niedziela, 2 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 17

 DZIĘKUJĘ ZA PONAD 7 TYSIĘCY WYŚWIETLEŃ!!! :OOOOO
 ****


- Poszedł na odwyk?! Jednak!?...Co powiedział?...Mhm...Czyli jednak wybuch Cass dał mu do myślenia... Mówisz? Widać mocno?....No, ona go trzepnęła parę razy po twarzy...Mhm...Jasne... - obudził mnie cichy szept Perry'ego, który rozmawiał z kimś przez komórkę i był odwrócony do mnie tyłem.
Z leciutkim uśmiechem przesunęłam palcami po jego nagich plecach, a gitarzysta odwrócił się.
- Tak...Wiesz, Tom, muszę kończyć, pa! - odłożył telefon - Hej!
- Cześć, Joey - cmoknęłam go leciutko w usta - Jak się spało?
- To ja chciałem o to spytać - roześmiał się cicho - W porządku. A tobie?
- Również...Joe, powiedz mi...Jak z Rose?
- Ja... - spalił buraka - Coś ten...
- Gra gitarka? - uniosłam brwi z szerokim uśmiechem
- Na to wygląda...Nie wiem...Chyba mnie lubi... - plątał się
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Spodobała ci się, co?
- Bardzo - przyznał - Steven jest na odwyku.
- ŻE CO?! - nadal byłam zszokowana
- Sam z siebie. Zostawił liścik, że idzie, wróci za miesiąc, jak skończy terapię, całuje wszystkich i przeprasza, szczególnie ciebie.
- Uhm...
- O KURWA...
- Co?
- HALO, MY MAMY ZAPLANOWANE 12 KONCERTÓW W LA!
- O rany... Odwołacie?
- Nie możemy! - Perry zaczął panikować - Co my teraz zrobimy... Cass, słonko - chwycił mnie za ręce - Ty masz taki śliczny głosik, błagam cię, zastąp Stevena! - jego proszące spojrzenie ciemnobrązowych oczu nie pozwalało mi odmówić
- Ale ja...nie umiem...śpiewać jak Steve...wiesz...nie skrzeczę tak...
- Spróbuj - niemal jęczał, widać, że mu zależało
- No...no dobrze. Zgoda - westchnęłam, a Joe pisnął uradowany i przytulił mnie mocno
- To chodź, zjemy śniadanie i sobie pośpiewasz u mnie w studiu!
- No, już ok, ok! - śmiałam się z jego ekscytacji, schodząc do kuchni - Joeeeey? - spytałam słodkim głosem
- Hmmm?
- Umiesz robić naleśniki?
- Pewnie!
- To już wiesz, co chcę na śniadanie - posyłałam mu słodziutkie uśmiechy.
- Oczywiście - uległ mi i kilkanaście minut później postawił na stole talerz z naleśnikami i słoik z masłem orzechowym. Na moje zdziwione spojrzenie powiedział:
- Pamiętałem, słońce - uśmiechnęłam się i zaczęliśmy jeść w ciszy przerywanej tylko cichym stukaniem łyżeczek o słoik. Zerkałam co jakiś czas dyskretnie na Joe, który zamyślił się i zastygł z widelcem w powietrzu.
- Joe... - zwróciłam mu uwagę - Joe. Halo, ziemia do Perry'ego!
- Co? - ocknął się - Sorry, zawiesiłem się. Coś mówiłaś?
- Nie, nie, nic - odparłam i wróciłam do jedzenia. Kiedy skończyliśmy, poszliśmy do studia. Cała w nerwach stanęłam za mikrofonem, rozgrzewając gardło gamami.
- Jaką macie listę utworów? - spytałam, a on podał mi pogniecioną nieco kartkę.




Przejechałam wzrokiem po tytułach. Phi, łatwizna.
- Po kolei? - spytał Joe, zawieszając sobie na ramieniu pasek od gitary
- No najlepiej...tylko...
- Tak?
- Wstydzę się - spuściłam głowę, czerwieniejąc mocno
- Mnie?
- Uhm...
- Ej no weź, jak mamy próbę a niekiedy Steve zawyje, to wiesz... - mrugnął do mnie i zaczął grać pierwszy utwór z listy. Skupiłam wzrok na tekście, który podał mi Perry i śpiewałam najlepiej jak umiałam. Nawet skrzeczenie mi wychodziło!
- Nonono, głosik jak brat tylko w wersji damskiej! - pochwalił Joe, przechodząc płynnie do drugiego utworu.


Po skończonej próbie, gitarzysta zabrał futerał ze swoim Les Paulem
- Spadamy na próbę do studia, mała.
- Oj...ale...alealeale...ja....ich nie znam zbytnio...
- To poznasz - śmiał się beztrosko - Oj, no chodź - pociągnął mnie za rękę do swojego Mercedesa. Chwilkę później weszliśmy do studia. Tom, Brad i Joey już byli.
- Cześć, zjeby! Przyprowadziłem naszą nową wokalistkę! - przywitał sie Perry, a ja chowałam się na jego plecami. Ough, nienawidzę poznawać nowych ludzi...Znaczy my się znamy, ale...no.
- Cass, no weź! Nie chowaj się! - wybuchnął śmiechem, wypychając mnie przed siebie.
- Hej... - powiedziałam cicho, a trzej mężczyźni podeszli, podając mi ręce
- Witaj znowu - uśmiechnął się Brad
- Siemaneczko! - Joey był, jak widać, w dobrym humorze
- Myśmy się już poznali, heja! - Tom miał mocny, pewny uścisk dłoni - Cassie jesteś, nie?
- Tak - odparłam nieco pewniej
- Steve ma fajną siostrę - Brad lustrował mnie wzrokiem
- Dobra, dobra, ona jest zajęta - Joe skręcał się ze śmiechu
- Co cię tak bawi? - spytałam z ustami blisko jego ucha
- Nic takiego, skarbie - odparł, wpuszczając mnie za mikrofon - Jedziemy? - wszyscy zajęli miejsca, a ja troszkę się zestresowałam, jednak było mi raźniej, czując obecność Perry'ego za sobą.
- Po kolei! I raz, dwa, raz, dwa, trzy jedziemy! - wrzasnął Joe, zaczynając 'Back In The Saddle'
- I'm back! - wydarłam się - I'm back in the saddle again , I'm back! I'm back in the saddle again! - dawałam z siebie 120%, zapomniałam o wstydzie i niepewności. Byłam ja, mikrofon i Joe za mną.
- Ridin' into town alone by the light of the moon , I'm lookin' for old Sukie Jones, she crazy horse saloon, barkeep gimme a drink, that's when she caught my eye she turned to give me a wink, that'd make a grown man cry! - kontynuowałam. Po 'BITS' poleciał następny kawałek, bez żadnej przerw. Co jakiś czas musiałam zerknąć w tekst, ale ogólnie znałam każdy z granych utworów na pamięć.

W końcu skończyliśmy ostatnią piosenkę i mogłam odetchnąć. Oparłam się o konsoletę i wzięłam butelkę wody.
- Ajajajajajajaaaaaaaa! - wrzasnął Perry, podchodząc do mnie - Geeeenialna byłaś!
- A weź... - uśmiechnęłam się wstydliwie
- Wyjebana w kosmos! - potwierdził słowa gitarzysty Tom, chowając bas do futerału
- Steven mógłby być dumny - Joey podrzucał w dłoniach pałeczki perkusyjne - Na pewno jest...
- Dużo o tobie opowiada - odezwał się dotąd milczący Brad - Chwali cię i w ogóle...
- Cholernie cię kocha, nawet bardziej niż Perry'ego - zażartował Hamilton - A myślałem, że to niemożliwe!
- Wal się - uśmiechnął się Joe, trącając przyjaciela łokciem - On jest kurewsko wkurwiającym bratem...Ale tak, kocham go. Frytki mu kurwa smażyłem!
- Jak to? - zdziwiłam się
- Steven mieszkał w Yonkers a ja w The Cove... - szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy - Nienawidził mnie, ale kupował u mnie frytki. 'Dużo soli, Pereira, albo ci wjebię' - zaśmiał się głośno - Fajne czasy w sumie...Krytykował potem mój zespół, ale chwalił moją grę na gitarze i OCZYWIŚCIE musiał mnie podkraść do swojej kapeli - parsknął - Kochany gość...
- Wiem - miałam minę w stylu ':3'
- Miejmy nadzieję, że odstawi to gówno raz na zawsze - wtrącił Kramer, uderzając drumsticksami po kaloryferze
- Właśnie... - czy ja w głosie Brada słyszę pretensję?
- Próbowałam mu pomóc...naprawdę... - spuściłam głowę
- Wszyscy o tym wiemy - Joe objął mnie ramieniem - Chcesz już iść do domu?
- Chcę iść, ale nie do domu...wiem, wiem, marudzę.
- Wcale nie. Zabieram cię na kawę, idziemy - wziął futerał z Les Paulem i splótł swoje palce z moimi. Tom popatrzył na to krzywo. Wyszliśmy przed studio, wcześniej żegnając się z pozostałymi Aerosami.
- Wiesz... - zaczęłam niepewnie
- Tak?
- Nie uważasz, że to dziwne?
- Ale co?
- To - uniosłam w górę nasze splecione dłonie
- Dlaczego?
- Ty masz kogoś, ja mam kogoś...A równocześnie trzymamy się za ręce, przytulamy, całujemy, śpimy obok siebie... - Joe wzruszył ramionami
- Mogę tak nie robić, jeśli nie chcesz - puścił moją dłoń - Skoro tak bardzo ci to przeszkadza... - słyszałam urazę w jego głosie i posmutniałam. Kurwa! To nie tak miało wyjść!
- Joey, ja...
- Nie, nie, dobrze! Koniec tematu - powiedział stanowczym tonem, którego używał baaardzo rzadko. Znak, że będzie chował do mnie urazę...Super. Jakbym miała mało problemów!
Nie próbowałam więcej mówić i tylko w milczeniu szłam obok niego. Usiadł za kierownicą, wcześniej układając swoją gitarę w bagażniku.
- Jedźmy do domu, zmęczona jestem - powiedziałam cicho. Nie odpowiedział, włączając silnik i ruszając na pełnym gazie.


