niedziela, 23 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 21 [cz. 2]

Pierwsze co poczułam to cholerny ból głowy, potem, że coś wbija mi się w bok i wreszcie otworzyłam oczy. O rany...
Podniosłam się do pozycji siedzącej. Za oknem świeci piękne słońce, więc musi być już rano. Ja leżę na ziemi w salonie... Sama. To już coś.
Wstałam i wygładziłam sukienkę, rozglądając się. Nie pamiętałam dosłownie nic z tego, co się wczoraj działo... Gdzie są wszyscy?
- Heeej... - usłyszałam nagle zbolały głos za sobą - Też masz takiego cholernego kaca? - do salonu dowlókł się Joe wyglądający jak siedem nieszczęść.
- Mam wrażenie jakby ktoś po mnie przejechał czołgiem... - jęknęłam, masując sobie skroń - Ile wczoraj wypiliśmy?
- Nie pytaj... Nie mam pojęcia.... DUŻO.
- Przytulisz mnie, skarbie?
- Pewnie! - podszedł i wtulił się we mnie mocno - Ogarnijmy się jakoś, co?
- Mhm... Najpierw aspiryna i paracetamol, potem prysznic i śniadanie, co ty na to?
- Jestem za!
- Ej... pamiętasz coś z wczoraj? - spytałam.
- Mhmmm... - zamruczał, zagryzając wargę.


***


- Nic ci z tego kurwa nie wyjdzie... jestem tak uwalona, że nie wiem jak się nazywam...
- A ja nie jestem lepszy...
- Oni już poszliii?
- No tak, jest 4 rano...
- Więc róbta co chceta... - mruknęłam.
Przycisnął mnie do ściany z całej siły, aż jęknęłam, czując głuchy stukot kości o mur. Wpił się agresywnie w moje wargi, chwytając mnie w talii.
- Brałeś coooś? - jęknęłam ponownie, kiedy zerwał ze mnie sukienkę.
- Ciebie... - zamruczał, ponownie wpijając mi się w wargi. Poczułam, jak uginają się pode mną kolana. Podtrzymał mnie mocno i zsunął się ustami na szyję. Całował raz delikatnie, a raz mocno i zdecydowanie, aż przechodziły mnie miłe dreszcze.
- Joo....eee! - krzyknęłam cicho, czując jego wargi na moim dekolcie. Zręcznie rozpiął mi stanik i odrzucił go na podłogę. Mój oddech cholernie przyspieszył, czułam jak unosi mi się klatka piersiowa, czułam na sobie jego wzrok i czułam, że mu się podoba...
Przejechał palcami po mojej talii, wywołując tym samym mój cichy jęk. Przerwał na chwilę działanie i spojrzał mi w oczy, po czym wyszeptał:
- Wiem, że tego chcesz... - przyłożył usta do mojego ucha - Widzę jak mnie pragniesz... - pozwoliłam sobie na głośniejszy jęk i chwyciłam się jego szyi. Co się dzieje, cholera, jazda bez trzymankiiiii!
Zdjął swoje ciuchy, zostając jedynie w bokserkach. Zerknęłam na jego podbrzusze i poniżej... Jeeezu...
- Hmmm...? - ten zadowolony ton...
- Nnn...nnnie....jjja....jaaa....nn.... - wtedy przycisnął mnie biodrami do ściany - ...NIIIIC! - przerzucił mnie przez ramię i zaniósł do sypialni, po czym walnął na łóżko. Stanął przy mnie, a ja powoli umarłam z wrażenia.
- Chodź tu noooo... - zajęczałam błagalnie. Uniósł brwi - Perry, nie drażnij się ze mną! Chodź tu zaraz! - milczał, z szyderczym uśmieszkiem - Joooe nooo.... - wtedy się na mnie rzucił, dosłownie rzucił.
- Pasuje?
- Jajajaja.....jaaaak.....najba.....rdziej..... - wyjęczałam, a wtedy we mnie wszedł. Okna są otwarte? To mój wrzask słyszało zapewne pół miasta (jeśli nie całe)...


***


- Serio? Ja nic...
- Było zajebiście pięknie - rozmarzył się. Spuściłam z zawstydzeniem wzrok i nagle wydarłam się na całe gardło, wskakując na kanapę.
- AAAAAAAAAAAAA, KURWA!!! - po podłodze chodził pająk wielkości pieprzonej pięści!
- Co? - nie ogarniał Perry.
- ZABIERZ TO CHUJSTWO, ZABIERZ TOOOO, ZABIEEERZ! - zaczęłam histerycznie płakać i trząść się. Arachnofobia proszę państwa...
- Ale o c... aaaaa... - schylił się, biorąc na rękę tarantulę (!) - Niegrzeczny Frankie, nieładnie... Nie bój się, Cassie, już go odnoszę... Musiałem zostawić otwarte terrarium - zniknął na strychu i po chwili wrócił - No już, możesz zejść - powiedział łagodnym tonem i wyciągnął ramiona, a ja wtuliłam się w niego z całej siły, usiłując się uspokoić - Boisz się pająków?
- Mam... arachno.... fobię...
- Już, ciiii - delikatnie mnie pocałował.
- Trzymasz takie coś w domu?!
- Kilka mam...
- COOO?! - cała się trzęsłam - Joe... jak ja bym była sama w domu i taki kurwa jebaniec mi będzie łaził, to ja się zesram ze strachu, ja nawet nie podejdę... - poskarżyłam się.
- Nie będziesz musiała, terraria są pozamykane, tylko zapomniałem wczoraj to jedno zamknąć... pierwszy raz mi się zdarzyło, przepraszam. Nie wiedziałem, że się boisz...
- To... Są jadowite?
- Nie no, coś ty! Kupiłem je 'odjadowicone'.
- Dobra... ale ostrzegam. Jeden raz zobaczę toto nie w terrarium to się wyprowadzam, jasne?
- Jasne... A... Cassie?
- Tak?
- Umiesz jeździć konno?
- Nie... A co...?
- Tak pytam... Idziemy pod ten prysznic?
- Patrzcie kurwa - zaczęłam się śmiać - 'Idziemy', phi!
- No ej...
- No co? Nie mam ochoty na seks... - odsunęłam się lekko. Spojrzał na mnie dziwnie - No nie patrz tak, mam za sobą przepitą noc, cholernego kaca i jestem głodna... Później, Joe. Obiecuję.
- Niech ci będzie - odparł z nutką zawodu w głosie - To do za chwilę!
- No - uśmiechnęłam się i poszłam do łazienki.

Po 30 minutach wyszłam orzeźwiona i w znacznie lepszym stanie. Zeszłam do kuchni i zastałam tam Joe w krótkich spodenkach i mokrych włosach spiętych w kucyk.
- Co jemy? - spytaliśmy równocześnie i zaśmialiśmy się.
- Ja będę jadła owsiankę, a ty tam nie wiem.
- Jak ty możesz jeść owsiankę?!
- No co?
- Fuj... Ja wolę tosty, o!
- Ee... - urwałam - W sumie... zrób mi też, ja zrobię kawy. Za dużo roboty z owsianką, nie chce mi się...
- Prawidłowo - zachichotał, a wtedy rozbrzmiał dzwonek w moim telefonie.
- Halo?
- Czy rozmawiam z kapitanem Ternent?
- Taaak, a co się dzieje? - spytałam z niepokojem.
- Potrzebujemy ludzi na misję. Jest pani w Ameryce?
- Tak... - przeniosłam wzrok na robiącego tosty Perry'ego - Ale... wolałabym nie jechać.
- Jest pani w ciąży?
- Ja... NIE!
- Jest pani chora na coś?
- Nie.
- Więc nie ma zwolnienia z obowiązku pełnienia służby. To jest nakaz panno Ternent.
- Tak jest... Na ile ten wyjazd?
- Na ile będzie trzeba. Dziś ma pani samolot do Iraku o 20.28, proszę zabrać tylko ubrania na zmianę i prowiant.
- A mundur?
- To chyba logiczne. I broń też.
- Przyjęłam - odparłam z rezygnacją.
- Widzimy się na lotnisku, czołem!
- Czołem! - odłożyłam słuchawkę. Po moich policzkach popłynęły łzy. Podeszłam do Joe, wtuliłam się w jego plecy i wyszeptałam:
- Joey, muszę jechać do Iraku...
- CO?! - odwrócił się energicznie - Jak to?!
- Obowiązek pełnienia służby 3 lata od ukończenia zdobywania specjalizacji... Zadzwonili po mnie... Mam... Mam dziś samolot... - rozpłakałam się totalnie, a gitarzysta przytulił mnie z całej siły.
- Ciiii... Wszystko będzie dobrze... już ciii...
- Nie będzie dobrze! - krzyknęłam z histerią - Daleko od ciebie! - Perry nie odpowiedział, tylko wpił się namiętnie w moje usta.
- Nic nie mów... - szepnął po chwili - Zjedzmy śniadanie... A później się zastanowimy - usiedliśmy w milczeniu przy stole, w milczeniu jedliśmy i w milczeniu sprzątaliśmy.
- Ja się... pójdę... spakować... - usiłowałam się ponownie nie rozpłakać - Zadzwoń do Stevena, że o 17 jedzie z nami na lotnisko... I powiedz, żeby był chwilę wcześniej...
- To już za dwie godziny... - odparł Joe i poszedł zadzwonić.

Pakowałam rzeczy płacząc jak idiotka. Skurwiele.. Czemu akurat ja?!


***


- Uważaj na siebie, kurwa... - ściskał mnie Steven. Moczyliśmy sobie nawzajem koszulki łzami.
- Nie chcę umierać... - zawyłam, wtulając twarz w jego szyję.
- Dlatego się nie narażaj, ok?
- Ok... Do... Do nie wiem kiedy - nadal płacząc, dałam mu całusa w usta i podeszłam do Joe.
- Ja... ja... kurwa noooo - rozryczałam się totalnie, padając mu w ramiona - Boję się, że cię już nigdy nie zobaczę...
- Nie mów tak - odparł, tuląc mnie - Widzimy się za kilka miesięcy.
- TERNENT, ILE JESZCZE?! - usłyszałam zdenerwowany głos generała.
- Już, kurwa, idę! - odwrzasnęłam z histerią w głosie - Joe, kocham cię, do chuja, kocham... - szepnęłam, wpijając mu się w usta. Całowaliśmy się dłuższą chwilę, po czym z trudem się od niego oderwałam.
- Muszę iść... - trzymaliśmy się za rękę - Do zobaczenia...
- Kocham cię - wyszeptał, a ja puściłam jego dłoń, odwróciłam się i poszłam w kierunku samolotu, płacząc głośno. Wsiadłam do latającej maszyny, usiadłam przy oknie i spojrzałam na mojego faceta. Podniósł rękę i pomachał mi, a ja posłałam mu całusa. Po chwili samolot wystartował...


***


- Włączcie MTV.
- Niee, tu jest mecz teraz, kobieto!
- Włącznie MTV!
- Mamy mecz!
- WŁĄCZCIE DO KURWY TO JEBANE MTV! - wydarłam się na cały głos, a zaskoczeni John i Bradley posłusznie przełączyli na muzyczną stację.
Tak jak myślałam... Szedł koncert Aerosmith na żywo... Akurat Joe zaczynał swoje solo.
- Aaaa, to dlategooo... No dobra, oglądaj sobie - powiedział John, wyciągając Bradleya z telewizyjnego pokoju. Wpatrywałam się w mojego faceta widocznego na ekranie, a z moich oczu leciały drobne łzy. Oh jak ja za nim tęsknię...


- Wszystko w porządku, Cassie? - poczułam dłoń mojej koleżanki, Mandy, na ramieniu.
- Nic nie jest w porządku, Man... - wybuchnęłam płaczem, chowając twarz w dłoniach - Ja chcę do mojego Joeeee...
- Wiem, kochanie, wiem... - przytuliła mnie mocno - Nie płacz już.
- Nawet nie mogę zadzwonić, bo nie ma jebanego zasięgu! - poskarżyłam się.
- Ja mam zasięg tylko w jednym miejscu... W męskim kiblu.
- Błagam, daj mi do niego zadzwonić!
- Teraz? Ma koncert, debilko!
- To... to po koncercie!
- Jasne!
- Kocham cię, kurwa - wykrzyknęłam, a Mandy zaśmiała się cicho.


