo... - oparłem mu głowę na ramieniu - Powiedz mi, Steven, dlaczego najlepsze laski muszą być zajęte?!
- Życie, Perry, życie... Bój się teraz, żeby się pogodzili...
- Wolę, żeby nie... - mruknąłem
- Tobie by to pasowało, co?
- Nawet nie wiesz jak... - westchnąłem - Nie życzę im źle, ale wolę, żeby była ze mną... - dodałem i zamilkliśmy oboje.


*John*


Podszedłem do niej, zbierając resztki mojego honoru.
- Cass, wyglądasz...cudownie...pięknie...oboje jesteście piękni...Ty i Joe...i...i...POWINNIŚCIEZOSTAĆRAZEM! - przy tym ciągu słów, które paliły mnie w język, rozdzierały ostatnie kawałki serca i przywoływały oczom najgorsze sceny, jakie mogłem sobie wyobrazić, dostałem ataku takiej histerii, jak nigdy. Nawet widok śmierci ojca nie bolał tak bardzo. Nic tak nie boli. Naprawdę.
- I...i...chciałem...zapomnij o mnie...zapomnij...będzie Ci ła-two...będzie Ci lżej...Będziesz...szczę-śliwaaaa....z nim... - jeżeli ktoś nie wie, jak się wtedy czułem, wyobraźcie sobie najgorsze tortury razem wzięte. Zakładam, że od środka nie mam już nic. Wszystko mi się porozdzierało.
- A...le...ja...Cię...nie zapomnę...Cassandro...Ternent...Nigdy...Cię...nie...przestanę - ostatnie słowo wyszeptałem, z histerii nie mając siły na normalne mówienie - kochać...


*Cass*


Opadła mi szczęka. ŻE CO?! On nie mówi serio... Nie mówi...
- John, ale...
- NIE MÓW DO MNIE! - przerwał mi w pół zdania. Umilkłam na chwilę
- Czy... czy to oznacza... że z nami... koniec?

sobota, 1 lutego 2014

Love sometimes makes hurt or gives pleasure... [dodatek walentynkowy]

 Dedyk za najzajebistrzą inspirację ever forever, dla KOGOŚ kto na pewno się zorientuje o której części mowa ;*** Tak mi się spodobało, że aż wykorzystałam!
Nie mówcie hop, cały dodatek utrzymany jest w dwóch tonach, także no.... Miłego czytania :3