Wysiadłam przed jego willą, a on podał mi klucze, sam wsiadając z powrotem do auta i naciskając na pilocie 'automatyczne otwieranie garażu'. Weszłam do domu, zdjęłam trampki i poszłam machinalnie do salonu. Mój wzrok padł na komodę na której zauważyłam ramkę ze zdjęciem. Podeszłam bliżej i wzięłam ją do ręki.



Było to najcudowniejsze zdjęcie Toxic Twins jakie kiedykolwiek widziałam! Oboje wyszli na nim cholernie przystojni, cudowni i...i...Boże, Chryste Panie, umieraaaaam....
- Stevenowi się podobało - usłyszałam przy uchu - Mi zresztą też. To jest najlepsze z tej sesji...
- Wyglądacie bosko po prostu... - wpatrywałam się w fotografię
- Steve ma drugie, u siebie, w identycznej ramce. W sypialni na szafce. Jak u niego będziesz, to sprawdź - powiedział, biorąc ode mnie ramkę i odstawiając na miejsce - Tu stoi drugie - sięgnął po drugą ramkę stojącą na komódce obok i podał mi:



Uśmiechnęłam się czule - Jesteście słodcy...
- My?! - Joe parsknął cicho - Daj - odebrał mi zdjęcie i odstawił, po czym już bez słowa, poszedł do kuchni. Westchnęłam cicho.
- Ej, Pereira! - zaczepiłam go, stając w drzwiach. Podniósł głowę z pytającym spojrzeniem - Chodź tu.
- Po co?
- No chodź - niechętnie wstał i stanął przy mnie, a ja najpierw mocno go przytuliłam, leciutko pocałowałam w usta, po czym splotłam nasze palce i zaproponowałam:
- Idziemy na spacer. Wiesz, do tej twojej ulubionej kafejki, a potem pochodzimy sobie - gitarzysta rozpromienił się
- Jasne! - odparł gorliwie i wciągnął na nogi trampki
- Masz aparat?
- Mam...Jest w salonie, na szafce...Tak, tam. A po c...O NIE!
- Tak, tak, Joey, kocham robić zdjęcia! - odparłam, śmiejąc się. Perry zamknął drzwi i trzymając się za ręce, poszliśmy w kierunku kafejki.

Po wypiciu naszej ulubionej kawy, poszliśmy w tak zwany 'plener'. Dużo rozmawialiśmy, a później wróciliśmy się do domu 'po gitarę i się przebrać', bo Joe jakoś nabrał ochoty na zdjęcia.




- Ciebie można fotografować godzinami! - zachwycałam się, cykając kolejne zdjęcia.



- Jesteś bardzo fotogeniczny...normalnie modeleczka! - zaśmiałam się, przypominając sobie scenkę w szpitalu
- A co - uśmiechnął się - Ej...ja ten...tak jakby...głodny jestem... - mruknął, a ja wybuchnęłam śmiechem i poczekałam, aż schowa gitarę.
- Idziemy - wzięliśmy się jak zwykle za ręce i skierowaliśmy się w stronę domu.
- Za tydzień pierwszy koncert...
- Nie przypominaj mi... - westchnęłam cicho - Boję się, Joey...
- Będę blisko ciebie - uśmiechnął się czule - Zgoda?
- Mhm... - gitarzysta objął mnie ramieniem i zagadał na jakiś inny temat, śmiejąc się jak zwykle.


***


- aaaaaaaaaaAAAAAAAA! - darłam się w garderobie, a chłopaki śmiali się ze mnie jak idioci - Aaaajajajajajajajajajajajajaj! - ja tylko rozgrzewam gardło!
- Przestań, Cass, bo jebnę! - kwiczał Joey Kramer, bijąc się pałeczkami po kolanach
- Ale co? - rozluźniłam się troszkę
- To brzmi zajebiście śmiesznie! - Brad ocierał łzy rozbawienia
- Na ćwiczenia Stevena też tak brechtacie? - spytałam, śmiejąc się cicho
- Też! - odkrzyknęli chórem, a atmosfera się rozluźniła. Joe i Tom popijali piwo, Brad rozgrzewał palce, a Joey przytupywał i stukał pałeczkami w napotkane przedmioty.
Ktoś podał mi do picia ciepły miód na rozluźnienie gardła i mogliśmy wychodzić na scenę. Byłam ubrana w obcisłe, skórzane rurki, obowiązkowo świecące się (musiałam przecież ubierać się jak Steven!), biały podkoszulek, na szyi srebrny łańcuch no i glany. Na nos założyłam okulary identyczne, jakie mieli Toxic Twins.
Perry chwycił mnie za rękę i zaczęliśmy iść korytarzem w kierunku sceny.
- Będzie zajebiście - szepnął mi na ucho gitarzysta i cmoknął mnie w usta. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i puściłam jego dłoń, w którą złapał gryf swojego Les Paula. Rozległo się intro z taśmy a ja podskoczyłam w miejscu parę razy. Joe posłał mi jeszcze radosne spojrzenie i razem z resztą wyskoczył na scenę, wbijając się idealnie w pierwsze nuty 'Back In The Saddle'.

Po krótkim wstępie do utworu wybiegłam na scenę, do mikrofonu i 'wywrzeszczałam' pierwszy wers. Publika zareagowała brawami. Wiedzieli, że zastępuję Stevena, ale najwidoczniej nie mieli nic przeciwko temu. Pierwszy utwór poszedł jak po maśle, a zaraz po nim, bez żadnej przerwy, drugi. Dopiero później mogłam się przywitać
- Hej wszystkim! Jestem tu w zastępstwie, mam na imię Cassie... I pytam was! JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA? - wrzask publiki - JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA?! - głośniejszy wrzask - CZY JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA?! - ogłuszające wrzaski zebranych fanów - PRZED WAMI... AEROSMITH! - wychrypiałam jeszcze i płynnie zaczęliśmy 'I Wanna Know Why'. Poczułam się cudownie, jak w swoim żywiole, biegałam po scenie, nosząc za sobą statyw, opierałam się teatralnie o ramię Joe lub Brada i śpiewałam najlepiej jak umiałam.

Kiedy przyszedł czas na solo Perry'ego, na chwilkę zbiegłam za kulisy, ponownie pijąc ciepły miód i odpoczywając kilka minut.
Wróciłam na scenę akurat na 'Dream On', które zawsze wychodziło mi (zdaniem Aero) najlepiej. Publiczność oszalała po prostu, a ja, zaczynając część 'wrzeszczącą', padłam na kolana w lekkim rozkroku i darłam się zupełnie jak Steven. Jeszcze nigdy nie wyszło mi to TAK DOBRZE! Kiedy 'Dream On' się skończyło, miałam chwilę aby się napić i posłuchać wiwatów fanów. Nie powiem, łechtały przyjemnie moje ego...

Następne utwory szły jak spłatka, jeden po drugim. Przy 'Come Together', przedostatniej piosence, moje gardło zaczęło się lekko buntować. Joe wykminił to natychmiast i podczas solo, kazał mi iść się napić skinieniem głowy. Bałam się, że nie zdążę, ale kochani chłopcy przedłużyli specjalnie część instrumentalną, więc spokojnie wypiłam kolejną szklankę miodu i mogłam wracać na scenę. Zaśpiewałam do końca 'Come...' i nagle, na znak Brada, zwialiśmy ze sceny. Publiczność była zdezorientowana, ale po chwili zaczęli wołać nas na bis. Oczywiście wyszliśmy, z wydłużonym 'Train Kept A Rollin' '.
- DOBRANOC! - wrzasnęłam totalnie zachrypniętym głosem po ostatniej nucie. Ukłoniliśmy się i zeszliśmy ze sceny, tym razem na serio.
- Padam... - jęknęłam, słaniając się na nogach. Joe objął mnie w pasie i pomógł mi dojść do kanapy.
- Wypadłaś zajeeeeebiście, mała! - krzyknął, tuląc mnie
- Dzięki...Kurwa, ale chrypię... - skrzywiłam się i w tej samej chwili dostałam do ręki plastikowy kubeczek.
- Woda? - zdziwiłam się
- Wódka, kochanie - zaśmiał się Perry - Na rozluźnienie i gardła i ciebie.
- Dziękuję - odparłam, opierając głowę na jego ramieniu i pijąc dużymi łykami. Joe miał rację, przestałam 'trzeszczeć' i czułam, że się uspokajam - Dobrą tą wódkę macie...
- Najlepszą! - poprawił mnie Tom, pijąc piwo - Wyszło super! Nie sądziłem, że tak dobrze się wpasujesz, Cass.
- A ja nie myślałem, że taki cienki, kobiecy głosik może się dać drzeć i skrzeczeć - dodał z podziwem Joey, obracając w dłoniach butelkę Jacka Danielsa - Dobra, idziemy na dziwki? - powiedział to tak naturalnie, że wybuchnęłam śmiechem
- No co? - zdziwił się Brad
- Nieee, nic, nic - odparłam, chichocząc i przyjmując od Joe drugi kubeczek z wódką - Raaany, ale jestem zmęczona...
- Chcesz iść do domu? - spytał gitarzysta, leniwie głaszcząc mnie po głowie.
- Chcę się upić, cholera - nie wierzyłam w to, co mówię.
- Serio? - ożywił się
- Serio!
- To chodź! - zerwał się z kanapy, ciągnąc mnie za sobą - Will! - pojawił się techniczny Perry'ego - Zawieź nas pod jakiś przyzwoity klub!
- Przyzwoity, czyli...? - spytał Will, patrząc na mnie
- Nie, nie, mogą być striptizerki, chodzi mi o dobrą atmosferę i tani alkohol - odparł zmęczonym głosem
- Aaa, jasne! - zajarzył techniczny, biorąc od Joe kluczyki. Poszliśmy do jego Mercedesa i jakieś 20 minut potem byliśmy na miejscu. Odpoczęliśmy podczas jazdy, dlatego teraz byliśmy bardziej ożywieni i skłonni do zabawy.
Perry zaprowadził mnie do stołka barowego i zamówił dwie wódki.
- Super koncert - powiedział, opierając policzek o zwinięta pięść.
- Tak...nie sądziłam, że tak dobrze to wyjdzie... - przyznałam, bawiąc się bransoletka. Barman postawił przed nami dwie duże szklanki. Stuknęliśmy się z Perrym i wzięliśmy się za picie.
- Nigdy nie sądziłem, że mogę najebać się z kobietą... - zamyślił się z uśmiechem
- Jestem pełna niespodzianek, Joey - odparłam, odgarniając mu grzywkę z czoła. W pewnym momencie ktoś klepnął Joe w plecy.
- Siemasz, Pereira! - przywitał się... ROBERT PLANT?!
- Siema, Plancik - uśmiechnął sie szeroko Joe, ściskając mu rękę
- To twoja laska? - spytał Robert, lustrując wzrokiem moja osobę
- Nieeeet, moja najlepsza przyjaciółka! Zajebista dziewczyna!
- Seksi - skwitował Plant, popijając whisky ze szklanki, a ja delikatnie się zarumieniłam. SŁYSZEĆ TAKIE COŚ OD PLANTA?!
- Dziękuję! Ja za to uważam za seksi twoje blond loczki - wzięłam w palce kilka kosmyków, a Plant parsknął śmiechem i zawołał:
- Barman! 3 razy Danielsa! - on i Joe rozpoczęli rozmowę, ja tylko się przysłuchiwałam i od czasu do czasu odpowiadałam na pytania Roberta, opróżniając moją szklankę.