*** 3 GODZINY PÓŹNIEJ ***


Mandy miała rację. JEST ZASIĘG!
- Haloooo? - kiedy usłyszałam ten głęboki głos, dosłownie umarłam.
- Joe...?
- CASS?! Ojapierdole... Skąd dzwonisz?
- Mandy ma zasięg w męskiej toalecie... Kurwa, jak ja za tobą tęsknię, Joey...
- Wiem... Ja za tobą też...
- Widziałam cię dziś w MTV...
- Serio?
- Mhm... Jak włączyłam to się poryczałam...
- Nie ma cię tydzień dopiero, a ja już umieram...
- Zdradzasz mnie?
- A pojebało?! Nie!
- Pytam tylko... Kurwa, mam taką ochotę się do ciebie przytulić...
- Ja wiem wszystko... ja wiem.
- Ale ja zr...
- CAAAAAASSIEEEEE! - przerwało mi walenie w drzwi - OTWÓRZ, BO ZARAZ SIĘ ZLEJĘ! - no pewnie, Thomas...
- Rozmawiam z moim facetem, lej na trawę! - warknęłam.
- Błagam cię, Caaaass...
- Nie wyjdę stąd, bo tylko tu jest zasięg!
- No eeeeeeej...
- Skarbie... - mruknęłam do słuchawki - Rozłączy nas na moment, bo muszę kolegę wpuścić, bo mu się lać chce... Zaczekaj.
- Pewnie - odparł Joe. Otwarłam drzwi i wpuściłam podskakującego Thomasa.
- Dzięki! - wrzasnął z ulgą i odlał się szybko - Możesz wracać.
- Świetnie - przewróciłam oczami i ponownie wybrałam numer.
- No jestem.
- Ufff... Powiedz mi, uważasz tam na siebie?
- Uważam, uważam... Ale tęsknię no.
- Ja bardziej, mała... Jak patrzę na liżących się Tylera i Emily... ough.
- Już dobrze...
- Wiesz co mi opowiadał Steven?
- Co?
- Że jak byliśmy w trasie to robił Em dobrze przez telefon... - jego głos nabrał tej szczególnej, niskiej barwy.
- Serio...?
- Mhmmm...
- Ja wolę na żywo, wiesz?
- Wiem, maleńka.
- CASSEY, ZBIÓRKA ZA 3 MINUTY! - w drzwi zastukał John.
- Kochanie, muszę iść... Mamy zbiórkę i idziemy znowu na obóz irańskich żołnierzy... Musimy odbić naszych...
- Uważaj na siebie i ten... kocham cię najmocniej.
- Tak... Ja cię też, Joe.
- Całuję.
- Ja również - odparłam i wyłączyłam się. Na moich ustach wykwitł delikatny uśmieszek. Kocham tego debila...


*** 2 TYGODNIE PÓŹNIEJ ***

- Mayer, Prest i Giovani pójdziecie na prawe skrzydło! Ternent, Vanny, Cresto i Rodd na lewe skrzydło! - słyszałam komendy jak przez mgłę. Ledwo stałam na nogach, było mi niedobrze, bolało mnie całe ciało i czułam, że zaraz zemdleję.
- Ternent, broń. Halo. KAPITANIE! - z trudem podniosłam głowę i ugięły się pode mną kolana. O Jezu, ja chyba umieram... - Twój karabin - dostałam do rąk M-66 i oparłam się plecami o ścianę.
- Cass, wszystko w porządku? - Mandy położyła rękę na moim ramieniu - Jesteś blada jak kreda...
- Wszystko gra... - odparłam, zamykając na chwilkę oczy. To zapewne skutek miejscowej (nie)czystej wody, spania po 3, 4 godziny i jedzenia co 10 godzin...
- Idziecie, już, już, 12 amerykańskich żołnierzy samych się z niewoli nie wydostanie! - wykrzyknął generał i cały nasz oddział podzielony na kilka małych grupek wyruszył w kierunku obozu Irańczyków. Mandy szła obok mnie, trzymając mnie pod ramię i patrząc z troską.
- Ej, Cassey, masz - ktoś podał mi plastikowy kubeczek z mocną kawą. Upiłam kilka łyków i po chwili było nieco lepiej.
- Dzięki, Bradley - posłałam kumplowi nikły uśmiech i szliśmy dalej.


Po 4 godzinach marszu dotarliśmy w okolice obozu żołnierzy z Iraku. Nasi rodowici żołnierze przebywali w 'niewoli' w ich obozie, gdyż złapali ich podczas nieudanej akcji.
- Plan jest prosty - powiedział John, przewodniczący całej wyprawie - Na trzy biegniemy, strzelamy w Irańczyków, odbieramy naszych i spieprzamy, ok? Jest nas 40, powinno się udać bez problemu - rozległy się potwierdzające pomruki i zaczęliśmy w naszych grupkach podkradać się na wyznaczone pozycje. Czułam, że mi słabo jak nie wiem i zaraz zemdleję, ale nie zatrzymałam się.
Jako zwiadowca wyjrzałam ostrożnie za pierwszy budynek. W prowizorycznym więzieniu byli nasi, a przed drzwiami stało pięciu żołnierzy z Iraku.
- Jest och pięć, uzbrojonych po zęby - szepnęłam grupie.
- Na trzy... - odszepnął John będący w mojej czwórce, razem ze mną, Bradleyem i Mandy.
- Raz... - unieśliśmy karabiny.
- Dwa... - odbezpieczyliśmy spusty.
- Trz... - przerwał mu głośny wystrzał, po którym John osunął się na ziemię. Natychmiast padliśmy na brzuchy, strzelając na oślep w dwóch irańskich szpiegów stojących za nami. Poruszenie wywołało reakcję kilkunastu Irańczyków, którzy momentalnie znaleźli się przy nas. Przemogłam mój koszmarny stan zdrowia i zaczęłam strzelać w miarę celnie, a Mandy mnie osłaniała. Powaliliśmy 80% żołnierzy, dwóm pozostałym dałam w łeb lufą i padli ogłuszeni. Bradley dokończył robotę. Zapadła cisza.
Czyżby po wszystkim?
Wtedy usłyszałam w lewym uchu zduszony krzyk Mandy, która padła za ziemię z dziurą po kuli w skroni. Natychmiast przeturlałam się po podłodze, ale ktoś, kto strzelał, miał niezłego cela, bo poczułam okropny ból w łydce. To dopełniło tylko mojego wycieńczenia i zemdlałam.


***


- Jedziesz do domu, Ternent.

- CO Z MANDY I Z JOHNEM?
- Do domu, kurwa!
- CO Z NIMI DO CHUJA!
- NIE ŻYJĄ! - wrzasnął mi prosto w twarz generał, a ja zamarłam i po policzkach poleciały mi łzy.
- C... c... co?
- Nie żyją, Ternent - odparł z bólem w głosie - Przykro nam wszystkim... - usiadłam ciężko na krzesło - Przewieziemy dziś ciała do Ameryki i będzie defilada z pogrzebem... Ale ty na niej nie będziesz, przecież widzę, jak się czujesz.
- Dam radę, już ok - skłamałam.
- Bradley przyniósł cię do obozu przed momentem, nie wiem, czy nie jesteś ranna...
- Nie, nie, ja tylko... Słabo mi się zrobiło.
- Dobrze, niech będzie... Masz galowy mundur?
- Wzięłam...
- Więc w porządku. Spakuj się i mamy samolot za kilka godzin.
- Dobrze - wstałam i prawie zaliczyłam glebę. Poczułam niesamowity ból w łydce, ale nawet nie syknęłam.
- Przyjdziemy po ciebie.
- W porządku... a mam dwa pytania.
- Tak?
- Odzyskaliśmy naszych?
- Nie do końca, dwóch zostało...
- A... Czy ja mogę skorzystać z telefonu generała, żeby zadzwonić... Żeby... przyjechał mój chłopak...? Na lotnisko... I na defiladę...?
- Cywil?
- Cywil, ale... Będzie mi łatwiej przetrwać to wszystko... - dławiło mnie w gardle.
- W porządku, dzwoń - podał mi komórkę, a ja spojrzałam na niego z wdzięcznością - Weź sobie ten telefon do pokoju.
- Dziękuję! - wykrzyknęłam i pokuśtykałam do mojej sypialni. Usiadłam na swoim łóżku i rozpłakałam się, patrząc na puste posłanie Mandy. Stała mi się cholernie bliska przez te 3 tygodnie... A teraz nie żyje.
Wybrałam numer i przyłożyłam komórkę do ucha.
- Tak słucham?
- Joe, kochanie... - zawyłam, krztusząc się od łez.
- Cassie! Co się dzieje, skarbie? - słysząc jego zaniepokojony ton, płakałam jeszcze bardziej.
- Te kurwy zabiły mi przyjacióóóół... - łkałam - 19 osób od nas nie żyje! 19, KURWA! W TYM MOJA PRZYJACIÓŁKA I MÓJ PRZYJACIEL!
- Ciii, nie płacz... Proszę, nie płacz...
- Przyjedziesz na defiladę?
- Co?
- Na lotnisku w Nowym Yorku będzie defilada... Jutro o 12... Ubierz się w garnitur i kurwa przyjedź... Jakoś się znajdziemy... I najpierw będę jako żołnierz stała w szeregu, a potem usiądę obok ciebie, dobrze?
- Dobrze, Cassey, dobrze... Ale nie płacz tak... Błagam... Powiedz mi lepiej, jak się czujesz?
- Nie pytaj, Joe... Muszę kończyć, do jutra - odrzuciłam telefon i rzuciłam się twarzą w poduszkę, rycząc jak nienormalna...


***


- Ternent, jedziemy. Słyszysz? - Bradley delikatnie głaskał mnie po plecach - Wstań, Cassie... - mówił łagodnie, a ja nadal płakałam. Od kilku godzin w tej samej pozycji...
- Wszyscy czekają, słońce, musimy już jechać...
- Nigdzie nie jadę!
- Podobno przyjedzie twój facet, tak? Nie chcesz się z nim zobaczyć? - tym mnie przekonał. Wstałam, porwałam torbę i wyleciałam z budynku, a Brad za mną. Wziął mnie pod rękę i zaprowadził do busa. Wszyscy już byli.
- Noooo, myślałem, że tam zostaniesz! - roześmiał się generał. Minęłam go w milczeniu i usiadłam na wolnym miejscu pod oknem. Bradley usiadł obok mnie i zaczął coś mówić, ale już nie wiedziałam co. Zasnęłam.


***


Obudziłam się w samolocie oparta o ramię Brad'a.
- Gdzie ja jestem...?
- Za kilka godzin będziemy w Nowym Yorku, mała - odparł, patrząc na mnie.
- Zaniosłeś mnie? - zdziwiłam się.
- Niosłem cię od busa, przez odprawę, aż do samolotu - uśmiechnął się.
- Rany, trzeba mnie było obudzić... dziękuję - również posłałam mu uśmiech i przeniosłam wzrok za okno. Pomyślałam, że już za kilka godzin będę się tulić do Joe... awh... Nie mogę się doczekać... Kurwa, chce mi się spać, dobranoc.
Oparłam głowę o szybę i ponownie zasnęłam.


***


- Teraz już wstajemy, Cass - usłyszałam nad uchem śmiech Bradleya i otworzyłam oczy.
- Hej... To już NY?
- Tak, tak, to już Ameryka droga pani - odparł, uśmiechając się - Bierz torbę i wysiadamy... Przebieramy się w mundur i... - urwał.
- Wiem - odparłam, idąc za wszystkimi pasażerami. Nasza grupka licząca sobie 21 osób i generała władowała się do łazienek i zmieniliśmy ubrania na eleganckie mundury, przewiesiliśmy się szarfami, ustawiliśmy się w dwa szeregi i prowadzeni przez generała, opuściliśmy budynek.
Zdziwiłam się tym, co ujrzałam. Równe rzędy krzeseł z siedzącymi na nich ważnymi ludźmi i rodzinami zabitych, poczet sztandarowy i przedstawiciele Amii Krajowej. I otwarty bagażnik ogromnego samolotu a przed nim czerwony dywan.
- Idziecie nieść trumny - usłyszeliśmy - Oprócz ciebie, Keny - amputowali mu rękę, to zrozumiałe - Po dwie osoby na trumnę, jak zaniesiecie na miejsce idziecie powoli po drugą. Jasne? - pokiwaliśmy głowami.
- Chodź, Cass - pociągnął mnie Brad. Staliśmy w pierwszej parze i na znak ruszyliśmy w kierunku samolotu. Nie myślałam o tym, że czuję się jak przeciśnięta przez wyciskarkę do owoców... Miałam przed oczami niemy krzyk Mandy i morze krwi... Dwóch żołnierzy powietrznych podało nam trumnę. Kiedy zobaczyłam kto w niej leży, wybuchnęłam płaczem.