 ***


- Halo?
- Ja....yhm....hej....obudziłam Cię, prawda?
- Nieeee - John ziewnął głośno
- Przepraszam....ja po prostu... Chciałam usłyszeć Twój głos...
- Wiesz...ja w sumie też...tęsknię za Tobą...
- Ja też tęsknię, skarbie... Od dwóch miesięcy tęsknię...I będę tęsknić jeszcze przez cztery...
- Wiem, wiem przecież...
- Kiedy macie jakieś wolne? Chociaż na troszkę, dzieci już pytają i w ogóle...
- Za dwa tygodnie mamy tydzień przerwy...to przyjadę do was
- TAK?!
- No tak - niemal czułam, że się uśmiecha
- Tak się cieszę!
- Ja też no! Przytuliłbym Cię teraz, zaraz...
- Nie gadaj nawet, bo znów się poryczę...mów lepiej, jak trasa?
- W porządku, gram sobie gdzieś w kącie...
- DEAKY!
- Żartuję no... śpiewam dużo!
- Jestem dumna, kochanie!
- A ja stęskniony...
- Wiesz, że bym przyjechała, ale Janis jest za mała...
- Taaak, tak, rozumiem.
- Ja ten....będę kończyć, słyszę, że spałeś... Która jest u was?
- 4 nad ranem...a u was?
- Dżizas, sorry...u nas 22, ja...wybacz mi...
- Wszystko okej, usłyszałem Cię i to mi wszystko wynagradza... Dobranoc, kochanie najdroższe.
- Dobranoc, skarbie... śpij dobrze i śnij o mnie.
- Ty też... kocham Cię!
- Ja Cię też - odłożyłam słuchawkę i westchnęłam. Uroki posiadania za męża sławnego muzyka... Cóż poradzę.
- Mamo? - odwróciłam się
- Jimmi! A co Ty tutaj robisz?
- Przytulić się chciałem...
- Chooodź do mamy - wzięłam go w ramiona, tuląc mocno
- Kiedy wraca tatuś?
- Za 4 miesiące...ale przyjedzie za 14 dni na tydzień. Cieszysz się?
- A...mamusiu?
- Tak?
- Mogę z Tobą spać?
- Dlaczego?
- Bo...bo chcę...
- Coś się dzieje?
- Ja...śnią mi się złe rzeczy...
- Jakie złe rzeczy kochanie?
- No...na przykład...potwory... - przytuliłam go mocniej
- Możesz spać ze mną...Janis śpi?
- Tak.
- To dobrze... - westchnęłam i wzięłam go za rączkę - Chodź, kochanie, chodź - położyłam go na łóżku obok mnie. Po chwili mały zasnął, a wtedy wstałam, podeszłam do okna, otwarłam je i zapaliłam czerwone Malboro. Złapałam się za brzuch, krzywiąc się. Znowu te cholerne bóle... Co to jest do cholery?! Tak bardzo mnie zabolało, że aż jęknęłam.
- Mamusiu, co się dzieje? - poczułam ciepłą rączkę chwytającą mnie za dłoń - Znowu boli cię brzuch?
- No... troszkę...
- Mamo, zadzwoń do taty... boli cię już od tygodnia! A... mamo... - zniżył głos do szeptu - Może ty będziesz miała dzidziusia?
- Nie, kocha.... - osunęłam się na kolana - nie... - Jim wstał, przyniósł sobie komórkę i zadzwonił.
- Nie dzwoń! - syknęłam - Co on mi zrobi, nie dzwoń! SŁYSZYSZ?!
- Halo? - usłyszałam i westchnęłam
- Tatusiu...?
- Jimson! Ej, jest 23 u was, ty nie śpisz?
- Śpię... ale się obudziłem... i chciałem Ci powiedzieć dobranoc...
- Dobranoc, mały...
- No pa - Jimmi odłożył telefon i uśmiechnął się niepewnie do mnie. Jęknęłam, zwijając się z bólu.
- Mamusiu...? Pomóc ci?
- Ja...k?
- Nie wiem... połóż się może?
- Nie wstanę... ałć... - podniosłam się z kolan i dosłownie przewaliłam na łóżko, a mały wtulił się we mnie i głaskał mnie po policzku. Nawet nie wiem, kiedy zasnęliśmy...


*Jimmi*


Obudziłem sie rano długo przed mamusią. Wziąłem delikatnie jej telefon z szafki i schowałem się z nim w moim pokoju. Umiem sam dzwonić do taty, o!
- Taaak?
- Cześć, tato!
- Jimmi! Cześć, synku, co jest?
- Tato, bo mamę od tygodnia okropnie brzuch boli... wczoraj leżała na ziemi i płakała z bólu... co ja mam zrobić?
- Aaa... nic nie mówiła!
- Bo ona nawet mi nie powiedziała... wczoraj mnie obudziła, bo spałem z nią... I płakała i mówiła, że boli... I już tak od tygodnia, tylko ona nie wie, że ja widzę! - tatuś westchnął ciężko
- Mały... ja nie mogę się zerwać z koncertów... chłopaki mnie zabiją... niech mama idzie do lekarza...
- Wiesz, że nie pójdzie, prawda?
- Wiem, ewh... O, Fred... Jimson, czekaj chwilę - tata odłożył na telefon i rozmawiał przez moment z wujkiem Fredem - Dobra, Fred mówi, że mógłbym się zerwać na dwa dni co jest po prostu niewykonalne, bo cały ten czas bym stracił na samą podróż... będę za dwa tygodnie...
- Ale tato, mama się męczy no!
- ALE CO JA MAM ZROBIĆ NO?!
- Nie krzycz na mnie, tatusiu...
- Przepraszam... możesz dać mi mamę?
- Mama śpi, nie będę jej budził.
- Jim, proszę. Daj mi mamę.
- Nie. Ona śpi.
- Muszę z nią pomówić.
- Pogadasz jak się obudzi.
- Mam próbę za niedługo... Jimmi, błagam!
- No... - namyśliłem się chwilę - Dobra, czekaj - wziąłem telefon i wróciłem do sypialni, gdzie spała mama.
- Mamusiu... - pogłaskałem ją po policzku - Mamusiu!