Po 5 szklankach przestałam liczyć i patrzeć co i jak piję. Joe nie odstępował mnie na krok. Choć sam był nieźle wstawiony, to cały czas obejmował mnie w pasie i pilnował bardziej niż swojej gitary na próbach. Zdążył zapoznać mnie z połową światka muzycznego, jaka była dziś obecna w tym klubie.
Zaczęłam czuć zmęczenie, więc wyrwałam się na chwilkę mojemu przyjacielowi i podeszłam do baru usiąść (no dobra, dobra, napić sie też). Przyjemnie szumiało mi w głowie, było mi po prostu dobrze jak cholera...
Wstałam i lekko się chwiejąc, ruszyłam na poszukiwanie Joe. Gdzie ten cwel? Niespodziewanie, ktoś złapał mnie w pasie i usłyszałam w lewym uchu znajomy śmiech
- Tu jesteś! - ucieszyłam się, wieszając się Perry'emu na ramieniu. Coś mi się wydaję, że wypił dużo mniej niż ja....
- Wracamy do domu, księżniczko, jutro kolejny występ - zamruczał, ciągnąc mnie w stronę wyjścia. Poddałam się mu, bo byłam zbyt zmęczona na jakikolwiek protest.

Nawet nie wiem, kiedy wysiedliśmy pod domem Joe i weszliśmy do holu. Zawiesiłam swoją ramoneskę na wieszaku i wpatrywałam się w rozwiązującego glany Perry'ego. Kiedy wstał, zupełnie nie myśląc, co robię, zarzuciłam mu ręce na szyję i wpiłam się w jego pełne usta. Był zaskoczony. Odsunął mnie łagodnie i szepnął:
- Ej...nie wolno.
- Dlaczego? - spytałam, po czym skierowałam się do kuchni i podałam mu butelkę Danielsa - Nie dasz rady - prowokowałam go. Dobrze wiedziałam, że da.
- JA NIE DAM RADY?! - oburzył się. Walnęliśmy się na kanapę, a on odkręcił butelkę, która po chwili, już pusta, znalazła się w koszu na śmieci. Był już mniej więcej w takim stanie jak ja...
Patrzyłam na niego żarliwym wzrokiem. Widział to wyraźnie, ale to JA miałam zrobić pierwszy ruch.
Wspięłam mu się na kolana i wpiłam mocno w jego usta. Tym razem oddał pocałunek, a ja totalnie straciłam głowę i kontrolę nad tym, co robię.
Trzymał dłonie w linii moich bioder, a po chwili przesunął je pod moją koszulkę, sprawiając, że przeszedł mnie dreszcz.
Pozwoliłam, by położył mnie na plecach i pozbył się moich górnych ubrań. Ej halo, ja nie myślę trzeźwo... Zaczął naznaczać pocałunkami moją szyję i dekolt, a ja po raz kolejny tego wieczoru pokazałam, do czego jest zdolne moje gardło. Im głośniej jęczałam, tym namiętniej Joe całował...

Nie miałam ochoty bawić się w zdejmowanki - po prostu rozerwałam mu T-shirt, a Perry mruknął ze zdziwieniem, nie protestując jednak. Objęłam go za szyję i pociągnęłam tak, że leżał centralnie na mnie. Poczułam, jak zręcznie odpina mi pasek przy spodniach i zsuwa je z moich bioder. Resztę załatwiłam sama, skopując je na podłogę. Dreszcze ogarniały całe moje ciało, od szyi do stóp.
Joe wziął mnie w swoje umięśnione ramiona i zaniósł do góry, do sypialni. Padliśmy, mocno objęci na łóżko, a on powrócił do delikatnego pieszczenia wargami mojej skóry. Jęknęłam, kiedy poczułam na szyi jego język.
- Jeśli...teraz...przestaniesz...uduszę....cię...od....ra...zu... - wyjęczałam, a gitarzysta zsunął się niżej, na szyję, dekolt, brzuch i podbrzusze. Drżałam na całym ciele, przymykałam oczy w poczuciu cudownej rozkoszy przenikającej każdy centymetr mojego ciała.
Moja skóra płonęła w miejscach, gdzie miała styczność z ustami Joe i jego ciepłymi dłońmi. Był delikatny, a jednocześnie stanowczy, wiedział, co robi.
Z łatwością pozbyłam się jego dżinsów i bokserek, a on, uznając to za przyzwolenie, pozbył się resztek mojej bielizny i wszedł we mnie umiejętnie. Jęknęłam gardłowo.
- Mo...cniej... - posłuchał niemal od razu, wzmacniając ruchy i przyspieszając coraz bardziej. Mój jęk przeszedł najpierw w krzyk, a potem we wrzask rozkoszy.
Pierwszy raz usłyszałam jak Perry się wydziera... Miód na moje uszy...
Nasze głosy zgrały się w jedną, piękną sonatę, a nasze ciężkie oddechy idealnie współbrzmiały ze sobą.

Po jakimś czasie osiągnęliśmy szczyt. Szczyt rozkoszy. Szczyt naszych gardłowych możliwości. Joe wiedział, że nasze gardła mogą tego nie wytrzymać, więc stłumił wrzask namiętnym pocałunkiem. Włożył jeszcze trochę siły w swoje ruchy i doszliśmy równo, razem, opadając z jękiem na poduszki.
- O...Boże...Joey... - wyjęczałam mu prosto do ucha, drżąc pod naporem jego rozgrzanego ciała
- Taa...k...Cass...ie?
- To...było...cudowne...
- Zga...dzam...się... - dyszeliśmy ciężko. Był to jedyny dźwięk przerywający w tym momencie nocną ciszę. Czułam, jak opadam z sił i on chyba też to czuł. Zdążyłam zarejestrować, że nakrył nas kołdrą i objął mnie mocno ramionami. Potem zasnęłam.

sobota, 1 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 16

Minęło kilka dni od naszego pierwszego razu. Nie kochaliśmy się po raz drugi, gdyż w dzień ja nie miałam czasu, a w nocy John...
Meddows mnie dosłownie pokochał, łaził za mną cały czas, a ja się nim opiekowałam.
Akurat siedziałyśmy z Meg w kafejce, kiedy zadzwonił mój telefon
- Halooo?
- CASS! - usłyszałam głos Stevena - PRZYJEDŹ NATYCHMIAST DO SZPITALA NA BAKER STREET!
- Ale o co chodzi?
- JOE UMIERA! - Tyler rozpaczliwie płakał
- COOO? - osunęłam się na ziemię
- Przedawkował heroinę...
- Obiecał z tym skończyć...
- BŁAGAM, PRZYJEDŹ TU!
- Zaraz będę - odparłam, bez wyjaśnienia wybiegając z kafejki. Wskoczyłam do taksówki i podałam adres.
Do szpitala wbiegłam, połykając gorzkie łzy. Od razu zauważyłam Tylera, chodzącego nerwowo po korytarzu.
- Steven! - załkałam, wtulając się w niego - On...on....przeżyje...prawda?
- N....ie...wie...m...oby... - krztusił się od łez
- Gdzie on jest? Chcę go zobaczyć...
- 304...
- Dzięki... - nacisnęłam klamkę i weszłam na salę. Joe leżał pod respiratorem. Jego szczupłe, niemal wychudzone ciało wydawało się jeszcze drobniejsze, miał bladą twarz, był podłączony do respiratora i kroplówki. Podeszłam bliziutko i pogłaskałam go po policzku - Joey...nie umieraj...nie zostawiaj mnie, braciszku... Proszę... Kocham cię jak rodzinę... Znalazłam ci dziewczynę... Perry, no... - nie poruszył się ani trochę. Usiłowałam się nie rozpłakać, jednak po kilku minutach bezskutecznego budzenia go, pozwoliłam sobie na łzy. Wtedy wszedł Steven.
- Nie obudzi się... Siedzę tu od 7 godzin jak go przywieźli... I nic, Cassie, nic! - jeszcze nigdy nie widziałam, żeby facet tak rozpaczał i płakał. Przytuliłam go bez słowa, a Tyler łkał mi w koszulkę.
- On jest mi jak brat...Cass...Jak on umrze...
- NIE MÓW TAK, DEBILU! On się obudzi...Będzie żył...Dajmy mu czas... Steve...Idź do domu, prześpij się...Proszę...
- Dobrze...Ale...Jeśli tylko czegoś się dowiesz... Daj mi znać.
- Obiecuję, że dam. Śpij dobrze - cmoknęliśmy się w policzki i Steven odszedł,  wyraźnie smutny i załamany.