Mandy Cresto
ur. 22 lutego 1958r.
zm. 3 października 1980r.
'Spoczywaj w spokoju bojowniczko pokoju... '

Szliśmy z Bradleyem, a ja nie kryłam się z płaczem, ryczałam jak debilka. W pewnym momencie spojrzałam po rzędach krzeseł. Pomiędzy zapłakanymi twarzami rodzin, poważnymi minami przedstawicieli rządu i obojętnymi pozami generałów, ujrzałam Joego, mojego Joego, ubranego w garnitur i patrzącego na mnie ze łzami w oczach. Miałam ochotę zostawić Bradleyowi trumnę i rzucić się Perry'emu w ramiona, ale nie zrobiłam tego, dzielnie kładąc drewnianą 'szkatułę śmierci' na ziemi, pod wielkim krzyżem. Odwróciliśmy się i podeszliśmy po drugą. 

John Rodd
ur. 14 marca 1946r.
zm. 3 października 1980r.
'Spoczywaj w spokoju bojowniku pokoju... '

Rozpłakałam się jeszcze bardziej, nie widziałam nic, tak bardzo łzy przesłoniły mi obraz. Doniosłam jakoś trumnę i w miarę spokojnie przeszłam na miejsce obok Joe. Nie wiem gdzie usiadł Bradley. Ja rzuciłam się Perry'emu na szyję, chowając zapłakaną twarz w jego ramieniu.
- Jak dobrze, że jesteś... - wyszeptałam. Musiało to dziwnie wyglądać... Kobieta w galowym mundurze wojskowym, która przed chwilą niosła trumny, teraz ryczy na całego i tuli się do faceta...
- Już wszystko dobrze... - odszepnął do mojego ucha i pocałował mnie czule w usta - Tęskniłem za tobą, myszko... - przytulał moją głowę do swojego torsu.
- Pozwoliłam... jej... im... zginąć!
- Nieprawda. To nie twoja wina, Cass... 
- Mogłam ich ochro... - przerwał mi namiętnym pocałunkiem w usta.
- Już cicho... Nie mów - obrzucił mnie wzrokiem i nagle zamarł - Cassey, kurwa, ty krwawisz! - powiedział, a wtedy odwróciłam się i zwymiotowałam do stojącego obok kosza na śmieci, po czym osunęłam się na ziemię. Joe natychmiast wziął mnie na ręce i wyniósł do budynku terminala.
- Jedziemy do szpitala - oznajmił, kierując się na parking. Nie miałam siły zaprotestować, więc tylko skinęłam głową.

Łydka krwawiła mi jak cholera, rzygałam do plastikowego woreczka i czułam, jak umieram. Perry łamał chyba każdy przepis drogowy jaki istniał, tak się spieszył. Kiedy dojechaliśmy do szpitala, bez słowa wziął mnie na ręce i zaniósł, oddając po chwili w ręce lekarzy.
- Nie zostawiaj mnie... - poprosiłam, chwytając jego dłoń.
- Zrobią ci badania i przyjdę, obiecuję. Nie mogę być przy badaniach, kochanie.
- Okej... - kiwnęłam głową i przymknęłam oczy. 


30 minut potem z zabandażowaną nogą pojechałam na badanie USG, aby dowiedzieć się, czemu rzygam i w ogóle...
Lekarka nasmarowała mi mój niemal wychudzony brzuch jakimś zimnym gównem i zaczęła jeździć jakimś czymś, patrząc na ekran. Spodziewałam się najgorszego... Guz? Rak? Przerzuty? Uszkodzenia?
Ale na ustach lekarki wykwitł szeroki uśmiech.
- Co to...? - spytałam cała w stresie.
- Gratuluję! Jest pani w 6 tygodniu ciąży! - powiedziała, a mi opadła szczęka.
- ŻE CO!?
- No tak! Chyba pani wie, skąd się biorą dzieci, prawda? - zauważyłam błysk w jej oku.
- No tak, ale... ale... jak to no?
- Normalnie, niech pani...
- Cassie po prostu - przerwałam jej.
- Więc... ok... zobacz, Cassie - pokazała mi małą, czarną kropkę na ekranie - Tylko żeby ciąża przebiegała prawidłowo musisz przytyć z 3 lub 4 kilogramy, jesteś bardzo chuda...
- To po wojsku - odpowiedziałam, gapiąc się na kropkę.
- Ah, no tak... W porządku - wytarła mi brzuch - Ubierz się, chyba cię wypiszą do domu...
- Mmm... - kiwnęłam głową. O kurwa... Ja i dziecko?! Ha, teraz niech się Joe dowie, to mnie zapierdoli...

Wróciłam o własnych siłach do swojej sali.
- Jesteś! - uśmiechnięty Joe wstał z łóżka i zaczął mnie całować, wtulając się mocno.
- Muszę ci coś powiedzieć... - odsunęłam go delikatnie.
- Coś nie tak? Jesteś chora czy co? - spytał ze strachem w głosie.
- Jestem w ciąży, Joe - palnęłam prosto z mostu i patrzyłam na jego reakcję.
- Że... co? - na twarzy gitarzysty odmalowało się zdumienie - Że... ze mną?
- 6 tydzień, nie ma innej opcji. Sypiam tylko z tobą. Będziesz ojcem, Perry - mówiłam spokojnie i z opanowaniem. On zagryzł wargę i patrzył gdzieś ponad moje ramię, milcząc - Nie wiem teraz, czy mam cię przepraszać... Czy co...
- Zszokowałaś mnie, Cassey... - odezwał się - Ale z drugiej strony, stuknęły mi trzy dyszki, chyba czas na to, co nie? - uśmiechnął się szeroko - Tak jak na ślub, mała - dodał. Leciutko pokiwałam głową.
- Pomyślimy nad tym, okej?
- Pewnie... a... mogę się pochwalić Stevenowi? - spytał nieśmiało.
- Nic nikomu na razie. Przez pierwsze trzy miesiące... wiesz. Nie zapeszaj. Powiem ci kiedy możesz się chwalić.
- Ok - przytulił mnie mocno - Kocham cię, Cassie, kocham jak cholera.
- Ja cię też, Joe - odparłam ze słodkim uśmieszkiem.

środa, 19 marca 2014

POMAGAMY MYLESOWEJHUDSON!

Biorę udział w konkursie, dla mnie wygrana to kwestia życia lub śmierci!

TUTAJ GŁOSUJEMY :)

film z tytułem: Mój film dla Aerosmith

BARDZO PROSZĘ O GŁOSY :)))

wtorek, 18 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 21 [cz. 1]

- Jak mnie nazwałaś?
- Ciulem...? - odpowiedziałam niepewnie.
- Powtórz to jeszcze raz - odgarnął włosy, przyjmując niski ton.
- Ty... ciu... lu... - wyjąkałam, a Joe przekrzywił lekko głowę
- Jestem ciulem, taaa? - wpijał się w szyję. Słaby punkt? Bardzooo...
- No... no tak - odparłam z przekorą. Nadal się wpijał. Z tym, że za każdym razem mocniej. Syknęłam w odpowiedzi - I tak... jesteś... ciulem... Pereira...
- Wiem - kontynuował - Wiem.
- I... tak w sumie... to... cię.. nie lubię... - prowokowałam.
- Nie? - zsunął się ustami niżej.
Zadrżałam - N... nie...
- Nie? - niżej... jego usta były na granicy mojej szyi i dekoltu.
Oddech mi cholernie przyspieszył, ale nadal z uporem trzymałam się swojego zdania - Nie...
- Nieeeeee? - jego głos był teraz tak cholernie niski...
- N... n... n... - koniec. Amen.

Po chwili leżeliśmy na opuszczonych siedzeniach w samochodzie, kompletnie bez ciuchów.
- To... to...
- Taaa?
- Podnieca... mnie... to... - jęknęłam, a Perry bez ostrzeżenia we mnie wszedł. Krzyknęłam, odchylając głowę do tyłu. Mała ilość miejsca wymagała totalnej bliskości, przez co wszystko było odczuwalne dwa razy bardziej...

Cholera. Przyspieszał. Nie dość, że odczuwałam go mocniej, to jednak darłam się głośniej, niż zwykle. O Jezu... Fala gorąca, ta przyjemna fala gorąca jaka mnie przeniknęła, to jedno z najlepszych uczuć. Joe, ten głupek, ten mój kochany głupek potrafił cholernie dużo - znów zgraliśmy się w jedno, zdzierając struny głosowe i osiągając kolejny szczyt. Znacznie wyższy, niż te chmury nad nami.


Dyszeliśmy głośno. Oparłam głowę o zagłówek siedzenia i starałam się uspokoić oddech.
- Ja... coś... czułam... że tak... będzie...
- Ale jak? - wydyszał Joe.
- Że prezent poczeka... ale teraz już... chcę ci go w końcu dać.
- Niech ci będzie - rzucił mi bieliznę, koszulkę i legginsy, sam także się ubrał i w końcu mogliśmy pojechać do domu.
- Ej, tylko... a w sumie nic.
- Mów, skarbie.
- Bo mam prośbę... Pojechałbyś na moją uczelnię odebrać moją teczkę? Ja bym musiała PILNIE do domu... No... - zrobiłam udręczoną minę.
- No pewnie, nie ma sprawy! - odparł - Ty studiujesz w Eston College, nie?
- Tak - posłałam mu uśmiech. Po chwili Perry zatrzymał się pod domem, a ja szybko wysiadłam i powiedziałam:
- Widzimy się później!
- Jasne! - odparł z entuzjazmem i odjechał, a ja wleciałam jak strzała do domu. Uff. Wszyscy są.
- Jesteś siostrzyczko! - Steven przytulił mnie z całej siły - Leć się przebierać!
- A wszystko gotowe?
- No ten tego... chodź i zobacz! - przeszliśmy do salonu a mnie dosłownie wbiło w ziemię.
- WOW! - wykrzyknęłam na widok salonu całego w serpentynach, balonach (w ciekawym kształcie, hahaha xD), konfetti itp. Na środku Aero ustawili mały podest, coś jak scena. Brad i Tom rozmawiali przed sceną, trzymając w rękach gitary, a Joey ćwiczył rytm na perkusji.
- Dasz sobie radę, nie? - Tyler podał mi Gibsona.
- Pewnie, no ej - zagrałam parę akordów, dostrajając nieco struny - To ja tego... Pójdę się przebrać.
- Idź - wziął ode mnie elektryka, a ja poleciałam po schodach na górę.
Założyłam skórzaną sukienkę przed kolano, rozkloszowaną na dole i czarne zakolanówki, a do tego baleriny i ciężki, złoty łańcuch na szyję. Włosy rozpuściłam i pozwoliłam im zakręcić się jeszcze bardziej niż zwykle. No. Jestem goto.. a nie!
Zrobiłam jeszcze mocny makijaż typu 'smoky eyes' i zeszłam na dół.
- Macie tort? - podeszłam do chłopaków, wieszając się Bradowi na ramieniu, aby zobaczyć przedmiot leżący na stoliku.
- Sama zobacz - gitarzysta rytmiczny delikatnie wypchnął mnie przed siebie. Tort był kwadratowy, dwupiętrowy, polany czekoladą a na wierzchu Steven (ogarnijcie, mój brat umie robić torty!) napisał białym lukrem 'Sto lat, Joe, ty chuju ;*' i wymalował kilkoma kolorami genialnego Les Paula.
- Jaaa... Steve... To jest genialne! - rzuciłam się bratu na szyję - Dziękuję - pocałowałam go w policzek, a Tyler uśmiechnął się skromnie.
- Nie ma sprawy... Takie tam...
- Jest zajebiście! A... TO macie?
- Mamy, mamy - potwierdził Tom - Ej, tak w ogóle, ślicznie wyglądasz!
- Ty właśnie! - dodał Joey.
- Dzięki... - zarumieniłam się, po czym zerknęłam na zegarek - Ej, on zaraz tu wróci, zbierajcie tyłki - zakomunikowałam, zawieszając sobie na ramieniu pasek od Les Paula. Chłopaki popodłączali się do wzmacniaczy, Joey usadowił się za perką, a Steven załączył mikrofon. Wyglądałam przez okno, aż zauważyłam wysłużoną Skodę Joe - Gaście światła! - syknęłam i wlazłam na scenę. Było ciemno, cicho i czuć było lekkie podenerwowanie chłopaków.
Nagle otwarły się drzwi.
- Cassey, jestem! - chwila ciszy - Cass? HALO! - Perry wszedł do salonu, a wtedy Joey walnął pałeczką we włącznik stroboskopu, zapaliły się reflektory, po czym zaczęliśmy grać rockowe 'Sto Lat' a Tyler darł się po swojemu do mikrofonu. I tak, zamiast:
- Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! Sto lat, sto lat, niech żyje żyje nam! Jeszcze raz, jeszcze raz, niech żyje żyje nam, niech żyje naaaaam! Niech mu gwiazdka pomyślności, nigdy nie zagaśnie,
A kto z nami nie wypije, niech go piorun trzaśnie!
A kto z nami nie wypije, niech go piorun trzaśnie!