*Julka*


Przebudziłam się, słysząc wołanie.
- Jimmi! - uśmiechnęłam się i przeczesałam palcami włosy. Mały podał mi telefon - Kto to? - przyłożyłam słuchawkę do ucha - Halo...?
- Cześć, kochanie - zrobiło mi się ciepło na serduszku - Jak się czujesz?
- A jak mam się czuć? W porządku.
- Dalej cię boli? - wtedy spojrzałam morderczym wzrokiem na Jimmiego, który natychmiast zwiał z pokoju. Westchnęłam.
- Kochanie... nie chciałam cię martwić takim gównem... Od tygodnia cholernie mnie brzuch pobolewa... Nie cały czas, co kilka godzin mam bóle...
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?!
- A co by to zmieniło? Nie ma cię tu, nic nie poradzisz...
- Masz mi iść do lekarza!
- Nie! Do ża...
- MASZ IŚĆ! - przerwał mi - Bez dyskusji, idziesz dziś do lekarza, ja się Jimmiego zapytam!
- Dobra... już ok, pójdę... - 'a tak serio to nie' pomyślałam
- Ok... Powiesz mi co i jak, zgoda?
- Zgoda... Tęsknię za tobą... nienawidzę sama spać...
- Wiem, wiem... wyobraź sobie, że właśnie cię całuję, o...
- To tak nie działa, John...
- Ewh... 13 dni i się widzimy.
- Wiem - zamilkliśmy na chwilkę
- Kocham cię.
- Ja cię też, Deakcs... musisz kończyć?
- Tak jakby, próba...
- Jasne... to... zadzwonię jak wrócę...
- Ale, Julsonku... Idź do tego lekarza. Bo jak cię znam to wyjdziesz z domu, połazisz gdzieś i wrócisz...
- Wiesz, że miałam tak zrobić?!
- Wiem. Za dobrze cię znam. OBIECAJ że pójdziesz.
- Pójdę, obiecuję. Tylko nie mam z kim zostawić dzieci...
- Błagam... masz tam Stevena, Toma, Joeya, Brada, JOE'GO... - ostatnie imię wymówił z wyraźną niechęcią
- O, Joe! Dobry pomysł, Jimmi go uwielbia!
- Jasssne...
- No już, zazdrośniku, nie lecę na niego, wiesz przecież.
- Wiem, no wiem... Taa, Rog, idę już! Muszę kończyć, mała. Kocham cię mocno... i idź do lekarza, ok?
- Pójdę, przysięgam... i też cię kocham!
- No papa - odłożył słuchawkę, a ja westchnęłam i wykręciłam numer do mojego ginekologa
- Dzień dobry, doktorze... Tak, pani Deacon z tej strony... Chciałabym się umówić na wizytę... Dziś... Źle się czuję, mam okropnie mocne bóle... Tak.... 13? Dobrze... Nie jestem w ciąży! Na pewno... Mojego faceta nie ma od 2 miesięcy! No... Dobrze... Dziękuję, do widzenia - odłożyłam telefon - W ciąży, dobre sobie. Phi - poszłam się przebrać do łazienki. KUŹWA, JA KRWAWIĘ?! Chwila, chwila... Który dzisiaj? Nie, okres miałam... O kurwa... Niedobrze...
Ogarnęłam się jako tako i odwiozłam dzieciaki do Joe.
- Cześć, ja... - zaczęłam, kiedy otwarł drzwi.
- Przywiozłaś mi dzieci? - zachwyt w jego głosie? Bezcenne.
- Tak, ja.. mam lekarza... zajmiesz się nimi przez godzinkę?
- Jasne! Z chęcią! - wziął ode mnie nosidełko z Janis
- Wujek Joe! - ucieszył się Jim
- Jimson, to nie jest twój wu...
- CICHO! - Joe mrugnął do mnie - Wujek Joe i koniec. Chodź, mały, mam fajną bajkę i mam konsole!
- Taaak! - synek wbiegł do domu gitarzysty
- Jesteś cudowny - powiedziałam z uśmiechem
- E tam... lubię te twoje maluszki.
- Widzę - przytuliłam go mocno
- A... po co idziesz do lekarza? Coś nie tak?
- Ja... od tygodnia mam koszmarne bóle brzucha... i krwawię... wiesz - przewróciłam oczami
- Oh... ale przecież kobiety mają coś takiego... nie?
- Raz w miesiącu, słonko. Ja już miałam... to nie jest naturalne krwawienie... boję się - zagryzłam wargę
- Będzie w porządku - cmoknął mnie w policzek - Leć, bo się spóźnisz!
- Jasne... na razie!
- Pa! - zawołał. Wsiadłam w samochód i cała w stresie pojechałam do przychodni. Czekałam może 10 minut, po czym wyszła pielęgniarka
- Doktor Pawell już czeka, proszę - wstałam i weszłam do gabinetu.
- Dzień dobry, doktorze.