***


Siedziałam przy Joe od 5 godzin, prawie wcale nie opuszczając jego pokoju. Oddychał spokojnie, miarowo, na jego pełnych ustach błąkał się uśmieszek. Był koszmarnie blady, a kości policzkowe zarysowane były bardziej niż zwykle. Kosmyk jego czarnych włosów opadał mu na oczy. Odgarnęłam go lekko i zaczęłam głaskać gitarzystę po policzku.
- Joe, słońce, obudź się... Proszę... - szepnęłam. Wtedy zadzwonił mój telefon.
- Halo?
- Caa...aaa...sss... - usłyszałam jąkający się głos Tylera
- Tak, Steve?
- Jajaja...nie czuję....się...najlepiej...
- Wiem, że brałeś, Steven, siedź w domu - odparłam i odłożyłam zdenerwowana słuchawkę - Oh, Joey, wracaj do nas...tak cholernie mi cię brakuje...poza tym... Rose chce cię poznać! Tak, tak, Perry, znalazłam ci laskę nie z tej ziemi! - mówiłam do niego jeszcze chwilę, po czym zamilkłam i tylko siedziałam, wpatrując się w jego rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową.


W pewnym momencie respirator zaczął straszliwie wyć, wyrywając mnie z letargu. Co się dzieje? Natychmiast przybiegło czterech lekarzy i zaczęło się uwijać wokół Joe.
- Tętno mu spada! - krzyknął jeden z nich, nakładając Perry'emu na usta i nos maskę tlenową. Dwóch pozostałych zajęło się resuscytacją, a trzeci kontrolował respirator. Po kilkudziesięciu niemiłosiernie długich sekundach wszystko się uspokoiło, a ja odetchnęłam z ulgą. Lekarze posłali mi współczujące uśmiechy i w ciszy opuścili pokój.


***


- Tak, skarbie... Nie, nie umieram z głodu... Tak, mam ciepłą bluzę... Jasne, że mam wodę! Tak, czuję się świetnie... Ja też cię kocham... No papa! - schowałam komórkę do kieszeni, zwróciłam wzrok na Joe i krzyknęłam cicho. Perry wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi oczami z leciutkim uśmieszkiem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie miał na sobie koszulki, a jego loki były rozczochrane.




- JOE!?
- Cześć, Cass! - w jego głosie brzmiała energia
- Ty...ty...kiedy....ty... - jąkałam się, zszokowana
- Kiedy rozmawiałaś...Cass, ja...
- Przedawkowałeś, Joe - nachyliłam się nad nim - Mogłam cię stracić... - głos mi się załamał - Nie przeżyłabym tego, wiesz? Nie rób mi tak więcej...
- Nie zrobię - odparł szczerym tonem - Nigdy nie tknę już tego gówna...aaa....to skoro się obudziłem...to może... buziaka na powitanie? - patrzył tak prosząco, że uległam i pocałowałam go delikatnie w usta.
- No, masz co chciałeś, a teraz, Pereira, ruszaj tyłek i spadamy, bo znalazłam ci dziewczynę!
- Ooo! - zaświeciły mu się oczy - Masz jej...
- Zdjęcie? Jasne! - przerwałam mu, wyciągając z torebki fotografię - Masz i się jaraj.



Joe lekko opadła szczęka
- W...ow... - wyjąkał, wgapiając się w zdjęcie - Jak ma na imię?
- Rose...I jest od ciebie młodsza o...czekaj...6 lat. Ona ma 24, ty masz 30 i gra gitara - uśmiechnęłam się - To moja znajoma ze studiów, szaleje za twoją klatą i solówką do 'Dude looks like a lady' - oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a Perry wstał i zaczął udawać top modelkę:
- Bo ja jestem seksi!
- Jesteś! - potwierdziłam, patrząc na jego ruchy - A teraz, modeleczko, załatw sobie wypisik i spadamy.
- Tak jest, kapitanie - posłał mi krzywy uśmiech i o własnych nogach wyszedł z pokoju. Po chwili coś huknęło. Wyleciałam przez drzwi i prawie się posikałam ze śmiechu.
- Joey, ścianą nie przejdziesz! - zgięłam się w pół, patrząc na zdziwionego Perry'ego, który przed momentem wwalił się na ścianę.
- Orientacja w terenie w moim przypadku jest kiepska... - mruknął i obrawszy właściwy kierunek, zniknął mi z oczu. Nagle ktoś zakrył mi oczy dłońmi.
- S...teven? - spytałam niepewnie, odwracając się.
- Cześć, piękna! - cmoknęliśmy się w usta. Nie pytajcie. My się tak witamy - Jak u Joe?
- Właśnie poszedł po wypis.
- OBUDZIŁ SIĘ?!
- Tak! - Steve pisnął z radości.
- MAM! MAM WY... STEEEEVEEEEN! - usłyszeliśmy wrzask Perry'ego i Toxic Twins padli sobie w objęcia. Tyler oparł głowę o ramię Joe i powiedział cicho:
- Myślałem, że mi wykitujesz, stary... Nie rób tak więcej...




- Wiem...Wiem, przepraszam...Już nigdy tak nie zrobię... - odszepnął i chwilę jeszcze stali tak przytuleni. Oni się po prostu cholernie kochali, byli dla siebie jak bracia, byli najlepszymi przyjaciółmi i facetami z jednej kapeli... To oczywiste połączenie: Steven i Joe, Tyler i Perry. Nie było, nie ma i nie będzie innej opcji.


*** DWA DNI PÓŹNIEJ ***


Zostały mi ostatnie 4 dni w Ameryce, postanowiłam więc z zaskoczenia wpaść do Stevena i zerknąć, jak sobie radzi. Nie znalazłam go ani w kuchni, ani w salonie, ani w sypialni, więc machinalnie skierowałam się do studia.
Weszłam tam najciszej jak mogłam. Tyler siedział przy pianinie i śpiewał jakiś nowy utwór. Usiadłam sobie na kanapie i w ciszy przysłuchiwałam się, jak pracuje.

- Now you say you lonely...You cry the whole night through ...Well you can cry me a river...Cry me a river, I cried a river over you... - mówiłam już, że głos mojego brata może doprowadzić do orgazmu? Nie mówiłam? To mówię! Po chwili weszła mocniejsza muzyka i Steve użył swojego 'skrzeczenia'...
- Now you say you're sorry ! For being so untrue, well you can cry me a river , cry me a river, I cried a river over you... - darł się do mikrofonu, a ja siedziałam jak oczarowana. Stevie był jak w transie, nie widział nic poza mikrofonem i pianinem...

Skończył piosenkę i jeszcze chwilę siedział z zamkniętymi oczami, po czym w końcu mnie zauważył.
- Cassie! - ucieszył się, wstając i podchodząc bliżej.
- Steven! - objęłam go za szyję, przytulając się, po czym spojrzałam mu w oczy i spoważniałam - Obiecałeś mi!
- Ale co? - udawał debila
- MIAŁEŚ PRZESTAĆ ĆPAĆ! JA JUŻ NIE WIEM JAK MAM DO CIEBIE MÓWIĆ! PRZYPADEK JOE NICZEGO CIĘ NIE NAUCZYŁ!? ON JUŻ NIE BIERZE, CZYSTY JEST, A TY?! - Tyler położył mi palec na ustach i mocno się przytulił
- Staram się... - szepnął mi do ucha - Tylko jeszcze nie wychodzi jakbym chciał...Daj mi czas, kochanie...Proszę...
- A Emily co na to?
- Ona nie wie...
- Pięknie... - westchnęłam - Steven, jeśli potrzebujesz pomocy, to ja tu zostanę i ci pomogę.
- Serio...?
- Najzupełniej serio.
- To...ja...zostań proszę - spuścił ze wstydem głowę
- Zostanę, skarbie - odparłam z uśmiechem - Masz 32 lata, pora się ogarnąć - parsknął śmiechem na to stwierdzenie - Ale musisz mi obiecać, że nie będziesz mnie okłamywał...
- Obiecuję - odparł poważnie.


***


- Pomóż mu...Ja też się o niego martwię... - mruczał mi do ucha Deaky, tuląc mnie mocno
- Poradzisz sobie beze mnie?
- No ej...Jasne! Radziłem sobie tyle czasu... - westchnął
- Ciii - wpiłam mu się w usta, jednocześnie zdejmując jego T-shirt. Padliśmy na łóżko, całując się coraz namiętniej i urządzając pokaz ciuchowych fajerwerków. Nie musiał robić nic specjalnego... Sam jego najdelikatniejszy nawet dotyk doprowadzał mnie do szaleństwa... Wszedł we mnie mocno. Pierwszy raz podczas tej nocy... Pierwszy, ale nie ostatni...