Wyszło to:

- Sto lat, sto lat, nie żyje Perry nam! Sto lat, sto lat, nie żyje Perry nam! Jeszcze raz, jeszcze raz, nie żyje ten chuj naaaaaaaasz! NIEEEEEEE ŻYJE NAAAAAAM! Niech mu w końcu łeb i kości gruchną ze starości, gruchną ze starości, a kto z nami nie popije niech go piorun jebnie, a kto z nami nie popije niech go piorun jebnie! - to właśnie, drodzy państwo jest Steven Tyler. Joe był totalnie zszokowany, ale śmiał się jak idiota, kiedy Steve śpiewał swoje bzdury i tańczył jak błazen.
Kiedy skończyliśmy, odłożyłam gitarę i podeszłam do mojego faceta, wtulając się mocno.
- Nie ma, ja pierwszy! - odsunął mnie Tyler, złapał Joe za rękę i zaczął nawijać - Kochany zjebie, życzę ci wszystkiego najgorszego, dużo pecha, krótkiego życia, żeby ci zawsze sprzedawali zły alkohol, żeby cię każdy umiał wychujać we wszystkim, koszmarnych solówek, żeby cię fanki nie kochały i żeby Cassey z tobą nie wytrzymała, ale najbardziej życzę ci tego, żeby spełniła się dokładna odwrotność tych życzeń! Kocham cię, Perry - Toxic Twins przytulili się po męsku i chwilę tak stali, a Stevie coś jeszcze szeptał Joe do ucha, a ten śmiał się jak pojebany.


- Ja ci życzę, stary zjebie, dużo haszu, seksu jak w niebie, żeby ci Cassie często dawała i żeby ci pewna część ciała stała - powiedział bez mrugnięcia okiem Joey Kramer, po czym wszyscy wybuchnęli takim śmiechem, że musiała nas słyszeć cała Ameryka.
- To ten tego, nie wiem w sumie czego ci życzyć, stary, bo ty wszystko masz... Dużo seksu, mało problemów i wódki na zagrychę - Hamilton poklepał Perry'ego po plecach z niezłą siłą.
- Wszystkiego co tam sobie życzysz... Ożeń się, chłopie! Pisz dalej takie wyjebane w kosmos solówki! No i... no i co... nie zmieniaj się, bo jesteś zajebisty! - uśmiechnął się Brad i w końcu przepuścili mnie do solenizanta.
- Noooo... - zaczęłam, patrząc mu w oczy - Ja ci, skarbie... Życzę... Jeju, czego ja ci mam życzyć? - spytałam zrozpaczona, bawiąc się rzemykiem na jego szyi


- To może niech ci się spełniają zawsze wszystkie marzenia, bądź zawsze taki świetny jaki jesteś teraz i nie zostawiaj mnie dla byle dziwki - powiedziałam cicho i musnęłam delikatnie jego usta - Teraz torcik - odsunęłam się. W czasie, kiedy składałam Joe życzenia, Steven zapalił świeczki na cieście i stał teraz obok, dumny jak nie wiem.
- Dmuchaj! - zachęcił Brad. Perry zamyślił się chwilę i dmuchnął z całej siły.
- Pooooooszło! - zawył Tyler i wyściskał gitarzystę mocno.
- Poszło to może co innego - zadrwił w odpowiedzi Joe, gasząc Stevena po całości.
- Kocham was, jebańce! - zaśmiałam się i podałam solenizantowi nóż do pokrojenia tortu.

***

- Ej to w takim razie skoro mam urodziny... - zaczął Joe. Imprezka trwała już kilka godzin i byliśmy NIECO podpici i w zajebistych humorach - To należy się urodzinowy seks jak się patrzy! - wykrzyknął z błyskiem w oku.
- No halo... - zamruczałam mu do ucha, kładąc dłoń na jego kolanie - Jak się nie uwalisz za bardzo... czyli masz stać w pionie i ogarniać co się dzieje... to wtedy będzie urodzinowy seks jak się patrzy. Ale masz być grzeczny - uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Ja jestem bardzo grzeczny, maleńka.
- Nonono - roześmiał się Tyler - Szczególnie jak dwa miesiące temu posuwaliście we dwójkę z Tomem tą barmankę z Roxy!
- Dawno i nieprawda - odburknął Hamilton.
- Ty za to, Steven, lizałeś się ze ścianą, bo ci się po pijaku z Emily pomyliła - odgryzł się zręcznie Joe, obejmując mnie ramieniem.
- Oj cicho tam - przerwałam, biorąc moją szklankę z wódką. Już miałam się napić, kiedy Perry tak po prostu wyjął mi ją z ręki i opróżnił.
- PEREIRA, TY DUPKU! - wrzasnęłam, wywołując śmiech u Aerosmith - Nie będzie kurwa!
- Kurwy nie będzie? - zdziwił się.
- Seksu też nie - udałam obrażoną i zgrabnie przeniosłam się na kolana Toma, który siedział najdalej od Joe. Gitarzysta zrobił minę w stylu 'ale jak to ;_; ' i spuścił głowę.
- Wypiłeś mi wódkę, seksu nie będzie 1:0 dla mnie.
- Pójdę na dziwki 2:1 dla mnie.
- CO?!
- Gówno, zrywam z tobą, 3:1 dla mnie.
- Jestem w ciąży, 4:3 dla mnie.
- Jestem bezpłodny, 5:4.
- A kto powiedział, że z tobą, 6:5.
- A kto by cię chciał? 7:6.
- Twój przyjaciel, 8:7.
- Mój przyjaciel jest zajęty, 9:8.
- Masz więcej przyjaciół, 10:9.
- Żadnego nie jesteś warta, 11:10.
- Idę stąd, 12:11 - wstałam wściekła z kolan Hamiltona.
- Ej... Ja żartowałem...
- Spierdalaj, Pereira! - warknęłam i poszłam szybkim krokiem po schodach na górę. W połowie drogi Joe złapał mnie w pasie.
- Zaczekaj... - odwróciłam się z obojętną miną - Proszę...
- Zostaw mnie - usiłowałam mu się wyrwać, ale on trzymał mnie mocno - JOE, KURWA, PUŚĆ! - ale on nie słuchał, pociągnął mnie na górę, do sypialni i zamknął drzwi.
- NIE CHCĘ TU BYĆ! - wkurwiałam się coraz bardziej.
- Porozmawiajmy... proszę cię, maleńka...
- NIE! - wstałam, jednak gitarzysta ściągnął mnie z powrotem do pozycji siedzącej.
- Przestań - poprosił łagodnie - Chcę cię tylko przeprosić...
- Mam w dupie twoje przeprosiny, chce wyjść! - wyszarpywałam bezskutecznie ramię z jego żelaznego uchwytu - SŁYSZYSZ!?
- Nie, nie słyszę - odparł beznamiętnym tonem.
- Joe, puszczaj do cholery! Rozumiesz?! PUŚĆ! NATYCHMIAST PUŚĆ! - wrzeszczałam, ale on po prostu mnie olewał. Uniosłam rękę i już miałam go uderzyć, kiedy szybko złapał za moje nadgarstki i przyciągnął mnie bliżej.
- Nie, nie puszczę - mówił spokojnym głosem.
- Ty skurwysynie, jak mnie zaraz nie wypuścisz to... to...
- To co?
- To zawołam Stevena! - w moim głosie zaczęła wybrzmiewać histeria.
- Nie usłyszy cię nawet.
- Perry no! - czułam się bezsilna. Miał większą siłę, mógł mnie trzymać całe wieki...
- Buziaka chcę.
- SPIEPRZAJ! - mój wkurw odezwał się na nowo.
- Puszczę, jak mi dasz buziaka.
- Nie mam zamiaru.
- No to będę cię tak trzymał - odparł. Siedziałam chwilę nieruchomo, po czym z zaskoczenia się szarpnęłam i podbiegłam do drzwi. Niestety, Joe był szybszy i tak gwałtownie przycisnął mnie do ściany, że aż jęknęłam z bólu:
- Ałłłłłłł, ty zjebie... - przytrzymywał mnie całym ciałem przy tej ścianie i ani myślał rozluźnić chwyt. Zaczęłam się bać... On był schlany, ja też, ale mniej... - To bolało!
- Miało - odmruknął, nie zmieniając pozycji.
- Joe, proszę, puść mnie już... - zmieniłam ton na błagalny. Może to coś da?
- Nie.
- Błagam...
- Jak mi dasz buziaka to puszczę, powiedziałem już - zgrzytnęłam zębami. Fuck. Nie będę się z nim całować teraz, a fe!
- Nawet mnie nie przeprosiłeś za te chamskie teksty... - poskarżyłam się, po czym syknęłam, czując jego dłoń na moim udzie - Zabieraj się ode mnie! - dostałam takiego kopa energetycznego, że odepchnęłam go na podłogę i szybko otwarłam drzwi, po czym zbiegłam na dół, opuszczając dom bez słowa wyjaśnienia.

Cała się trzęsłam ze złości i upokorzenia. Ough, co za idiota... Zadrżałam, czując na skórze powiew chłodniejszego wiatru. Było już po 20 i robiło się zimno...
Nerwowym ruchem wyjęłam z kieszeni jednego jedynego papierosa i zapalniczkę i po chwili już zaciągałam się ukochanym dymem.

***

- Gdzie ona jest? - Joe pojawił się na dole, chyba nie do końca ogarniając sytuację.
- Cass? - spytałem - Przecież z tobą była...
- Ale spieprzyła! - jęknął i opowiedział w skrócie co się stało.
- Boże, ty idioto... - strzeliłem facepalma - Chciałeś coś zrobić mojej siostrze?! Chcesz wpierdol?!
- Nie chciałem nic jej zrobić... Chciałem ją przeprosić...
- No to masz swoje przeprosiny... Brawo, Pereira, brawo - zaklaskałem z ironią - Teraz zbieraj dupę i jej szukaj!
- No już, już...
- I weź to - rzuciłem mu paczkę Malboro - Ona je lubi.
- Jasne... - odparł i wyleciał z domu.