- Dzień dobry, Julka, dzień dobry... Siadaj. Co się dzieje?
- Mam od tygodnia co kilka godzin koszmarnie ostre bóle tu, w brzuchu - pokazałam - A od rana... krwawię... ale to nie miesiączka, już miałam... Boję się, bo nie wiem co to...
- Dobrze, połóż się... Zrobimy USG, dla pewności... - wykonałam polecenie. Doktor Pawell badał mnie dość długo, z uwagą i patrząc w skupieniu w ekran.
- Yhm... mam dwie wiadomości...
- Najpierw dobra - przerwałam od razu
- Zabezpieczasz się? - spytał, unosząc brwi
- Ja... no tak...
- Muszę ci w takim razie przepisać silniejsze tabletki... bo ogólnie jest w porządku... tylko...
- Jestem w ciąży tak?!
- I teraz ta zła wiadomość... BYŁAŚ w ciąży.
- Nie rozumiem... - serce mi przyspieszyło 10-cio krotnie
- Krwawisz... boli cię brzuch...  - pokiwał głową - Jak ci to mam najdelikatniej przekazać...
- Miałam mieć...dziecko...tak?
- Tak... - wtedy do mnie dotarło. Zagryzłam wargę.
- W porządku...? - pokiwałam głową, powstrzymując łzy - Przepiszę ci tabletki, ale..
- Muszę iść na zabieg?
- Po to właśnie tabletki... 4 tydzień, to wiesz... że tak powiem... będziesz krwawić do skutku...
- Rozumiem... - wyszeptałam niemalże - Proszę przepisać, muszę jechać po dzieci do przyjaciela...
- Proszę - podał mi dwie recepty - Trzymaj się, ok?
- Tak... tak. Do widzenia i dziękuję... - wyszłam z gabinetu, w aptece na dole zakupiłam leki i wróciłam do samochodu. Usiadłam za kierownicą, wyjęłam komórkę i wykręciłam numer Johna.
- Halo?
- Masz czas gadać?
- Mam, siedzę w pokoju właśnie... Byłaś u lekarza?
- Byłam... - wybuchnęłam płaczem
- Co się dzieje?
- John, ja...my...ja... - zastanawiałam się, jak mu to powiedzieć - Od rana krwawię...wiesz jak... no i boli i w ogóle...i....gdyby nie...coś....nie wiem co, ale...my...mielibyśmy....3 dziecko... - umilkłam, zanosząc się płaczem. W słuchawce panowała cisza.
- Skarbie... - odezwał się w końcu. Miałam ochotę walnąć głową o kierownicę, słysząc ból w jego głosie - Ja...który....to był....tydzień....?
- 4....to...wiesz...przez pierwsze 3 miesiące jest....dużo poronień, ale... ja nawet nie wiedziałam...że jestem... że byłam...
- Wiem...
- Mówiłam, że miałam okres... a się dziwiłeś co tak krótko... no i masz kurwa - załkałam głośno - Miałam ci nie mówić zanim przyjedziesz, ale nie chcę cię okłamywać...
- Ciiii. Nie mów nic. Mam przyjechać...?
- Nie przerywajcie trasy...
- Chcę być z tobą... nie możesz być sama... po czymś takim... - słychać było, że płacze
- Przepraszam, kochanie... - wyszeptałam
- Nie twoja wina... widocznie coś... było nie tak... nie zamykaj na klucz w nocy, bo przyjadę... ok?
- Ok...
- Albo zostań u Joe do rana, żebyś nie musiała siedzieć sama...
- Dobrze...
- To... do zobaczenia...
- Hej... - wyłączyłam się i schowałam telefon do torebki. Odpaliłam silnik i podjechałam pod dom Joe. Weszłam bez pukania. Wszyscy troje siedzieli w salonie i oglądali jakąś bajkę.
- Joe...?
- Julso... CO SIĘ STAŁO? - gitarzysta wstał, wziął mnie za rękę i zaprowadził do jego gabinetu, zamykając drzwi - Co jest?
- Joe, ja... ja... - wtuliłam się, łkając głośno - Ja byłam w 4 tygodniu ciąży...ja...ja miałam mieć....dziecko...
- Rozumiem wszystko... - zaczął głaskać mnie po głowie
- Ja nawet...nie wiedziałam...
- Ciii... nie mów o tym... - tulił mnie mocno, opiekuńczo - Chodź, położysz się na chwilę - poszliśmy do jego sypialni - Zaraz wrócę - zszedł szybko na dół. Usłyszałam jak mówi coś Jimmi'emu i wrócił na górę, okrywając mnie kocem.
- Joe...?
- Tak?
- Zostań tu ze mną, co? - zwinęłam się w kłębek, a gitarzysta położył się przy mnie, obejmując mnie lekko. Po chwili poczułam, że zasypiam...