***


Obudziłam sie rano i z początku nie wiedziałam gdzie jestem. Jasne, panelowane ściany, białe łóżko z narzutą w kwiatki... Ach, dom Stevena!
Zwlokłam się z łóżka, ogarnęłam troszkę włosy i twarz i zeszłam w piżamie na dół, zrobić sobie śniadanie. Nie przejmowałam się brakiem brata - kochał długo spać.
Zrobiłam sobie płatki owsiane z jogurtem i owocami, do tego moje ukochane cappuccino i włączyłam radio, siadając przy stole. Jadłam, wsłuchując się w cichą muzykę i myśląc sobie... Kiedy skończyłam, mój wzrok zatrzymał się na zegarze. 11.34?! Czas wstawać, panie Tyler!

Weszłam po schodach na górę i zapukałam do jego pokoju. Odpowiedziała mi cisza, więc nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka.
- POBUDKA, PANIE TYLER! - zawołałam radośnie, podchodząc do jego łóżka. Nagle mnie zmroziło... PUSTE!?
Przeszedł mnie dreszcz zaniepokojenia. Gdzie on polazł? Zbiegłam do kuchni sprawdzić, czy nie zostawił liściku, że wychodzi czy czegoś w tym stylu, ale nic nie znalazłam... Zajrzałam do studia i do każdego pokoju jaki tu był... Na koniec, zrezygnowana, otwarłam drzwi łazienki na górze i wrzasnęłam ze strachu.
- STEVEN, DO CHOLERY! - podbiegłam do leżącego na ziemi i trzęsącego się w konwulsjach brata - STEVE! STEVEN! CO CI JEST? - płakałam i krzyczałam na niego jednocześnie, ale on nie reagował. Starałam się nie panikować, a włączyć racjonalne myślenie. Po chwili namysłu odkręciłam prysznic i w miarę możliwości wepchnęłam wokalistę pod strumień lodowatej wody. Zakrztusił się niemal od razu, więc podtrzymałam mu ręką głowę, oddychając szybko. Po chwili drgawki ustały, a on otworzył oczy. Zakręciłam wodę i spojrzałam na niego, przerażona. Steven przetarł twarz. Widać było, że usilnie próbuje coś sobie przypomnieć.
- Co...się....stało...? - spytał. Drżał mu głos.
- To ja się ciebie, idioto, pytam! Przestraszyłeś mnie śmiertelnie! - przytuliłam jego mokrą głowę do moje szyi i powstrzymywałam z trudem łzy - Chodź - pomogłam mu wstać, zaprowadziłam go do jego sypialni i w miarę asystowałam przy przebieraniu mokrej koszulki, żeby się nie przewrócił, bo był jeszcze dość osłabiony. Po wszystkim walnął się na wznak na łóżko, a ja usiadłam przy nim.
- Steven...co się stało? Powiedz mi, martwię się... - chwyciłam jego chłodną dłoń, patrząc z troską
- To gówno...mnie...trzyma...
- O czym ty mówisz?
- To gówno... - powtórzył - Ciągnie mnie na dno...coraz niżej... - słuchałam go w milczeniu - Perry w czas się wykaraskał...na mnie już za późno...
- Stevie...Nie mów takich rzeczy...Ja ci przecież pomogę...
- Ale ja MUSZĘ to brać...Inaczej...Nie funkcjonuje...
- Nie musisz, Tyler. Nic nie musisz. Możesz albo i nie. Narkotyki nie sterują twoim życiem, tylko ty sam. Ty pociągasz za sznurki, wiesz, takiej marionetki.
- Ale to hera ma stery... - odparł, wycieńczony
- Śpisz? - spytałam jeszcze, ale mój brat padł jak mucha. Przeczesałam palcami jego włosy, wzdychając cicho.


***


- Jesteś od tego silniejszy... Słyszysz mnie? - stałam nad rozdygotanym Tylerem. Siedział za podłodze w łazience z naładowaną strzykawką w ręce i zaciśniętym na ramieniu paskiem. Usilnie walczył, żeby nie wziąć, ale powoli się łamał... - SŁYSZYSZ MNIE, TYLER? Nie pozwalaj tej szmacie tobą rządzić! - 'ta szmata' to oczywiście heroina - Jesteś silny i dasz radę! Odłóż - mówiłam spokojnie i z opanowaniem - Odłóż to, Steven. ODŁÓŻ! - mój głos zrobił się bardziej stanowczy. Steven wyglądał jakby się zaraz miał rozpłakać, więc zmieniłam taktykę - Proooszę, Stevcio... Zrób to dla swojej siostrzyczki! - wokalista był u kresu swojej wytrzymałości, trząsł się jak przy ataku padaczki... Po kilku sekundach wbił igłę w wysuniętą żyłę, nacisnął tłoczek strzykawki i... po prostu się rozpłakał. Podeszłam do niego, bez słowa mocno go obejmując.
- Ciii, nie płacz, kochanie...Nie płacz...
- Jestem...życiowym...przegrywem... - łkał spazmatycznie
- Nie jesteś, Steven! Jedna przegrana nic nie mówi, następnym razem się uda...No już, już dobrze... - oparłam jego głowę o swoją klatkę piersiową i głaskałam go uspokajająco po włosach - Daj to - wzięłam mu zakrwawioną strzykawkę i wrzuciłam do kosza stojącego obok mojej nogi - Kocham cię bardzo mocno, wiesz?
- Wii..eee...m...a ja....ciągle....zawodzę... - zawył, a mi aż ścisnęło się serce
- Nie mów tak...Jesteś cudownym bratem, najlepszym jakiego mogłam mieć!
- Na...na...naprawdę? - podniósł pytająco wzrok
- Naprawdę, Steven. No, już, ogarniamy się, ok? - pomogłam mu wstać z podłogi i rozpiąć pasek na ramieniu
- Wiesz co, Cass? - zagadnął, przytulając mnie do siebie
- Hmmm?
- Codziennie dziękuję Bogu, że cię mam. Że mam taka cudowną siostrę - cień uśmiechu przebiegł po jego twarzy
- Cudowny bracie, idziemy zjeść coś słodkiego? - spytałam słodkim głosem
- Tak, cudowna siostro - odparł w ewidentnie lepszym humorze i razem zeszliśmy na dół, do kuchni.


***


Mijał dzień za dniem, a Steven coraz bardziej się staczał po równi pochyłej. Co dzień uczestniczyliśmy oboje w walce, w łazience, a on co dzień przegrywał ją coraz szybciej. Patrzyłam na to z coraz większym bólem. Już nawet Perry nie wiedział co zrobić, choć pytałam go miliardy razy...

- Steven, nie wiem co ja ci mam powiedzieć... ODŁÓŻ TĄ CHOLERNĄ STRZYKAWKĘ! - wydarłam się, choć wiedziałam, że to nic nie da. Tyler płakał, dając sobie w żyłę. Zauważyłam, że heroiny było dwa razy więcej niż zwykle - Steven, kurwa, ja cię tracę! - rozpłakałam się głośno, padając na kolana - To cię zabija! - patrzyłam jak wokalista usiłuje o własnych siłach wstać z podłogi. Nie było szans.
- Po...móż....mi.... - wychrypiał, chwiejąc się. Wstałam i płacząc głośno, zaprowadziłam go tam, gdzie chciał - do studia. Padł na stołek przy pianinie i myślał dłuższą chwilę.
- Co chcesz zagrać? - spytałam drżącym głosem
- Dream...on...
- E-mol... E-mol 7... E-mol 6... i A-mol 6 - podpowiedziałam łagodnie, układając mu palce do pierwszego akordu. Zaczął grać... O dziwo, po pierwszej linijce, poszło mu jak po maśle. W pewnej chwili przestał, jakby zapomniał tekstu.
- Every time...when I look in the mirror... - zaczęłam, a on dołączył się po chwili. Kiedy doszło do 'wrzeszczących' partii, umilkłam, dając mu pole do popisu.
- DREAM ON!
- Steven, przestań... - powiedziałam, a wokalista umilkł posłusznie - Ty już nie śpiewasz, Steve, ty już nie potrafisz - wiedziałam, że go ranię, ale miałam to gdzieś - Nie zagrasz już nic, Steven. Nie zaśpiewasz. BO NIE UMIESZ! BO TO GÓWNO CI WSZYSTKO ZNISZCZYŁO! - po raz pierwszy wygadany Tyler milczał - STEVEN, TO TRWA OD PRAWIE DWÓCH MIESIĘCY! DO KIEDY BĘDZIESZ ĆPAĆ!? AŻ ZDECHNIESZ W JAKIEJŚ NORZE?! - wybuchnęłam taką złością, jak chyba jeszcze nigdy - PRZEDKŁADASZ JAKIEŚ ZJEBANE PROCHY NAD KARIERĘ? NAD DZIEWCZYNĘ?! NADE MNIE?! NAD PERRY'EGO?! JESTEŚ PRZEGRANY, TYLER! - wrzasnęłam mu prosto w twarz - JESTEŚ ZEREM! PIERDOLONYM ZEREM! - uderzyłam go w policzek. Nie poruszył się. Uderzyłam po raz drugi, mocniej, z całą wojskową siłą, aż mu głowa odskoczyła do tyłu. Oddychałam z wściekłością, nie panując nad sobą zupełnie - JESTEŚ Z SIEBIE ZADOWOLONY, SKURWYSYNIE?! - wymierzyłam mu jeszcze jeden policzek. I jeszcze jeden. W tej chwili ktoś mocno złapał mnie za nadgarstek.
- Cassie... - usłyszałam łagodny głos Joe - Nie bij go...
- ZASŁUŻYŁ SOBIE! - wyrwałam się gitarzyście, spychając Stevena z krzesła. Byłam w furii, dostałam takiego szału, że nie byłam zdolna się pohamować...
Chwyciłam Tylera za koszulę i rzuciłam nim o ścianę, po raz kolejny bijąc go w twarz - JESTEŚ MOIM PIERDOLONYM DO CHUJA PANA BRATEM! I CIĘ KURWA MAĆ KOCHAM! - zamachnęłam się ręką, lecz Perry mocno mnie odciągnął i trzymał w swoich silnych ramionach.
- Nie krzycz...Uspokój się, Cass... - szeptał, a ja trzęsłam się ze złości. Steve zjechał plecami po ścianie, chowając twarz w dłoniach.
Joe odwrócił mnie twarzą do siebie
- Już lepiej? - spytał spokojnie, a ja wybuchnęłam płaczem, wtulając się w jego tors.
- Joeeeee... - puściły mi nerwy - Ja nie chcę żeby on umieraaaał! - wyłam, a gitarzysta tulił mnie do siebie, kołysząc delikatnie
- Pójdzie na odwyk.
- Hm? - podniosłam głowę - Jak to?
- Tak to. Ultimatum. Albo idzie na odwyk, albo wypierdala z Aerosmith - powiedział poważnie - Po twoim dzisiejszym wybuchu...Zobaczysz, sam pójdzie.
- On nawet śpiewać już nie umie...
- Wiem, ja wszystko wiem...Ciii....Już dobrze, kochanie... - zaczął mnie głaskać po głowie - Chodź, zostawmy go...Chodź, Cassie, chodź... - zaprowadził mnie na dół, ubrał mi kurtkę i wziął za rękę - Jedziemy do mnie.
- Dobrze... - odparłam ze spuszczoną głową.