***

Chodziłam sobie po jednym z wielu pieprzonych parków w LA, obracając w palcach niedopałek. Nagle usłyszałam za sobą:
- A co taka śliczna pani robi sama o tej porze? - za mną stał jakiś żul i szczerzył się w bezzębnym uśmiechu.
- Nie rozmawiam z takimi jak pan, nara - fuknęłam, przyspieszając kroku.
- Facet panią obraził? A może rzucił? - dociekał mężczyzna, idąc za mną.
- A co to pana obchodzi, proszę mnie zostawić!
- Nie zrobię panience krzywdy... - zagadywał nadal.
- Odczep się, facet, ok? - warknęłam, zmieniając kierunek marszu. Żul chwycił mnie za ramię. Miał zadziwiająco silny uchwyt.
- Niech panieneczka chwilę zaczeka... - nie zdążył dokończyć zdania, bo nagle poleciał do tyłu tak szybko, że nawet nie wrzasnął. Podniosłam głowę. Przede mną stał Joe.
- Dałabym sobie radę SAMA - fuknęłam na niego.
- Ach tak?
- T... tak.
- Wcale się nie bałaś?
- Nie.
- Kochanie, gościu tak cię chwycił, że masz ślady na ramieniu - ujął delikatnie moje ramię i pokazał mi.
- Nie. Mów. Tak. Do. Mnie - wycedziłam.
- Jak?
- 'Kochanie' - Joe westchnął z bólem i odwrócił się bokiem do mnie.
- W porządku. Jak wolisz, Cassie - odparł smutnym tonem i zapadła cisza. Zagryzłam lekko wargę, czując jak wyparowuje ze mnie cała wściekłość na Joe.
- Dziękuję - powiedziałam niemal szeptem.
- Hm? - uniósł głowę.
- Dziękuję - powtórzyłam głośno.
- Przepraszam - odpowiedział.
- Już w porządku, nie gniewam się - chwyciłam go za rękę - Dzięki za ratunek... Ja... Masz racje, przestraszyłam się...
- Wiem, widzę... - objął mnie opiekuńczo ramieniem.
- A, właśnie!
- Hm?
- Należy się - stanęłam na palcach i mocno go pocałowałam. Miał minę jakby wygrał w totka... - Wracajmy, bo nadal nie daliśmy ci tego prezentu!
- Ty... właśnie! - zorientował się i pociągnął mnie delikatnie w stronę domu.
- Kurwa, zapaliłabym...
- Proszę - wyjął z kieszeni moje ukochane, cienkie Malboro. CO!?
- Jej... dzięki... - z zaskoczeniem odpaliłam jednego papierosa. Joe posłał mi uśmiech.

Po niedługim spacerze weszliśmy objęci do domu.
- W KOŃCU! - wyszedł nam na spotkanie Stevie - Chodź, głupi chuju, ten prezent!
- Nonono! - podskoczył w miejscu Perry i poszedł za mną i Tylerem. Joey podszedł do gitarzysty z pudełeczkiem, a ja dyskretnie wzięłam spory pakunek od Toma.
- No to ten... wszystkiego naj, stary - perkusista podał Joe pudełeczko - Teraz czekaj! - wyjął z kieszeni chustkę i zawiązał solenizantowi na oczach - I idziemy! - poszliśmy wszyscy na tyły domu i nastąpiło odsłonięcie oczu Joe. Na podjeździe stał nowiusieńki, czarny Mercedes, kabriolet, najnowszy model, no cacko jak się patrzy.
- W pudełeczku są kluczyki - wyjaśnił Tyler. Joe otworzył prezent i wyjął  kluczyki zawieszone na breloku z jego imieniem - Prezent od całego Aero i od Cass.
- I jak?
- Ja... ja... ja... - jąkał się gitarzysta po czym zaczął wrzeszczeć i ściskać wszystkich po kolei.
- A ja mam jeszcze coś... też od wszystkich w sumie - podałam mu paczkę. Perry rozerwał papier i wyjął skórzany pas do gitary na dwa ramiona (wiecie jak wygodnie?). Na spodzie były podpisy od każdego z nas:

'Dla mojego najlepszego na świecie faceta (który jest idiotą), Cass'

'Ścisz swój jebany kurwa wzmacniacz. Steven kurwa Tyler'

'Dla największego zjeba roku - Joey Kramer'

'I tak ci nie stoi, pało. Brad Whitford'

'Większego i bardziej kochanego chuja nie widziałem. No dobra, chyba, że u siebie w dżinsach. Tom Hamilton'


- Jesteście kurwa pojebani! - zaczął się śmiać Joe - Ale i tak was kocham i dziękuję, cholera, dziękuję!
- Nie masz za co, Joe - odparłam - Jeszcze raz wszystkiego najlepszego! A teraz...
- A TERAZ, KURWA, WÓDECZKA! - wrzasnął Tyler, a nikt nie próbował nawet zaprzeczyć...

środa, 12 marca 2014

What It Takes, Baby - PROLOG

 Mam dla was nowiusie opowiadanko :333 Enjoy!

**********************

Nowy York, 1974r.

- Dla kogo?
- Me...me...me...
- Me...? - uniosłam brwi.
- Melissa - odparła drżącym głosem dziewczyna. Napisałam srebrnym markerem 'dla Melissy, Vanessa Ray' i oddałam jej zdjęcie.
- Dla kogo? - nawet nie podniosłam głowy.
- Tatiana - ta sama procedura.
- Mitchell - powiedział ostatni (ufff) fan. Wstałam zza stołu i odetchnęłam, dłonią przeczesując moje długie, blond włosy.
- Vannie, Vannie, mamy support na koncerty w LA! - podszedł do mnie mój manager, Rick Crash.
- Wal.
- Aerosmith!
- COOOOOO?! - mój głośny wrzask sprawił, że Rick odsunął się na kilka metrów - ZAPROSIŁEŚ TYCH DUPKÓW NA SUPPORT!?
- Ale... ale... ale...
- CO ALE?! NIE CHCĘ ICH!
- Za późno, mamy umowę...
- Jezu - jęknęłam, uderzając ręką w czoło - Za co... Boże... Tyler z jego wielkim ryjem, Perry z gębą zasłoniętą kłakami, Hamilton ze staniem jak kołek, Joey z pedalskimi garami i Brad z brodą?! Kurwa...
- Ludzie ich uwielbiają... - bronił się Crash.
- ALE JA NIE! - wrzasnęłam i weszłam do swojej garderoby, trzaskając drzwiami. Aerosmith na support?! Nie dość, że muszę słuchać tego gówna w radiu, to jeszcze... Ewh, za co taka kara...


***


- Mhm, niezła dupa przyszła! - ledwo się pojawiłam, niejaki Tyler uniósł brwi i skomentował mój wygląd dwuznacznym tonem - Perry, ty ją pierwszy przelecisz, czy ja?
- Przelecieć to ty możesz przez okno prosto na twój krzywy ryj - warknęłam, podchodząc bliżej.
- Mmmm, laseczka się stawia - zaśmiał się Tom Hamilton.
- Chcesz kopa w dupsko? - spytałam, nieźle już wkurwiona.
- Ej, zjeby, ona mi chce dać w dupę! - śmiali się - Skarbie, nie jestem pedziem!
- Boże... - przewróciłam oczami. W pewnym momencie podbiegł do mnie jakiś chłopak, niemal rzucając we mnie moim zdjęciem.



- Vanessa, Vanessa, podpisz, błaaaagam! - z uśmiechem dałam mu autograf i zagaiłam:
- Jak się podoba 'One Day, Some Day'? - moja nowa, trzecia już płyta, dla wyjaśnienia.
- Jest zajebista, najlepsze kawałki 'Blueberry Night', 'Some Day' i 'Bad Reason'! - odparł podekscytowany.
- A twoja ulubiona?
- Najbardziej uwielbiam 'In Chasing Of Rag', potem 'One Day, Some Day' i na końcu 'Child of Destiny'!
- 'Child of Destiny' to zajebista płyta - podszedł do nas Steven Tyler.
- Nie pytam cię o zdanie, mam je gdzieś - odburknęłam.
- STEVEN! - mój fan po prostu oszalał z radości - Mogę wspólną fotkę z wami?
- CO!? NIE!
- Prooooszę.
- No dobra... Ale stój pośrodku... Jak ci na imię?
- Chris.
- Stój pośrodku Chris - powiedziałam. Minutka i było po wszystkim. Ufff. Nie cierpię Aerosmith. Kurwa.

wtorek, 11 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 20

Obudziło mnie delikatnie smyranie po udzie. Podniosłam głowę i ujrzałam słodko rozczochranego Joe, patrzącego na mnie z uśmiechem.
- Dzień dobry kochanie!
- Hej... - usiadłam, pozwalając, żeby kołdra zsunęła mi się do linii bioder. Nie zajarzyłam, że nie mam na sobie stanika ani koszulki...
- Eeee... eeee... eeee...
- Co? Ups...
- Jeśli nie chcesz, żebym się na ciebie rzucił... to... załóż coś na siebie... - wyjąkał.
- Skąd wiesz, że nie chcę? Chodź tu, debilu - przyciągnęłam do siebie jego głowę i pocałowałam go namiętnie, wtulając się mocno. Perry wyglądał, jakby właśnie wygrał w totka.
- Kocham cię, księżniczko - powiedział cicho, uśmiechając się słodko.
- Ja cię też, Joey - odparłam, głaszcząc go po policzku - Jaki my dziś mamy dzień?
- Eeee... 9 września 1980 roku... - kiedy to powiedział, zmroziło mnie nieco. O cholera. ON MA JUTRO URODZINY?! Które to? Chwila... 30. Równe, okrągłe 30. Ojej, jak miło. Ale ok, ja nic nie wiem.
- W porządku... Aaaach, wyspałam się.
- Ja też... Super się spało!
- Bo z tobą! - powiedzieliśmy równocześnie i zaśmialiśmy się.
- Joe...?
- Hm?
- Mówimy im?
- Co? Komu?
- Czy mówimy chłopakom, że jesteśmy razem...
- Niee... Poczekajmy trochę... Najpierw muszę oficjalnie zerwać z Rose...
- Nie będziesz mógł się do mnie kleić w studiu, a wiem, że masz na to wielką ochotę - uśmiechnęłam się krzywo.
- To się wyjdzie na chwilę!
- Ale chcę, żeby Steven wiedział... Pytałam go o ciebie, powiedział, że na mnie lecisz, ale mu nie uwierzyłam... Teraz żałuję.
- POWAŻNIE O TYM Z TOBĄ GADAŁ!?
- Tak... a co?
- ZE MNĄ TEŻ!
- O kurwa, ale byłam głupia...
- No ja też...
- Porażka - westchnęłam, na co Joe objął mnie mocno.
- Najważniejsze, że teraz jesteśmy razem, kochanie - cmoknął mnie w policzek i wstał, zakrywając się poduszką.
- Nie chowaj tego seksi tyłka - zaśmiałam się, na co on po prostu puścił poduszkę. Ajć...
- Mac...ie...dziś....próbę...? - wyjąkałam, gapiąc się na niego.
- A ty co się tak jąkasz, hmmm?
- Nie pytaj, Joe... To macie?
- Tak... Pójdziesz ze mną?
- A chcesz?
- No jasne!
- A może... może jednak im powiemy?
- Wiesz co? Sami zauważą. Trzymanie się za ręce, pocałunki... Ogarną - zapewniłam z uśmiechem, a Perry kiwnął głową - Pójdę chyba pod prysznic... - zauważyłam błysk w jego oku - A ty... w sumie... rób co chcesz - wstałam z łóżka i szybko zakryłam się ręcznikiem, po czym poleciałam do łazienki. Spokojnie odkręciłam wodę i weszłam do kabiny.
Po chwili, tak jak myślałam, otwarły się drzwi łazienki i kabiny.
- Wiedziałam, że przyjdziesz - uśmiechnęłam się, a on zasunął drzwiczki.
- Miałaś jakieś... szczególne... powody... że mnie tu zaprosiłaś? - spytał swoim głębokim głosem.
- Może... - odmruknęłam, a wtedy zostałam przyciśnięta do lodowato zimnej ściany. Nie było mi jednak chłodno, gdyż gorące pocałunki Joe rozpalały moją skórę do czerwoności...
Obrócił nas bokiem do ściany, niechcący odkręcając kurek z zimną wodą. Jęknęłam protestująco, kiedy polała się na nas lodowata ciecz.
- Ciiii - uciszył mnie Perry, całując jeszcze namiętniej niż przed chwilą.
- Joey... zimno... - skarżyłam się, usiłując wyplątać się z jego ramion.
- Czekaj no! - powiedział, wędrując dłońmi na moje uda.
Równocześnie wsunęliśmy języki między swoje wargi. Zimno właśnie przestało mi przeszkadzać...

Z powrotem przycisnął moje plecy do ściany, zręcznie uniósł mnie do góry i wszedł mocno. Ta całkiem inna pozycja sprawiła, że ściany mogły pięknie odbijać mój krzyk, który rozchodził się po całej łazience.
Joe jęczał głośno, widać było, że cholernie mu dobrze... Tak, to mu odpowiadało...
Podtrzymywał mocno moje pośladki, a ja obejmowałam mu nogami biodra i tylko dzięki naszej współpracy, nie wylądowałam na ziemi.
Szczytując, usłyszałam kolejną, ciekawą barwę głosu Perry'ego... Kiedy się wydzierał, jego głęboki głos nabierał lekkiej chrypy i zadziorności... Co było cholernie seksowne.