*John*


Siedziałem otępiały na lotnisku, po mojej lewej był Rog, a po prawej Fred i Brian.
- Stary... jak możemy ci pomóc? - spytał cicho Roger
- Zostaw go, Rog, nie zwrócisz mu tego co stracił... - odparł Freddie, głaszcząc mnie po ramieniu - Będzie ok, Deaky, musisz się trzymać...
- Ona pewnie jest w szoku, nie możesz ryczeć... Julka cię potrzebuje bardziej niż myślisz... dla ciebie to cholerna strata... ale pomyśl co to jest dla niej... - Brian przybliżył się, mówiąc szeptem - Ona to czuje... wiesz... ona je już w jakiś sposób... miała... rozumiesz? - kiwnąłem głową
- John, wiesz... mam dzieci... wiem co czujesz... - dopowiedział Taylor i wszyscy zamilkli. Wtedy ogłosili mój samolot. Wszyscy trzej przytulili mnie przyjacielsko.
- Trzym się, stary - szepnął mi na ucho Roger, a wtedy puściły mi nerwy i po prostu zacząłem płakać - Eeej, Deaky.... No już, już ok... Nie płacz... Stary, jesteś basistą w rockowym bandzie, nie rycz - klepnął mnie w ramię - I spierdalaj stąd, bo ci niebozapierdalacz ucieknie! - parsknąłem śmiechem. Awh, nasze slangi z czasów początku Queen...
- Jasne, perkmaszyno, idę się ponaleciać - skinąłem Rogerowi i poszedłem na samolot.

Kilka godzin później, była już 22, stałem pod domem Perry'ego, pukając do drzwi. Odpowiedziała mi cisza, więc wszedłem. Moje dzieciaki spały na dużym łóżku w sypialni na dole. Ja, kierując się przeczuciem, poszedłem na górę. Znam dom Joe jak własną kieszeń. Otwarłem drzwi od sypialni. Joe podniósł głowę i położył mi palec na ustach. Julson spała zwinięta w kłębek i okryta kocem, a Perry czuwał przy niej, opierając się na łokciu. Powoli, ostrożnie wstał i wyszedł z sypialni, a ja poszedłem za nim aż na dół. Podał mi kawę i usiedliśmy w fotelach.
- No i co, stary.... trzymasz się? - westchnąłem na to pytanie
- A jak ona?
- Płacze... dużo razy się budziła i wyła dosłownie... dostałem z pięści z pytaniem 'dlaczego ja?'... i ogólnie... musisz być dla niej ogromnym wsparciem, wiesz?
- Wiem... ale... jak mam być wsparciem, jak sam się czuję jak przejechany tirem?
- Rozumiem, John... Ale ona to przeżywa dwa razy bardziej niż ty, naprawdę... Poza ty... - przerwał w pół słowa. Ze schodów zeszła Julka, przeczesując palcami włosy.
- Deaky...? - tak smutnego i cichego głosu jeszcze u niej nie słyszałem... Wstałem, podszedłem i wziąłem ją w ramiona.


*Julka*


Wtuliłam się w niego i znów poczułam, że płyną mi łzy. Joe dyskretnie wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
- John, ja...ja tak strasznie...cię przepraszam...
- Ciii... - przytulił moją głowę do swojego torsu - To nie twoja wina... - miał tak smutny i zbolały ton głosu, że wybuchnęłam gorzkim płaczem.
- John...ja...ono.... - położyłam dłoń na brzuchu - Ja je mam....nadal... - łkałam głośno - Muszę....brać....leki na....wiesz...żeby...ono.... - głos mi się załamał, a Deaky uciszył mnie delikatnym pocałunkiem
- Nie mów już o tym, kochanie... ja....chcę ci jakoś...pomóc...
- Bądź przy mnie...tyle chcę...dziecka mi nie zwrócisz...
- Będziemy jeszcze mieli....zobaczysz...
- N...nie...chcę...
- Jak to?
- Bo....bo znowu....będzie...TO SAMO! - ryknęłam płaczem, wczepiając się w ramiona mojego męża.