- Chcesz kawy? - spytał, kiedy już staliśmy u niego w holu. Pokręciłam głową - A może się prześpisz?
- Tak - odparłam cicho - Ale ty ze mną.
- Dobrze - ponownie splótł swoje palce z moimi i poszliśmy do jego sypialni. Położyłam się wygodnie na jego dużym łóżku
- Chodź tu - zażądałam
- Ale...jak to?
- No jak to kurwa! NORMALNIE! KŁADŹ SIĘ I MNIE PRZYTUL DO CHUJA!
- No już, już, nie denerwuj się - wymruczał łagodnie, kładąc się obok mnie. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, a on objął mnie ramionami i tak zasnęliśmy...

poniedziałek, 24 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 15

Ten rozdział dedykuję Hate. - najlepszej komentatorce ever forever XDDDDD


****

- WLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLLL! - udawał silnik Meddows, kiedy ja popychałam pociąg po stoliku w restauracji  - Patrz, Cassie, on na tym torze pędzi szybko i ma napędowy silnik i lusza szybko!
- A wiesz, że ten pociąg jest zaczarowany?
- ZACZALOWANY? - zdziwił się mały
- Mhm! On umie latać! - odparłam, krążąc lokomotywą w powietrzu
- Ale supel! Ciociu, ale on nie ma sksydeł, nie moze latać - posmutniał
- On ma niewidzialne skrzydła, skarbie - wylądowałam maszyną na stole - Spróbuj.
- Jeeej! - ucieszył się Meddie, unosząc pociąg w powietrze - Udało się!
- Mówiłam! - w tej chwili poczułam klepnięcie w ramię
- Cassey!
- Meg! Już wróciłaś?
- Mama! - Meddows wstał i wtulił się w ramiona pani Taylor, po czym wrócił do zabawy
- Wiesz... Rozmawiałam z Rogerem... - zaczęła
- No?
- John coś przebąkiwał o oświadczynach...
- CO!? My jeszcze nawet... - spłonęłam rumieńcem
- Co?  
-  My się jeszcze nigdy... - zniżyłam głos do szeptu - Nie kochaliśmy...
- CO?! - Megan była wyraźnie zaskoczona - Ani razu?!
- Jestem...ten...wiesz.
- Bez kitu, Cass. Masz 23 lata i nigdy nie uprawiałaś seksu?!
- To takie dziwne? - przewróciłam oczami - Byłam 6 lat w wojsku...
- No dobra, ale skoro mieszkanie w jednym pokoju i śpicie w jednej sypialni... Myślałam, że już przy pierwszej nocy cię przeleci! - zbyłam to milczeniem - Cassey... - Meg popatrzyła mi w oczy - Wy jesteście ze sobą na poważnie czy nie?
- No...ja...my...na poważnie... - wyjąkałam cicho
- Naturalna kolej rzeczy. Przytulacie się, całujecie, kochacie, bierzecie ślub i macie dzieci - wyliczała łagodnym tonem - Chyba, że nie chcesz...
- Mam jeszcze w głowie ten gwałt wtedy... - spuściłam wzrok
- To jest coś całkiem innego. To nie boli...to...to jest zajebiste uczucie, uwierz mi na słowo. Cass, ja chcę ci pomóc... On też już tego chce. Roggie mówi, że gadali na ten temat. John cię nie pospiesza, ale już chce tego - kiwnęłam lekko głową i szepnęłam:
- Mam się zmusić, bo on tego chce tak?
- Nie, słonko, to nie tak... - westchnęła - Kochasz go?
- Bardzo!
- Nie wiem co mam ci jeszcze powiedzieć... Gdyby nie to... - spojrzała na Meddiego - Nie miałabym mojego skarbu...Poza tym seks umacnia jeszcze bardziej więź między parą...Wiesz...To jest zaufanie do drugiej osoby...No i przyjemność sama w sobie - uśmiechnęła się - Ale ja cię nie poganiam. Zrobisz to, co uważasz za stosowne. Ok, idę do Rogera, wystarczająco długo siedziałaś z małym. Chodź, skarbie, idziemy - wzięła blondasia na ręce, całując go w policzki - Mój kochany synuś. Masz okulary i pociąg?
- Mam!
- A fajnie było z Cassie?
- Fajnie! A...mamo?
- Hm?
- Mogę też jutlo się bawić z ciocią Cass?
- Jeśli ciocia zechce....
- Jasne! - zgodziłam się - To w takim razie do jutra, Med!
- Doblanoc ciociu! - pomachał mi i zniknął z mamą w windzie. Ja zamówiłam sobie lampkę wina i piłam powolutku, opierając policzek o pięść i patrząc w okno. Myślałam o wszystkim i o niczym jednocześnie... W pewnej chwili ktoś usiadł obok mnie.
- Hej, skarbie - wymruczał John, obejmując mnie w pasie - W porządku?
- Mhm - odparłam, nadal wpatrując się w widok za szybą - Deaky?
- Tak?
- Czy ze mną jest coś nie ten teges?
- Dlaczego tak myślisz?
- Pytam tylko. Powiedz mi.
- Wszystko jak najlepiej.
- Nie jestem taka jak wszystkie inne kobiety...
- Jesteś wyjątkowa, słońce. I to jest piękne - odwróciłam się i napotkałam jego czułe spojrzenie
- Tak sądzisz?
- Tak sądzę. Zamówimy sobie wino? - w odpowiedzi pokazałam mu pusty kieliszek - Oj tam, od dwóch się nie upijesz... - położył dłonie na moich ramionach - Jakaś spięta jesteś...
- Nie wiem...
- Coś się stało?
- Nie, właśnie nic... Wiesz, dużo nosiłam Meddowsa, może dlatego... - John uśmiechnął się i poszedł bo wino. Po chwili wrócił z butelką i dodatkowym kieliszkiem. Nalał nam obojgu i pogłaskał mnie po policzku.
- Wiesz, że zostaliśmy tu sami? - obejrzałam się. Faktycznie, restauracja była już pusta.
- Która godzina?
- 22...
- CO!? Tak długo tu siedzę? Wow... - zamyśliłam się, popijając pomalutku z lampki. Spięte mięśnie karku i pleców zaczęły dawać się we znaki, bolało troszkę...
- Nalać ci jeszcze? - spytał, a ja bez słowa podstawiłam mu kieliszek. Może się troszkę rozluźnię...
- Idziemy na górę? - zaproponował po 3 kieliszku
- Tak, chodźmy - wstałam i syknęłam
- Co jest?
- Boli... - poruszałam ramionami
- Zaraz przestanie - odpowiedział, otwierając drzwi. Weszłam od razu do sypialni, rzucając torebkę na szafkę i położyłam się na brzuchu z cichym jękiem. Ałłłłć...
- Zdejmij koszulkę - usłyszałam tuż przy uchu
- Hmmm?
- No zdejmij, chcę ci to rozmasować...
- Ah... Jasne! - zdjęłam T-shirt i pozwoliłam Johnowi 'naprawiać' moje spięte do maksimum mięśnie. Kilkanaście minut później wszystkie skurcze puściły, a ja odetchnęłam z ulgą.
- Lepiej?
- Mhmmm... - odwróciłam się na plecy - Chodź tu... - przyciągnęłam go do siebie - Dziękuję...
- Nie masz za co - odparł, a ja wpiłam mu się w usta w ramach podziękowania. Oplotłam mu ręce wokół szyi, a on delikatnie wodził palcami po moim brzuchu. Przeszedł mnie miły dreszcz; westchnęłam cichutko, przygryzając mu wargę. Przypomniały mi się słowa Meg: "Seks umacnia jeszcze bardziej więź między parą...To jest zaufanie do drugiej osoby...No i przyjemność sama w sobie"...
 Wsunęłam mu dłonie pod koszulkę, zdejmując ją z łatwością. Był zaskoczony, ale nie chciał dać tego po sobie poznać...
Powoli zsunął się wargami na moją szyję i niżej. Jęknęłam cicho. Wcześniejszy strach ustępował ze mnie, a na jego miejsce pojawiło się coś innego... Coś, co według słownikowej definicji zwie się pożądaniem...