Doszliśmy w tym samym momencie, jednak Joe nie skończył jeszcze tego, co rozpoczął... Nadal mnie trzymając, wyszedł z pod prysznica i tak jak stał, ociekając wodą, poszedł do sypialni i położył mnie gwałtownie na łóżku. Przymknęłam oczy, czując jego wargi na swoim brzuchu, a po chwili na podbrzuszu i na udach. Chwyciłam go za włosy palcami lewej ręki i szarpnęłam lekko.
- Ha...muj...się...Pereira... - wydyszałam. Był ewidentnie niepocieszony, ale wpił się mocno w moje usta.
Myśleliście, że skończy się na buziaku? Jasne, jasne, a ja to Święty Ksawery.

Joe zaczął delikatnie przesuwać palcami po wewnętrznej stronie mojego uda, a po chwili podjechał ręką wyżej.
- Joe... - jęknęłam ostrzegawczo.
- Hmmm?
- Co... ty... ROBISZ? - ostatnie słowo było moim wrzaskiem, kiedy użył swojej 'siły ręcznej'.
- Co robię? Robię ci dobrze, kochanie - wymruczał, a jego palce sprawiały, że darłam sie jak opętana. Ej, ktoś tu chyba pomylił mnie z gitarą...
Wiłam się mocno, ale Joe trzymał mnie swoim silnym ramieniem. Moje wrzaski sprawiały mu ogromną satysfakcję, widziałam po jego minie...
Uciszył mnie brutalnym pocałunkiem, przyspieszając swoje 'gitarowe solo'.
- Oh... Jezu...
- Hmmm? Co chcesz powiedzieć? - spytał tonem typu 'przyznaj, że robię to zajebiście'.
- Do... brze... mi... cholernie... - jęknęłam gardłowo, dochodząc mu w ramionach. Opadł na mnie delikatnie i rozgrzewał dodatkowo moje ciało.
- Jesteś cudowna... I piękna... I kochana... - mruczał, błądząc dłońmi po moich bokach. Wtedy trzasnęły drzwi na dole i rozległ się skrzekliwy głos Tylera:
- PERRY, TY KURWA ŻYJESZ? - Joe szybko podał mi jego koszulę i moje majtki, a sam ubrał tylko spodenki i zeszliśmy na dół.
- Co tak nie odbie... Uuuu! - Steve zagwizdał z uznaniem, patrząc na nasze stroje i splecione dłonie - Czyżby w końcu coś ten teges? - poruszył znacząco brwiami.
- Żebyś wiedział - odparłam, uśmiechając się.
- TAAAAAK, NARESZCIE! - wokalista zaczął nas ściskać i gratulować nam z radością - Już myślałem, że w życiu się nie zdecydujecie! Aha, mam gazetę z waszą sesją - wyjął z torby czasopismo, przekartkował i pokazał nam jedną z fotek - Ałć - to było zdjęcie, na którym Joe trzyma ręce na moich pośladkach - Mocne.
- To nie nasz pomysł... - sprostował Perry.
- Przyznaj się, Perruniu, rzuciłeś się na nią, kiedy tylko ten fotograf poszedł, nie?
- Ja...
- Jasne, że tak - odparłam za niego - I kochaliśmy się 3/4 nocy i teraz rano. Cóż... Nie będę robiła za cnotkę przy takim facecie - oparłam Joe głowę na ramieniu. Steven uśmiechał się czule.
- Pasujecie do siebie - stwierdził, patrząc na nas.
- Dziękujemy - Joey cmoknął mnie w skroń - Steve... Bądź tak dobry i nie mów chłopakom... O nas...
- Dlaczego?
- Proszę... Jeszcze nie - położyłam wokaliście rękę na ramieniu - Sami powiemy za... jakiś czas.
- W porządku. Perry, idziesz na próbę?
- Idziemy - sprostował Joe, a Steve uniósł brwi.
- Idzie...my?
- No ja i Cass.
- Aaaa. Ok!
- Tylko... nie jedliśmy jeszcze śniadania... - zaprotestował cicho Pereira.
- W sumie to ja też... jestem tylko na wódce... Cass, kochanie... - skamlał Tyler.
- Już robię - przewróciłam ze śmiechem oczami - Lubią jajecznicę?
- TAAAAAK! - odwrzasnęli z entuzjazmem, a ja szybko usmażyłam jajka, rozdzieliłam je na trzy równe części i patrzyłam z rozbawieniem jak rzucili się na swoje porcje.
- Mam wrażenie, że nie jedliście nic przez co najmniej tydzień! - zauważyłam, bawiąc się widelcem.
- Steven zawsze wszystko przypala - wymamrotał Perry z pełnymi ustami.
- Nieprawda!
- Prawda!
- Nie!
- Tak!
- CISZA! - pisnęłam, a mężczyźni się przytkali i wrócili do jedzenia.
- Idę się przebrać.
- Ja też - Perry szybko wstał od stołu - Czekaj tu, Tyler - poszedł za mną na górę i zamknął drzwi od sypialni. Otworzyłam szafę, zrzucając z siebie koszulę Joe. Wtedy jej właściciel objął mnie w pasie i zaczął całować po szyi.
- Joeeey... - mruknęłam - Nie mamy czasu...
- Tyler poczeka - odparł, wpijając mi się w usta. Poddałam się bez gadania. Co mi tam.

Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie, dysząc ciężko.
- Kocham cię - wyszeptał Perry, przytulając mnie mocno.
- No już, już, ubieraj się, przystojniaku - przeczesałam mu włosy z uśmiechem.
- Niech ci będzie... Ale jak wrócimy to już mi nie uciekniesz - mrugnął i podszedł do szuflady z ubraniami.
Jakieś 10 minut później, poganiani wrzaskami Stevena, zeszliśmy na dół, oczywiście trzymając się za ręce. Jak nastolatki, nie?
- No w koooońcu - przewrócił oczami mój brat.
- Siedź cicho, Tyler - warknął Pereira, zakładając ramoneskę i biorąc futerał od swojej gitary. Wyszliśmy przed dom i skierowaliśmy się w kierunku studia.
- Jak z Emily, Steve? - zagadnęłam.
- W porządku... Zdaje teraz egzaminy... Wiesz, studiuje - odpowiedział, kopiąc jakiś kamyk.
- Mhm... Rozumiem. A w ogóle... Co wy teraz na tych próbach robicie?
- Ćpamy, zaliczamy panienki, pijemy... Dobra, dobra, żartuje! - wokalista uniósł ręce w obronnym geście - Nie no, ćwiczymy do trasy.
- Ooo! Kiedy jedziecie?
- Eee... Perry, kiedy my jedziemy?
- W grudniu - odparł lakonicznie gitarzysta, od kilku minut usiłując spleść swoje palce z moimi.
- Przestań, Joe! Wiesz, że publicznie jesteśmy przyjaciółmi - zdenerwowałam się.
- Już dobra... - westchnął. Stanęliśmy przed drzwiami studia i Tyler pchnął ciężkie drzwi.
- Siema, zjebańce! - zaskrzeczał do Brada i Toma - Gdzie Joey?
- W kiblu... Załatwia cięższą potrzebę - zaczęli kwiczeć niczym świnki. Po chwili zabawowy nastrój udzielił się nam wszystkim i kiedy Joey Kramer powrócił do pomieszczenia, zastał całą naszą piątkę leżącą na podłodze ze śmiechu.
- Dobrze się czujecie? - spytał niczego nie świadomy perkusista, na co zareagowaliśmy jeszcze głośniejszym śmiechem. Najlepszy śmiech miał Steven, zresztą... Posłuchajcie :D


[film by: MylesowaHudson ]


Czułam, że dłużej już nie mogę, jednak zaraźliwy śmiech Tylera i jego głupie teksty nie pozwalały mi przestać wyć ze śmiechu. Tom wyjaśnił Joey'owi, o co chodziło, na co perkusista zaczął kwiczeć głośniej niż my wszyscy razem wzięci.
Do studia wszedł manager, kręcąc głową z ironicznym uśmieszkiem.
- Jak dzieci, normalnie jak dzieci - powiedział, patrząc na nas. Nagle zapadła cisza.
- Pielucha - przerwał milczenie Steve i znów nastąpiło kilka minut totalnej głupawki. W końcu, po prawie pół godzinie śmiania się, opadliśmy z sił i ogarnęliśmy dupy. Chłopcy wzięli instrumenty i zaczęli próbę.

Muszę przyznać, że Tyler był bardzo wymagający w stosunku do reszty muzyków, ale do siebie najbardziej.
Co chwila przerywał utwór, mówił, gdzie zaśpiewał za wcześnie, za późno, gdzie Joe wszedł nie tam gdzie trzeba, gdzie Tom się zapędził zbyt bardzo, etc... Był perfekcjonistą, totalnym perfekcjonistą.

Po godzinie manager Aero, James, zarządził przerwę. Napotkałam szczególne spojrzenie Joe, który lekkim ruchem głowy kazał mi iść ze sobą...
Wymknęłam się chwilę po nim. Czekał na mnie na korytarzu.
- Co ty robisz? - szepnęłam, dając się złapać za rękę i pociągnąć w kierunku końca korytarza.
- Zobaczysz.
- Przecież się zorientują!
- Cicho.
- Zboczuch - parsknęłam śmiechem.
- Kto to mówi. Jak nie chcesz to wracaj - odparł z uśmiechem - No dawaj! - nie ruszyłam się ani na krok - No i właśnie. Chodź, kochanie, mamy pół godziny - otworzył jakieś drzwi, wpuścił mnie i zamknął je na klucz. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Byliśmy w składziku na miotły i tego typu środki czyszczące.
- Jesteś niewyżyty, Perry! - zachichotałam, kiedy wpijał się ustami w moją szyję.
- Siedź cicho - odparł, wbijając paznokcie w moje pośladki. Syknęłam cicho, chwytając go za ręce.
- Upsss - uśmiechnął się ironicznie, wsuwając mi dłonie pod koszulkę.
- Nienawidzę cię, skarbie - mruknęłam, rozpinając mu pasek od dżinsów.
- Ja cię też - odparł słodkim głosem, po czym pocałował mnie namiętnie. Chwyciłam między zęby jego dolną wargę i zassałam ją delikatnie. Jęknął cicho, chcąc zdjąć mi koszulkę.
- Ej, czekaj - odsunęłam go lekko - Będzie ci się chciało tracić czas na ubieranie tego? Zdejmij tylko to, co trzeba - posłuchał mnie i pozbył się naszych spodni i dolnej bielizny.
Całowaliśmy się coraz bardziej agresywnie, a ja coraz bardziej chciałam już go poczuć.
- No... Pereira... Ty dupku... Zrób już to... - wyjęczałam, wywołując na ustach Joe uśmieszek satysfakcji. Gitarzysta posadził mnie sobie na biodrach i wszedł tak mocno, że aż krzyknęłam. Natychmiast zamknął mi usta pocałunkiem i mocno poruszał biodrami w rytm naszych ciężkich oddechów.

Akurat szczytowaliśmy, ledwo dając radę się uciszać, kiedy usłyszeliśmy na korytarzu głosy Toma i Stevena. Joe zjechał plecami po ścianie, kucając szybko. Uciszaliśmy nasze oddechy, drżąc na całym ciele.
Niechcący przejechał mi palcami po udzie, a ja jęknęłam cicho, na co Perry zasłonił mi usta dłonią.
- Ciii, mała - szepnął, nasłuchując.
- Jak oni sobie zaraz nie pójdą, to dostanę kota... Chcę żebyś dokończył... - odszepnęłam, patrząc na jego prawy profil, którym był do mnie zwrócony. On tylko położył palec na ustach.
W milczeniu czekaliśmy aż znów zapadnie cisza. Potem Joe ostrożnie wstał, wywołując mój przeciągły syk.
- No... dalej... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Gitarzysta przycisnął mnie do ściany nagłym, teraz już nieprzerwanym ruchem bioder w przód i w tył. Odchyliłam głowę do tyłu, jęcząc miarowo.