*John*


Dosłownie pęka mi serce, kiedy słucham jak on rozpacza... a nie potrafię jej pomóc...
Zacząłem ją głaskać po włosach - Chodź, usiądziemy - usiadłem na kanapie i pociągnąłem ją na moje kolana. Wtuliła twarz w moją szyję i łkała cichutko, mocząc mi koszulkę. Przytulałem ją mocno, pozwalając, by łzy płynęły mi po policzkach. Dopiero do mnie docierało co się stało...


*Julka*


Płakałam coraz ciszej, aż po jakiejś godzinie uspokoiłam się zupełnie. Wiedziałam, że Deaky też ryczy jak bóbr, chyba docierała do niego prawda... Wtuliłam się w jego bok i szepnęłam:
- Johnny...?
- Tak?
- A...kochasz mnie jeszcze...? - spojrzał na mnie zmęczonymi, załzawionymi oczami
- Dlaczego miałbym nie kochać?
- Dlatego właśnie... - moja dłoń powędrowała na brzuch. Splótł swoje palce z moimi i odszepnął:
- Byłbym debilem, gdybym cię zostawił, wiesz? Kocham cię nad życie przecież!
- Wiem... ja cię też...ale gówno zrobiłam...
- Czemu?
- Za równy miesiąc Walentynki... pięknie...
- Ciii, spędzimy je jak trzeba - cmoknął mnie lekko w skroń - A teraz chodź już spać. Oboje jesteśmy wykończeni tym wszystkim... - wziął mnie na ręce i zaniósł do pustej sypialni. Nawet się nie przebieraliśmy, John tylko przykrył nas mocno, przyciągnął mnie bliziutko i tak zasnęliśmy...


*MIESIĄC PÓŹNIEJ*


- Tak... po wszystkim już, wszędzie pięknie, czyściutko - doktor Pawell był wyraźnie zadowolony z USG - Dajecie państwo radę?
- A mamy inne wyjście? Godzimy się z tym powoli... - odparłam, patrząc na Johna - Nie wiem, doktorze, bo... boję się, że... bo od narodzin Janis minął ponad rok i nie wiem... chcieliśmy się starać o 3 dziecko, ale...
- Boisz się, że będzie znów to samo? - uprzedził mnie lekarz. Kiwnęłam głową - To teraz... to był szczególny przypadek... myślę, że tam od początku było coś nie w porządku, wiesz? Starajcie się spokojnie, życzę wam z całego serca - uśmiechnęliśmy się z Deakym na te słowa
- Dziękuję... czyli, że ze mną...
- Wszystko ok, nie ma przeciwwskazań co do ciąży - posłał mi uśmiech - Jak tylko coś, to przychodź, a na dziś to wszystko - wstałam z fotela, podziękowałam i wyszliśmy z Johnem z budynku. Westchnęłam.
- Już po wszystkim... muszę zapomnieć - zakryłam twarz dłońmi - Starajmy się o 3 dziecko jak najszybciej....już się starajmy - wymruczałam, wtulając się w niego.
- Mam coś na jutro...
- Coś?
- Dzieci odstawiamy do Freda, który tak w ogóle prawie się posikał ze szczęścia z tego powodu... I zajmiemy się sobą...
- Co masz w planach?
- Niespodzianka! - uśmiechnęłam się na to słowo
- Już się cieszę - podeszliśmy do samochodu, a 20 minut później byliśmy już w domu, z dzieciakami.


*NASTĘPNEGO DNIA, 14 LUTY*
(oczywiście, jak w każdym dodatku, musiała być scenka rodzajowa XDDD)

Umówiliśmy się z Johnem na 18, on już od rana pojechał 'szykować niespodziankę' a ja miałam tylko odstawić maluchy do Freddiego, wrócić do domu i poczekać na Deaky'ego.