- Cassey...? - mruknął cicho
- Mhmmm?
- Nie musimy jeśli nie chcesz...
- Ciiii... Nie przerywaj... - odszepnęłam, lekko odchylając głowę. John obcałowywał delikatnie moją szyję i dekolt, a ja jęczałam cichutko. Położył ręce na moich plecach, rozpinając zapięcie stanika. Nie zaprotestowałam. Pocałował mnie mocniej, po czym delikatnie zdjął najpierw swoje spodenki, a potem moje dżinsy i 'bokserki'. Pierwszy raz byłam naga przed facetem...
- Ja... ja... - jąkałam sie szeptem
- Tak, skarbie?
-  Ja jeszcze... ja... nigdy... tego...
- Ciii - położył mi palec na ustach - Wiem. Będę ostrożny, obiecuję... Nie zrobię ci krzywdy.
- Ufam ci... - odparłam. Deaky objął mnie mocno w pasie i bardzo powoli we mnie wszedł, a ja jęknęłam cicho.
- W porządku?
- Jak...naj...bar....dziej... - przyspieszył trochę, a ja jęknęłam głośniej. Po chwili również on zaczął jęczeć, a kiedy zaczął robić to mocniej, błogosławiłam te cholernie grube drzwi za to, że nie słychać przez nie naszych wrzasków.
Po kilkunastu minutach poczułam milutkie gorąco w podbrzuszu i aż westchnęłam.
- O Jezu, jak dobrze...
- Tak? - spytał, tuląc mnie to siebie
- Mhm.... było pięknie - wyszeptałam, całując go w usta - Wybacz mi, że... że tak długo z tym zwlekałam... - pogłaskał mnie po włosach, uśmiechając się czule.
- Czekałbym tyle ile byś potrzebowała...
- Wiem, ale... - przerwał mi namiętnym pocałunkiem
- Żadnego ale, kochanie - patrzyłam w jego cudowne, ciemnozielone oczy i dosłownie wymiękałam. Objęłam rękami jego twarz i po chwili znowu całowaliśmy się jak szaleni. Oddychałam szybko pod delikatnym naporem jego rozgrzanego ciała i przymykałam z rozkoszą powieki. Już wiem, kto jest mężczyzną mojego życia.


***


- Czyli krótko mówiąc kochaliście się w końcu?
- Mhmmmm... - przebudziłam się, słysząc rozmarzony ton Johna i delikatny głosik Megan
- I jak?
- Zajebiście... Wiesz, Meg, ja...
- Hm?
- Chciałbym mieć dzieci z Cassie...
- Nie mów jej o tym. Jeszcze za wcześnie.
- Wiem, wiem... Ale chciałbym... kiedyś...
- Kiedyś na pewno, Deacks!
- Mówisz?
- Jasne! Przecież ona jest w tobie po uszy zakochana!
- A jakbym...się...oświadczył?
- Nieee. Za wcześnie, za wcześnie, ona się nie zgodzi. John. Ja wiem, że ty jesteś zabujany totalnie, wiem, że ją kochasz, ale daj jej czas... Dopiero się pierwszy raz kochaliście. Nic na siłę. Proszę cię.
- Dobrze. Poczekam. Czekałem już tyle lat, poczekam nawet drugie tyle. Jestem cierpliwy.
- No i pięknie. Dobra, spadam, zaraz obudzą się Meddows i Rog, także wiesz... Na razie!
- Hej, Meg! I...dzięki
- Nie ma sprawy! - odparła i usłyszałam zasuwanie drzwi. Odczekałam chwilę i uniosłam się na łokciach, uśmiechając się słodko.
- Czeeeść, kochanie! - przywitałam się, a Deaky podszedł i położył się obok mnie
- No heja - odparł i pocałował mnie namiętnie - Jak się spało?
- Cudownie... Bo z tobą! - uśmiechnął się leciutko
- Cieszę się... wiesz... dobrze, że cię mam - oparłam głowę na jego klatce piersiowej
- Mi też dobrze z tobą...ale jest jeden mankament.
- CO?! JAKI?! - zaniepokoił się
- Głodna jestem... - zaśmiałam się z jego wystraszonej miny
- Awh.... - odetchnął - Więc chodźmy na śniadanie!
- Nie chce mi się ruszyć tyłka - odparłam z szerokim uśmiechem, jednak po chwili wstałam i wyjęłam z szafy skórzane szorty, koszulkę z The Ramones i trampki, ubrałam się i przeczesałam grzebieniem włosy.
- Chodź, kochanie, bo umrę z głodu - jęknęłam
- Idę, idę - wziął mnie za rękę i na wyścigi zbiegliśmy po schodach. W restauracji natknęliśmy się na rodzinkę Taylorów, Mayów i Freda.
- Heeeej! - posłałam im słodki uśmiech po czym poszłam zamówić tosty i kawę. Kiedy podeszłam z tacą do stolika, Meddows ożywił się znacznie.
- CIOCIAAAA! - wykrzyknął, uciekając mamie z kolan i rzucając mi się w ramiona. Widząc to, Meg i John wymienili znaczące spojrzenia. Udałam, że tego nie widzę i zagadałam do Meda:
- Jak śniadanko?
- Bleeeee. Mama mi dała jakąś niedoblom kaske, a fe - skrzywił się, na co wybuchnęłam śmiechem
- Niedobra była?
- Fuuuuuuj.
- A może chcesz skosztować moich tostów z masłem orzechowym?
- Ozechowym? - zaciekawił się, więc dałam mu skosztować - To jest pycha!
- To wcinaj! - włożyłam mu do rączki i patrzyłam jak zajada, a sama piłam sobie kawę. Kątem oka zauważyłam Johna i Meg szepczących coś z głowami blisko siebie, ale nie zwracałam na to uwagi.
- Cassie, a tata mówił, że poznasz mnie ze Stevenem Tylelem i Joe Pellym!
- Pewnie, pójdziemy do nich po śniadaniu!
- Dobla! A kupis mi znowu lody tluskawkowe?
- No ba!
- Oj, Cass, za bardzo go rozpieszczasz - uśmiechnęła się pobłażliwie Megan
- Nieprawda - odparłam z uśmiechem, przeczesując Meddows'owi włosy.
- Byłabyś dobrą matką - dodała Meg
- A weź... Dobra, Med, idziemy do mojego braciszka - wstałam, wytarłam małemu Taylorowi buzię i już miałam wychodzić, kiedy John pociągnął mnie na swoje kolana.
- Bez buziaka nie pójdziesz - mruknął mi do ucha
- Niech będzie - pocałowałam go mocno, wzięłam Meda za rączkę i poszliśmy spokojnym krokiem do domu Tylera.
- Ciociu?
- Tak Meddie?
- A dlacego ty nie masz swojego dzidziusia? - spytał naturalnym tonem, a mnie zmroziło
- Bo...ja...nie mam tatusia do tego. Żeby mieć dziecko, musi być tatuś i mama.
- A wujek John? Kochasz go psecież.
- Tak, ale... To nie jest mój mąż. Czyli nie możemy mieć dzieci.
- Ale ja chcę kolegę do zabawy... - posmutniał. Dżizas, Rog, zrobiłeś cholernie inteligentne stworzonko...
- Może kiedyś... Patrz, samolot!
- GDZIE, GDZIE? - zaczął się ekscytować.

W końcu dotarliśmy do Stevena. Tym razem zapukałam... Otworzył nam uśmiechnięty, w dobrej formie.
- Cass, kochanie! - cmoknął mnie w policzek - A to kto? Cześć mały - przykucnął, podając mu rękę - Jestem Steven Tyler, a ty?
- Meddows Taylol - odparł poważnie
- Miło mi. Nono, Roger dorobił się pięknego potomka - pogłaskał małego po główce - Wchodźcie, wchodźcie.
- Jest Perry? - spytałam
- Zaraz powinien się zjawić. Czego się napijecie?
- Kawy proszę... A małemu sok.
- Pewnie! Zostałaś ciocią, co?
- Mhm...
- Teraz czekam aż mi przyprowadzisz swojego maluszka... Chcę być chrzestnym!
- Steven... - trąciłam go łokciem - Mów lepiej jak z Emily!
- A... - spłonął rumieńcem - Była u mnie....na noc...
- TO ŚWIETNIE! Jesteście parą?
- TAK! - pisnął z radości
- Gratulacje! A... Perry kogoś w końcu ma?
- Nieee... Martwi mnie to trochę...
- Mnie również... Kogoś mu znajdę... Zaraz, gdzie Me... STEVEN, PATRZ! - mały wspiął się na stołek i naciskał paluszkiem klawisze pianina. Steve uśmiechnął się ciepło.
- Też chcę takiego słodziaka... - rozmarzył się. Wtedy wszedł Joe. Widząc Meddowsa, niemal do niego podbiegł i zaczął go rozśmieszać. Po chwili maluch śmiał się na całe gardło, a Perry z szerokim uśmiechem łaskotał go po brzuszku.
- Dobry z niego facet... - zamyśliłam się - Byłbym świetnym ojcem...
- Pewnie. Tylko kobiety mu brakuje... - westchnął wokalista. Patrzyliśmy w zamyśleniu na tą dwójkę, popijając kawę.
Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Steven ze zdziwieniem podszedł i nagle usłyszałam jego rozanielone szczebiotanie:
- Emily! Jeeeej, jak miło, że przyszłaś! Poznam cię z moją siostrą, jest akurat u mnie.. - wszedł do pokoju, trzymając za rękę śliczną dziewczynę - Emily. Opadła mi szczęka. ALE ONA ŚLICZNA. Uśmiechnęła się nieśmiało.
- Em, to jest moja siostra, Cassie, a to jej siostrzeniec, Meddows - pokazał palcem na syna Rogera i Meg
- Cześć... - Emily miała delikatny, cichy, melodyjny głos
- Hej, jestem Cassandra, ale mówią mi Cass albo Cassie - podałam jej rękę
- Emily - odparła z uśmiechem
- Czego się napijesz, kochanie? - szczebiotał nadal Tyler
- Soku, Stevcio - ojej, jak słodko
- Steve...to wy sobie z Emily pogadajcie, a ja wezmę Meddowsa i Joe na spacer - zaproponowałam, a Tyler podziękował mi wzrokiem
- Jasne!
- JOE! MED! IDZIEMY SIĘ PRZEJŚĆ! - zawołałam, a po chwili zjawili się Joe i Med siedzący na jego barkach.
- Nie noś go, Joey...
- Kiedy ja chcę - odparł, wychodząc na zewnątrz, a ja szłam za nim - Chodźmy na plac zabaw, on się pobawi a my pogadamy - podsunął pomysł Joe
- Zgoda! - szliśmy ramię w ramię, a Meddie śmiał się głośno. Chyba mu się podobało.