Nagle powietrze przeszył głośny krzyk Joe, który doszedł pierwszy, prawie się glebiąc na miękkich nogach.
Jeszcze kilka ruchów i dołączyłam do niego, oddychając ciężko.
- Ko...cham....cię... - wydyszałam, opierając swoje czoło o jego.
- Ja...wiem...ja cię...też... - odparł i delikatnie postawił mnie na ziemi, podając mi spodnie i bieliznę. Ubraliśmy się i odczekaliśmy, aż nasze oddechy się uspokoją, a rumieńce z naszych policzków znikną.
Pocałowaliśmy się czule na koniec i wyszliśmy z pokoju, uważając, czy nikt nie idzie.

Wróciliśmy do studia w doskonałych humorach, uśmiechnięci, ale NIE WYGLĄDAJĄCY na parę. Steven jak widać trzymał gębę na kłódkę, bo nikt nie patrzył na nas dziwnie.
- Wracamy do pracy, chłopcy - w studiu znalazł się James i zaklaskał raźnie - Gramy dalej! - poszłam do mojej torby i wyjęłam z niej aparat. Takie tam efekty:



Jasne, jasne, Joe, udawaj, że grasz. Wszyscy wiedzą, że to tylko pozory...


Co robi Steven na próbie? Odsypia noc. Co robi w nocy? Lepiej nie wiedzieć...


Brad przykładnie gra... No, w końcu Tyler obiecał mu wódkę za ogarnięcie dupy, nie?


Joey i jego nowe gary... Boże, co za pedalski kolor... Ale grają... Nonono!


Tom stroi swój bas... Nie, nie dajcie się nabrać, gapi się na tyłek żony Jamesa, ale ciii...


Ty patrz, Perry, aparat! [Tak btw. te pięknie poczochrane kłaki Joe, to moja robota z ostatnich 30 minut...]

Nagle do studia weszła Emily, posyłając Stevenowi uwodzicielski uśmiech. Wokalista potruchtał do niej i zaczęli się chamsko lizać, nie zważając na nasze głupie komentarze pod ich adresem. Po chwili odkleili się od siebie, Em szepnęła coś Tylerowi na ucho i poszła sobie, odprowadzana tęsknym spojrzeniem wokalisty. Poczułam palce Joe muskające moją dłoń, ale odsunęłam ją, posyłając mu spojrzenie w stylu 'oni-mają-nie-wiedzieć'. Usłyszałam, jak gitarzysta wzdycha i puszcza moją dłoń.
- Zagramy w butelkę? - rozemocjonował się Tom.
- Na trzeźwo? - Tyler skrzywił się i poszedł gdzieśtam, a po chwili wrócił z kilkoma wódkami...


***


- Kręcisz, Kramer - wypadło na mnie i na Cassie. Ups...
- No dobra... - Joey zastanowił się chwile - Przeliżcie się, ale z języczkiem!
- Ty debilu - zaśmiała się Cass, przysiadając mi na kolanach. Wpiłem się w jej usta, ówcześnie oblizując jej wargi. Mruknęła cicho, błądząc językiem po moim podniebieniu. Po chwili Kramer zarządził koniec. Kurwa, co tak krótko?
- Perry, kręcisz - no ok. Zakręciłem... Wypadło na Toma i Jamesa (który o dziwo z nami grał).
- Ok... Tom, zdejmij koszulkę i wytrzyj nią Jamesowi gębę - zaśmiałem się ironicznie, a basista z udręczoną miną wykonał zadanie. Potem on zakręcił...
- Cass i Tyler... Nonono - Hamilton strzelił kościami w dłoniach - Przeliżcie się, tyle.
- Z WŁASNYM BRATEM?!
- O to chodzi w zadaniu - odparł Tom, a Cassie przewróciła oczami.
- Chodź tu, Steven - odparła i namiętnie pocałowała wokalistę w usta - Pasi? - zakręciła butelką po wódce - Hm.... Joey i Tom... Dobra, zapłacisz mi za to całowanie, Hamilton, zdejmuj spodnie! - powiedziała z drwiącym uśmieszkiem - I zawiąż je za nogawki Kramerowi na głowie.
- Zabiję się... - wycedził basista, pozbywając się dżinsów. Pod nimi (na szczęście) miał luźne spodenki. Tyle dobrego...
Zawiązał je perkusiście na głowie i usiadł z powrotem - Ile tak mam siedzieć?
- Chwilkę, zaraz ci powiem. Kręć - wypadło na mnie i Tylera.
- Zmieniam zasady, ten na kogo wskazuje korek zadaje zadanie - powiedziała Cassey. Korek wskazywał Stevena. Ten uśmiechnął się drwiąco i dał mi takie zadanie:
- Zdejmuj gacie... I się ładnie zaprezentuj.
- CO ZA KUTAS Z CIEBIE! - zaprotestowałem. Nie będę machał sprzętem przy całym Aero!
- To co, odpadasz? - oh, jak on kochał mnie dręczyć.
- Nie - zrzuciłem dżinsy i przełamując zawstydzenie, pokręciłem trochę biodrami, otrzymując głośne brawa.
- Jak już siedzicie bez spodni, to zagrajmy w rozbieranego pokera, mamy jedną panią, będzie na co patrzeć! - zaproponował Brad, a Cassie wybuchnęła ironicznym śmiechem:
- Prędzej będę twojego chuja oglądać, niż ty zobaczysz mnie choćby w staniku! - Brad od razu się zamknął.
- Ja się wypisuję! - powiedział James, spierdalając, aż się kurzyło...

Wszyscy ubrali się w pełni i zaczęliśmy grać, pijąc przy tym...


*** PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ ***


Nasz skład prezentował się dość ciekawie: Steven w skarpetkach i bokserkach, Tom w dżinsach, Joey i Brad w samych bokserkach, ja w dżinsach i skarpetkach, a Cass w pełnym ubraniu. Dobra jest w te klocki...
- Cassie, kurwa, weź w końcu przegraj, jako jedyna masz na sobie wszystko! - jęknął Tom, rozpinając pasek po kolejnej przegranej partii.
- Chyba śnisz, Tommy - odparła, zgrabnie wygrywając bodajże 10 serię, tym samym pozbawiając Tylera skarpetek - Pilnuj się brat, jeszcze jedna przegrana i się pochwalisz czego ci natura poskąpiła! - śmiała się. Steven spojrzał na nią obrażony i zaangażował się w grę.
Po chwili z satysfakcją nabił Cass pierwszą przegraną. Ta zrobiła minę w stylu: "0,0"
- Ale... ale... ale...
- ZDEJMUJ KOSZULKĘ! - wrzasnął z satysfakcją Tom. Dziewczyna wzruszyła ramionami i zgrabnie pozbyła się T-shirtu.
Bożeee, nie gapcie się na nią jak na dziwkę... I tak jest moja.
- Perry... Perry. PERRY! - wyrwał mnie z transu jej głos - Twoja kolej!
- Aaaa... jasne! - wyłożyłem karty. Ups. Za późno spostrzegłem błąd.
- Wyskakuj z gaci - mruknęła z uśmiechem moja dziewczyna, a ja szybko zdjąłem dżinsy i odrzuciłem je za siebie. Zauważyłem, że spłonęła rumieńcem i czym prędzej odwróciła wzrok. Hehehe...


***


Chwilę później wszyscy faceci zostali w samych bokserkach, a ja nadal, niezmiennie siedziałam jedynie bez koszulki. Zauważyłam, że o ile 4 mężczyźni byli pijani, to Joe był wstawiony po prostu totalnie.
Zamyśliłam się i to mnie zgubiło.
- STANIK! TERAZ STANIK! - darli się Tom i Joey, a Brad i Steven wrzeszczeli:
- SPODNIE, SPODNIE LEPSZE! - patrzyłam na nich z miną typu ";-;". W końcu stwierdziłam, że z dwojga złego lepsze mniejsze i zrzuciłam dżinsy wywołując dziki wrzask Aerosmith.

Spojrzałam na Perry'ego i poczułam, że oblewa mnie gorąco... Joe patrzył na mnie wzrokiem pełnym pożądania, wiedziałam, że gdyby nie oni, to już byśmy byli w nieco bardziej intymnej sytuacji...

- To teraz kto wygra może przelecieć Cassie! - wykrzyknął Tom, wykładając karty.
- Śnisz! Jedyny kto może mnie przelecieć z waszej piątki...
- Ja?
- HAMILTON, TY UPIERDLIWY KUTASIE! - śmiałam się - NIE TY!
- A kto? - spytał zawiedziony.
- On - odparłam i rzuciłam się na zaskoczonego Joe. Zaczęliśmy się całować przy rytmicznym klaskaniu reszty Asmith [taki skrócik, chętnie używany przez Joe na twitterze :3].

Joe wsunął mi dłonie pod bieliznę, trzymając je na moich pośladkach.
- Ułaaaa, będziecie się tu pieprzyć? - zainteresował się Whitford, ale my totalnie go olaliśmy.
- Joeee... - wydyszałam mu do ucha - Oni się gapią... Chodźmy stąd... - Joey wziął mnie na ręce i zaniósł do łazienki. Żaden z muzyków za nami nie polazł, ale przezornie zamknęliśmy toaletę na zamek, a potem kabinę - też na zamek.

Przycisnął mnie plecami do ściany, wpijając się w moją szyję. Jęknęłam głośno, chwytając ze materiał jego bokserek i zrywając je z niego.
- Jezu, Cassie... - wydyszał, wchodząc we mnie mocno.
- Jesteśmy nawaleni, zamknij się - odmruknęłam.
- Ja mam... jutro... - jęczał mi do ucha - Wywiad...
- Noo to co?
- I... masz... tam... być... ZE MNĄ! - wydarł się, szczytując. Nie odpowiedziałam mu od razu, drąc się na całe gardło.
- Ja...? - szepnęłam, dochodząc w jego ramionach.
- Tak, kochanie... - odszepnął, uspokajając oddech.
- Ale czemu?
- Poprosili mnie żebym się pokazał z wokalistką zastępczą... A jak jeszcze się dowiedzieli, że jesteś moją dziewczyną... Jeeee, to było! To jak?
- Zgadzam się - uśmiechnęłam się do Joe, który szybko cmoknął mnie w usta