Kiedy Fred otrzymał już swoją podwójną porcję radochy (wszyscy kochają małe Deaconiątka *.*), ja spokojnie wróciłam do domu, aby się przygotować. Wzięłam prysznic, spryskałam się moimi ulubionymi perfumami, założyłam czarną, koronkową, mocno wyciętą bieliznę (już ja wiem na czym się skończy), a potem skórzaną małą czarną. Awh. Spodoba mu się...
Do tego odważyłam się (grozi glebą) ubrać wysokie szpilki... Na koniec ułożyłam sobie włosy - zostawiłam moje delikatne loki rozpuszczone, tylko jeden kosmyk przypięłam malutką, srebrną spinką, oraz zrobiłam makijaż. No okej... Która godzina? Za dziesięć szósta. Patrzcie, jaka ja punktualna.
On też. Równo o 18 usłyszałam wołanie z dołu:
- JESTEEEM! - uśmiechnęłam się pod nosem i zeszłam powolnym krokiem ze schodów. Johnowi opadła szczęka. A nie mówiłam?
- Cześć, skarbie - podeszłam do niego, mrugając zalotnie. Deaky miał na sobie koszulę wiązaną pod brzuchem, rozpiętą marynarkę i czarne, obcisłe spodnie. Wooow....
- He...hej... - lustrował mnie wzrokiem
- To, hm... Idziemy?
- Tak, jasne! - otworzył mi drzwi samochodu, a sam wskoczył na fotel kierowcy. Niedługo potem wysiedliśmy przy Perlage, najdroższym hotelu a jednocześnie restauracji w Londynie... jej!
- Widzę, że się postarałeś... - zagryzłam leciutko wargę, a on szybko odwrócił wzrok. Hehehehe...
- No...tak... - weszliśmy do środka restauracji, podaliśmy kurtki do odwieszenia i John poprowadził mnie do całkiem osobnej, małej sali zamykanej na klucz.
- O... wow! - zachwyciłam się. Świece, obrusy, ogólnie wystrój, ogólnie wow!
- Podoba się?
- Bardzo!
- A to widziałaś? - otworzył drugie w tej sali drzwi
- Co to?
- Tędy się wchodzi do hotelu...
- Ah... no tak... - chciałam usiąść, ale Deackson podszedł i odsunął mi krzesło.
- Czego się napijesz? - aż się zdziwiłam, że jest taki wyluzowany, normalnie jak nie on!
- Moet Chandon rocznik '66 - o tak, moje wymagania
- Się robi - zawołał kelnera i chwilę później na naszym stoliku stał Moet. Kelner nalał nam do kieliszków i podał dwie ozdobne karty dań. Zerknęłam i uniosłam brwi. Mhmmmm, takie buty.... Kurwa, a to co?
W końcu oboje wybraliśmy i kelner znów się do nas pofatygował
- Dla mnie numerek 23, a dla mojego skarba... - spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się pobłażliwie
- To samo - kelner poszedł z zamówieniem, a ja parsknęłam cicho - No popatrz, popatrz... Kto by pomyślał... - John uśmiechnął się tylko. Siedzieliśmy kilkanaście minut w ciszy, dyskretnie lustrując się wzrokiem, a potem kelner przyniósł nasze dania. Kiedy tylko wyszedł, Deaky wstał i zamknął drzwi na klucz.
Jedliśmy również w ciszy, ale nie krępującej, tylko takiej przyjemnej.
- Nie tylko apetycznie wygląda, ale też smakuje... - powiedziałam po chwili
- Apetycznie to dla mnie wygląda ktoś inny... - wymruczał, a mnie przeszedł dreszcz.
- Owszem, tak akurat do schrupania... - oblizałam lekko wargi, wstając i siadając mu na kolanach
- Taaa....aa? - jęknął
- Mhmmmm... - zamruczałam mu do ucha, siadając na nim okrakiem
- Kręcisz... mnie....cho...lernie...
- Wieeem... - wpiłam się w jego usta, całując namiętnie i zrzucając z niego marynarkę. OJEJ *.*
John jęknął głośno, odchylając głowę do tyłu.
- Co jest?
- Siedzisz....mi...na.... - kolejny jęk. Ah taaak... Naparłam na niego mocniej, a on zajęczał gardłowo.
- Ej....wiesz co....ja wiem, że zamknięte mamy....ale...