***


- Przed państwem cudowny Joe 'Boski' Perry z Cassandrą Ternent-Tyler! - rozległy się brawa, a my weszliśmy do studia, trzymając się z Joe za ręce. W fotelu siedziała drobna, uśmiechnięta blondynka z notatnikiem na kolanach.
- Witajcie, kochani - przywitała się, podając nam rękę - Na początek chciałabym tak luźno zapytać, Joe, co tak właściwie łączy cię z Cassie i jak do tego doszło.
- Ja i Cassie jesteśmy oficjalnie parą - nachylił się i pocałował mnie w usta, na co publiczność zareagowała gwizdami i oklaskami - Poznaliśmy się w 1975 roku, poprzez jej brata, Stevena Tylera...
- STEVEN TYLER TO JEJ BRAT?! - dziennikarka była w szoku - Cassie, to prawda?
- Tak - odezwałam się delikatnym głosem - Steven jest moim bratem... Urodziłam się 3 kwietnia 1957 roku w Yonkers, w USA, w rodzinie państwa Tyler. Jestem Amerykanką. Mam siostrę Lyndę i brata Stevena. Mój ojciec, Victor jest pochodzenia włosko-niemieckiego, a matka, Susan, słowiańsko-czirokeskiego. Kiedy miałam 4 lata, czyli w roku 1961, moi rodzice się rozstali. Lynde i Steven zostali z ojcem w USA, a moja matka wróciła ze mną do Polski. Rok później poznała mojego tatę, Jima Ternent. Pobrali się... No i wszystko grało. O tym, że mam brata i siostrę dowiedziałam się w wieku 16 lat... Aha. Skąd się wzięłam w Anglii na samym początku? Mój tata, Jim, jest Anglikiem. Mama po prostu pojechała za nim do Londynu, bo tu lepsze życie. Podobno Steve chciał do mnie pisać, zobaczyć się ze mną wiele razy, ale... ale ojciec mu nie pozwolił. A mama nie chciała mi dać ich adresu. Ale dzięki... - zdławiło mnie w gardle - Mojemu byłemu chłopakowi, spotkaliśmy się ze Stevenem... I jesteśmy bardzo zgranym, kochającym się rodzeństwem. Brat wiele mi pomógł i bardzo mu za to dziękuję. Buziaki, Stevie - posłałam całusa do kamery.
- Proszę, kolejna tajemnica odkryta... Joe, kontynuuj proszę.
- Umówiłem się z nią...
- Co nie spodobało się Johnowi... - wtrąciłam cicho.
- Byliśmy na kawie... potem zaprosiłem ją do siebie i... No i tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy się całować... - spojrzał na mnie, każąc mi wzrokiem kontynuować.
- Przyjechali John ze Stevenem... No i nas przyłapali... Miałam piekło... Nie widziałam się ani z Joe, ani z Johnem... Steven bardzo mi wtedy pomógł, nie wiem co by się stało, gdyby nie on... W końcu miałam dość i pojechałam zobaczyć się... No właśnie z Joe. Już wtedy mnie do niego ciągnęło... Przeprowadziłam się na trochę z mojego mieszkania do Stevena... I spotkałam tam Johna. Strasznie się wtedy pokłóciliśmy, naprawdę strasznie. Potem było wesele Rogera i Meg Taylorów... Joe się upił i całował się z jakąś laską... Był tam też John... Miałam ochotę udusić Joe, byłam totalnie wściekła... Poczekałam kilka dni i próbowałam z nim pogadać, ale znowu był pijany... Nie wytrzymałam. Poszłam do szkoły wojskowej i wróciłam po 6 latach ze stopniem 'Kapitana'. Byłam w Meksyku i Afganistanie... Na lotnisku spotkałam Johna i w sumie... Rzuciliśmy się sobie na szyję. Mieli trasę, więc poleciałam z nimi do Ameryki. Okazało się, że są tam Aerosmith... Poszłam się zobaczyć z bratem, siedzimy, gadamy, pokazuję mu zdjęcia z wojska... I kto staje w drzwiach? Oczywiście Joe. Byłam na niego wściekła, ale... Coś było nie tak. Narkotyki. Oboje zaćpani w trzy dupy... Z początku byłam nieświadoma, pomogłam nawet Stevenowi... Skąd miałam wiedzieć. No, ale z Joe wszystko się poukładało i w sumie wtedy miałam okres stabilny - ja i John jako para, Steven braciszek a Joe przyjaciel. Obiecał mi, że nie będzie brał. Kilka dni później telefon od Tylera: Joe przedawkował, przyjedź do szpitala... Siedziałam przy nim całe dnie... A potem się obudził - uśmiechnęłam się - Polazł sam po wypis, akurat przyszedł Steve i była totalnie słodka scena Toxic Twins - rozczuliłam się - Ale Steven radził sobie coraz gorzej... Queen polecieli dalej, a ja zostałam, żeby mu pomóc wyjść z nałogu... Nie radził sobie...
- Pobiła go w studiu, wściekła się, kiedy siedział zaćpany przy pianinie i nie potrafił zagrać dobrze jednej nawet piosenki - przejął opowieść Joe - Wziąłem ją do domu i spaliśmy OBOK siebie, wiecie, jak przyjaciele... Ja byłem z Rose, ona z Johnem... No i wtedy boom. Trasa! Co teraz? No i Cassey poszła na zastępstwo... Publika ją pokochała...
- Tak, ale... - znów ja zaczęłam opowiadać - Po pierwszym koncercie na własne życzenie się upiliśmy... Ja i Joe... W klubie... Skończyło się na tym, że kochaliśmy się prawie do rana u niego w domu... No a rano złapała nas Rose, kazała mi spierdalać i nie widywać się z Joe w zamian za to, że John się o niczym nie dowie... Uległam. Udało nam się jednak spotkać w kawiarni... Zadzwonił Steven, żeby go natychmiast zabrać z odwyku. Zrobiłam to, a następnego dnia na próbie był już totalnie zaćpany... Odwieźliśmy go z Perry'm, który...
- Przyznałem się, kto, co i jak bierze... - mruknął Joe.
- Wkurwiłam się. Nie skreśliłam go do czasu ostatniego koncertu. Był do dupy, Joe i reszta... Koszmar po prostu. Wróciłam do Londynu, zadzwoniłam po Johna... Po miesiącu pracowałam w CIA... I... Pewien przestępca... Zaszantażował mnie... I strzelił Johnowi w głowę. Ja, jak z Romea i Julii... Chciałam się zabić... Na szczęście skończyło się na tym, że oboje żyjemy... No i jakiś czas później był casting na ta modelkę do 'Rolling Stone'... John mi zabronił, to spieprzyłam do Joe, który nie dość, że mnie zdopingował, to jeszcze ze mną poszedł! No i rozmawialiśmy ze Stevenem... Uświadomiłam sobie, że po prostu wpadłam po uszy... Chciałam mieć Joe tylko dla siebie... Ale on był z Rose. I wtedy... ta sesja... Joe jako najlepszy muzyk... Jejku, dla mnie to było niebo dosłownie! Kilkanaście dni później dostałam propozycje... Sesji dla Playboya... Chciałam powiedzieć Joe, że go kocham... I ubrałam się w wyzywające ciuchy, pojechałam do Detroit udawać napaloną fankę... Udało się, wprawdzie wziął mnie do garderoby, ale nie pogadaliśmy, bo mieli problem z jego gitarą...
- Gadałem z Tylerem, jak wróciliśmy... Uświadomił mnie, że mam startować do Cass, skoro się w niej bujam... No i potem ta sesja...
- Co tu dużo mówić... Po ostatnim zdjęciu byliśmy tak na siebie nakręceni, że kiedy tylko fotograf zamknął za sobą drzwi, rzuciliśmy się na siebie...
- Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłem tak cudownego seksu... - przyznał cicho Joe. Poczułam sie miło zaskoczona... Tyle lasek zaliczył i uważa mnie za najlepszą? Wow!
- Powiedzieliśmy sobie 'kocham cię'... No i masz efekt! - podniosłam do góry nasze splecione dłonie - Sorry, rozgadałam się...
- I dobrze, w końcu znamy prawdę co do szczegółu! - uśmiechnęła się dziennikarka - Dobrze... - zerknęła na notatnik - Joe, powiedz nam, czy masz zamiar się oświadczyć?
- A co to za pytanie? - uśmiechnął się gitarzysta.
- Jesteśmy tu, żeby rozmawiać o was! Więc?
- Hm... Czas pokaże - odparł wymijająco, kładąc dłoń na moim kolanie.
- W porządku... następne pytanie. Cassie, czy myślałaś o związaniu przyszłości z karierą jako modelka lub wokalistka?
- Yhm... Steven proponował mi trasę... A kilka czasopism sesję... Mi jednak wystarczy posiadanie sławnego chłopaka w ciągłych rozjazdach. O ile teraz mogę z nim jeździć w trasy... To jako gwiazda raczej by się to nie udało.
- Rozumiem... Joe, planujecie jakąś trasę?
- Nie, na razie skupiamy się na życiu rodzinnym, w następnym roku chcemy wejść do studia z nowym materiałem... Teraz odpoczywamy - opowiadał z uśmiechem. Nagle otwarły się ukryte 'drzwi' i do środka wjechał wielki tort. Wszyscy wstali i zaczęli śpiewać 'Sto Lat'. Joe patrzył na to wszystko totalnie zaskoczony, z otwartą buzią, widać, że się nie spodziewał...
- Nieeeeeech żyje naaaam! A kto? JOE! - zakończyliśmy. Podeszłam do niemal płaczącego ze wzruszenia Joe i przytuliłam go mocno, szepcząc mu na ucho:
- Wszystkiego najlepszego, najdroższy... Prezent dostaniesz w domu, a teraz to może być ewentualnie buziak, chcesz?
- Przecież wiesz, że tak... - odszepnął. Pocałowaliśmy się namiętnie, a publika oszalała ze szczęścia.
- Zdmuchnij świeczki, Joe! - zawołała dziennikarka. Perry pomyślał życzenie i dmuchnął z całej siły, gasząc wszystkie 30 na raz. Dostał ogłuszające brawa i wszyscy usiedli z powrotem.
- Już ci 30 stuknęła, co? - zagaiła dziennikarka z uśmiechem.
- Czuję się staro - roześmiał się - Ale się nareszcie ustatkowałem.
- To znaczy?
- Nie pieprzę wszystkiego co się da... Mam dziewczynę... Zespół... Poukładane życie!
- To na koniec jeszcze dwa pytania. Jesteś szczęśliwy teraz?
- Jestem bardzo szczęśliwy - odparł z szerokim uśmiechem.
- A o czym marzysz?
- Chciałbym się ożenić z Cassie i mieć kiedyś syna. Chciałbym też wydać solowy album... No i zawsze być w zgodzie z Tylerem!
- Oby się spełniło! Okej, dzięki bardzo! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Joe i dziękujemy za wywiad! Do widzenia! - wyszliśmy z Perry'm za kulisy, gdzie odetchnęłam z ulgą.
- No i jak poszło?
- Byłaś świetna - zamruczał, całując mnie w szyję.
- Kochanie?
- Hm?
- Wszystkiego najlepszego - wtuliłam się w jego ramiona - Chodź do domu, mam coś dla ciebie...
- Okej! - zgodził się i poszliśmy do samochodu, cudem uciekając sforze paparazzich, czekających na tyłach budynku. Perry położył dłoń na moim udzie i cicho coś nucił. Mhm, coś czuję, że prezent poczeka...
W radiu leciał najnowszy utwór Queen 'Play The Game' i szczerze? Nie bolało mnie to ani trochę. Nie czułam nic, kiwałam się tylko w rytm muzyki, uśmiechając się lekko.
Joe wsunął dłoń pod nogawkę moich szortów i jeździł palcami po wewnętrznej stronie mojego uda. Zamruczałam cicho, zsuwając się lekko po siedzeniu.
- Nie kuś, bo cię przelecę w tym samochodzie... - powiedział cicho gitarzysta.
- Spoko - wzruszyłam ramionami.
- Nie igraj ze mną, mała...
- Grozisz mi? - spytałam ironicznym tonem. Wtedy wbił mi paznokcie w udo, a ja syknęłam głośno.
- Ostrzegałem - odparł zadowolony.
- Ty ciulu - zaśmiałam się - To nie fair!
- Nie? - zatrzymał się na poboczu jakiejś pustej autostrady. Ups. Chyba się doigrałam...

niedziela, 9 marca 2014

WAŻNE INFO + ZAPOWIEDŹ 'Queen rules... '20'

Mam wielką prośbę do was, czyli moich czytelników. Jak wiecie, dodaję rozdziały po prostu w totalnym nieładzie - raz wstawiam 3 części w jeden dzień, a raz jedną na miesiąc (za co przepraszam, ale cóż począć)...

No, ale do rzeczy. Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach na bieżąco, to poproszę o komentarz pod tym postem :3 Opcje powiadamiania są takie:

a) ask
b) gadu gadu
c) na waszym blogu

Buziaki ;*



+ ZAPOWIEDŹ CZĘŚCI '20 :3


- Co tak nie odbie... Uuuu! - Steve zagwizdał z uznaniem, patrząc na nasze stroje i splecione dłonie - Czyżby w końcu coś ten teges? - poruszył znacząco brwiami.
- Żebyś wiedział - odparłam, uśmiechając się.
- TAAAAAK, NARESZCIE! - wokalista zaczął nas ściskać i gratulować nam z radością - Już myślałem, że w życiu się nie zdecydujecie! Aha, mam gazetę z waszą sesją - wyjął z torby czasopismo, przekartkował i pokazał nam jedną z fotek - Ałć - to było zdjęcie, na którym Joe trzyma ręce na moich pośladkach - Mocne.
- To nie nasz pomysł... - sprostował Perry.
- Przyznaj się, Perruniu, rzuciłeś się na nią, kiedy tylko ten fotograf poszedł, nie?
- Ja...
- Jasne, że tak - odparłam za niego - I kochaliśmy się 3/4 nocy i teraz rano. Cóż... Nie będę robiła za cnotkę przy takim facecie - oparłam Joe głowę na ramieniu. Steven uśmiechał się czule.
- Pasujecie do siebie - stwierdził, patrząc na nas.
- Dziękujemy - Joey cmoknął mnie w skroń - Steve... Bądź tak dobry i nie mów chłopakom... O nas...
- Dlaczego?
- Proszę... Jeszcze nie - położyłam wokaliście rękę na ramieniu - Sami powiemy za... jakiś czas.