- A myślisz, że po co ci pokazałem te drzwi? - spytał, wstając zręcznie i biorąc mnie na ręce. Pisnęłam, chwytając się jego szyi i dałam się zanieść do najpiękniejszego hotelowego pokoju, jakiego kiedykolwiek widziałam.
- W...wow... - szepnęłam, a wtedy John padł ze mną na wznak na łóżko.
- AAA! - wrzasnęłam - Uważaj trochę!
- Spokojnieeee... - wymruczał, rozpinając mi sukienkę. Przeszedł mnie dreszcz. Wygięłam się lekko, pozwalając sukience opaść, a John zrobił minę typu *.*. Tyle w temacie.
- Hmmm? - rozwiązałam supeł przy jego koszuli (wiązana przy pępku, yay!) i zrzuciłam ją z niego.
- Czy ja ci mówiłem, że wyglądasz cudownie, kochanie?
- Nie pamiętam, chyba nie...
- A więc... cudownie wyglądasz - powiedział, całując mnie w usta
- Przypominam ci o obietnicy!
- Jakiej obietnicy...?
- Ty już wiesz... - chwyciłam go za ręce - Ja chcę jeszcze jednego syna!
- Ah... chyba, że tak... - rozpięłam mu pasek w spodniach i poczekałam, aż je zdejmie. Zaczerwieniłam się delikatnie, obrzucając go wzrokiem.
- Hmmm? - rozpiął mi zapięcie od stanika. Ej. TO MÓJ TEKST!
- N...nic... - jęknęłam, kiedy zaczął całować mnie po szyi. Najpierw delikatnie jeździł po mojej skórze ustami, a potem przyspieszył aż jęknęłam głośno. Nnwifciewfwf? Zsunął się jeszcze niżej, przejeżdżając językiem miedzy moimi piersiami. Zadrżałam i ścisnęłam go za ramiona.
Chwilę później stwierdził, że dosyć tego. Pozbył się do końca naszych ubrań i mocno we mnie wszedł, aż wrzasnęłam głośno. Ajjjjć...
- Tylko....się....postaraj... - jęknęłam, a John przyspieszył  - O... właśnie! - krzyknęłam głośno i po chwili opadłam na poduszki, oddychając głęboko. Deaky położył się obok mnie.
- J..ja...dzię...kuję... - wyszeptałam. Pocałował mnie czule w usta.
- Nie masz za co, kochanie - odpowiedział.
- Najpiękniejsze Walentynki, jakie mogłam sobie wymarzyć... Tylko... ja jeszcze ten... mam coś dla ciebie... - uniosłam się na łokciach i zauważyłam na wieszaku szlafroki - Tylko rzuć mi jeden - ubrałam się w szlafrok i podeszłam do swojej torebki, grzebiąc w niej chwilę.
- Gdzie ja to... aaa, mam... - podałam mu mój prezent, a Johnowi opadła szczęka
- FREE?! Przecież oni nie grają!
- Jubileuszowy reunion na jeden występ, kochanie - uśmiechnęłam się do niego
- Jesteś niesamowita! - zawołał z błyskiem w oczach, całując mnie mocno. Spłonęłam rumieńcem, odwracając wzrok
- Eee tam, nic takiego...
- Lubisz E.L.O, prawda?
- Taaak, nawet uwielbiam, a co? - spytałam podejrzliwie
- Aaaaa... bo zmówiliśmy się z Mej... Wiemy, że oboje z Rogerem za nimi szalejecie, to też sobie na koncercik pójdziecie - tym razem to on podał mi bilet, a ja uśmiechnęłam się szeroko, piszcząc ze szczęścia.
- DZIĘKUJĘ! - rzuciłam mu się na szyję, a Deackson zaśmiał się głośno
- Nie posikajcie się tam przypadkiem - zażartował, a ja trąciłam go łokciem i ziewnęłam - Mojej królowej chce się spać?
- Troszkę... - położyłam głowę na poduszce - Chodź tu do mnie...
- Idę, idę... - przytulił mnie mocno, kładąc się obok - Dobranoc, kochanie
- Dobranoc... i ten... jeszcze raz dziękuję za wszystko
- Ja też dziękuję... kocham cię
- Ja cię i tak mocniej... - wymruczałam i zasnęłam...


*********


Taaa, wiem, wiem, że przed czasem, ale od poniedziałku idę do szkoły, koniec ferii, więc nie mam pojęcia jak z czasem... Także wesołych Walentynek, miśki :3