W końcu doszliśmy na plac zabaw i puściliśmy Taylora juniora do piaskownicy, a sami usiedliśmy na ławce.
- Wiesz, Cass...Chciałem... Chciałem cię przeprosić.
- Za co, Joe?
- Zachowałem się jak chuj... Wiesz, wtedy, na weselu...
- A weź, zapomnijmy o tym...
- Serio?
- Mhm - uśmiechnęłam się do niego - Chcę twojej przyjaźni, jasne?
- Jasne! Bądźmy jak brat i siostra, wiesz o co chodzi?
- Wiem, Joe! Dobry pomysł! A ten... mam pytanie.
- Wal.
- Dlaczego nie masz dziewczyny? - gitarzysta spuścił wzrok
- Nie ma fajnych kobiet...
- Co ty mówisz!
- No serio... - usłyszałam żałość w jego głosie
- Znajdę ci kogoś.
- Tak...?
- Tak. Mam tylko jeden warunek.
- Jaki?
- Kończysz z ćpaniem RAZ NA ZAWSZE.
- Zgoda.
- Tak?
- Tak, siostro!
- Dobrze, bracie! - przybiliśmy sobie piątkę z uśmiechami


*** JOHN ***


Nie wierzę, że dała mi się przelecieć... Chociaż 'przelecieć' to złe słowo... Nie wierzę, że się kochaliśmy, o tak. Teraz tylko muszę się jej oświadczyć, ożenić się z nią i... Ale chwila, chwila... Co by było gdyby...była...W CIĄŻY? To jest dobre... Tylko, czy mnie nie znienawidzi... Może lepiej poczekać? Może lepiej mieć dziecko w odpowiednim czasie? Albo faktycznie tak z buta, bez zapowiedzi i czekać na rozwój wypadków?
Sam już nie wiem...
Cholera, kobiety to jednak serio są ciężkie do zrozumienia.





Queen rules, rules of music - PART 14 [część 2]

Stałam na środku pokoju i dosłownie się we mnie gotowało.
- MIAŁEŚ GO NIE ZAPRASZAĆ, TYLER! - wrzasnęłam z nutką histerii w głosie
- NIE ZAPRASZAŁEM GO! - odwrzasnął. Skierowałam wzrok na Joe. Wyglądał... dziwnie. Jak nie on. Miał mocno zwężone źrenice, zataczał się lekko i patrzył niewidzącym wzrokiem. To mnie zaniepokoiło. Podeszłam do niego bliziutko
- ...Joe? Joe. JOE! - nawet nie podniósł wzroku - Steven... jco mu jest?
- To co nam wszystkim - odparł, popychając ciało gitarzysty na kanapę
- To znaczy? - nic nie rozumiałam
- Oh, skarbie, ty nic nie wiesz... - spojrzałam w oczy Stevenowi. Jego źrenice były tylko lekko zwężone, ale nadal nienaturalnie - Chodź, pokażę ci - poszłam za nim pełna niepokoju. Tyler wszedł do łazienki, wyraźnie trzęsły mu się dłonie. Wyjął zza ubikacji woreczek z białym proszkiem, zapalił świeczkę stojącą na półce, wysypał proszek na łyżkę i zaczął podgrzewać. Patrzyłam na to z otwartymi szeroko oczami, nie rozumiejąc nic a nic.
Kiedy substancja na łyżce była już płynna, Steve przelał ją do strzykawki i podał mi pasek od spodni
- Zaciśnij mi go tu - pokazał miejsce nieco nad łokciem.
- Po co...? - głos mi się trząsł
- Proszę - jęknął - Zrób to... - posłusznie zapięłam mu pasek na ramieniu - Ale mocniej! Żeby żyły wyszły! - natychmiast ścisnęłam klamrę bardziej, drżąc ze strachu. Steven wkuł się igłą w żyłę i nacisnął tłoczek strzykawki. Jęknął z rozkoszy, kiedy zawartość strzykawki wpłynęła do jego krwiobiegu.
- Ste...ven...? - wokalista Aerosmith dyszał ciężko - Steve, co jest? Potrzebujesz lekarza?
- N... nie... słonko... wszystko w porządku... - siedział jeszcze chwilę po czym wstał - Jest świetnie! - posłał mi uśmiech
- Co to...? - pokazałam ręką na strzykawkę
- N... no leki.
- Leki?
- Tak.
- Na co? Perry tez to bierze?
- Tak, to... osłonowe. Wiesz.... dużo pijemy...
- Dziwne dawkowanie...
- Pasek zapinam, bo mam głęboko żyły i nie trafiam - skrzywił się
- Ah... rozumiem - uśmiechnęłam się - Idziemy posiedzieć z Joe?
- Możemy... nie jesteś zła na niego?
- Ile jeszcze mam być zła?
- Racja... - poszliśmy z powrotem do salonu. Perry był już w miarę przytomny. Wstał i podszedł do mnie.
- Yhm... hej...?
- Cześć, Joey - odparłam, wtulając się w niego - Stęskniłam się.
- Ja... ja też, mała. Ja też - usiedliśmy obok siebie a Tyler przyniósł piwo i popcorn.
- Obejrzyjmy coś! - zaproponował i odpalił jakiś film akcji. Kocham filmy. Już po mnie na resztę wieczoru.


***


- Przyjdę jutro, bo dziś było genialnie... Zaproś też Joe!
- Jednak?
- Tak! - cmoknęłam brata w policzek - Dzięki za wszystko i do jutra!
- Pa, kochana! - pomachał mi Steven i odjechał z powrotem do domu. Weszłam do pokoju, przejeżdżając kartą magnetyczną po czytniku.
- Jestem! - krzyknęłam, a po chwili pojawił się obok mnie John.
- Czeeeeść, kochanie - zamruczał, obejmując mnie mocno. Wtuliłam się w niego.
- Jak było u Stevena?
- Jak było na próbie? - spytaliśmy jednocześnie i jednocześnie wybuchnęliśmy śmiechem
- Udała się... Wszystko gra - powiedział John
- Aaa, to my oglądaliśmy film i gadaliśmy - odparłam - Poszłabym się wykąpać...
- Jasne! Poczekam... no. Poczekam - uśmiechnął się, a ja weszłam do łazienki. Napuściłam wody do wanny i zanurzyłam się po szyję. O raaaaaaaaaany jak dobrze...
Po niemal godzinie wyszłam z łazienki w damskich bokserkach i starej koszulce AC/DC służącej mi za górę do spania. John podniósł głowę i uśmiechnął się. Siedział w spodenkach, bez koszulki i czytał jakąś książkę.
- Jak kąpiel?
- Awh... Cudownie! Od lat nie kąpałam się inaczej niż pod prysznicem!
- Yhm...ja...ten...idziemy spać?
- Zgaś światło...
- Dobrze - wstał i nacisnął wyłącznik. W pokoju zapanowały ciemności. Deaky położył się obok na materacu, a ja przysunęłam się do niego. Leżeliśmy chwilę, po czym basista oparł się na łokciach i nachylił nade mną. Oplotłam rękami jego szyję i zaczęliśmy się namiętnie całować. Po chwili zręcznie złapał mnie w talii i nagle to ja leżałam na nim. Zrobiło mi się niesamowicie gorąco...
Zsunął się ustami na moją szyję, a ja jęknęłam cicho. Awh....
- Cassie...? - szepnął, wsuwając leciutko ręce pod moją koszulkę.
- T...ak?
- Chcesz tego...? - jego ton nie był naglący, nic z tych rzeczy. On pytał mnie o zgodę. PYTAŁ.
- Ja....ja....John, ja...
- Nie?
- Za wcześnie... - odsunęłam się od niego - Przepraszam...
- Jasne... - w jego głosie słychać było autentyczny smutek. Cassie, ty debilko!
- Wybacz...
- Nie, w porządku... Poczekam ile będziesz chciała... - pokiwałam głową i odwróciłam się do niego plecami. Było mi cholernie wstyd... jednak John objął mnie ramieniem i tak zasnęliśmy...


***


Po południu poszłam sobie z buta do Stevena. Otworzyłam drzwi (w końcu to mój brat!) i poszłam do salonu.
- Cześć, Ste... O BOŻE! - wrzasnęłam ze strachu. Tyler leżał na ziemi, lewa ręka krwawiła mu okropnie, a prawą usiłował trafić strzykawką w żyłę. Pasek miał zapięty byle jak, widać, że się spieszył...
Wtedy do mnie dotarło. W wojsku o tym nie słyszałam... ale rodzice opowiadali co nieco. Resztę sobie właśnie uświadomiłam.
Mój brat był na głodzie.
Podbiegłam do niego, siłą wyrywając mu strzykawkę z na wpół bezwładnej dłoni.
- Steven... Steven! TYLER, DO CHOLERY! - brutalnie uniosłam mu głowę. Nie kontaktował. Płacząc, zacisnęłam pasek na jego ramieniu i jednym ruchem wprowadziłam narkotyk do żyły. Po chwili z bladego, zrobił się normalnego koloru, oddech mu się wyregulował i zaczął ogarniać.
- Steven! - wrzasnęłam histerycznym tonem
- Zccooo? - mruknął, a ja rozpłakałam się jeszcze bardziej.
- Steve, błagam cię, powiedz cokolwiek!
- Nie płacz...hej...mała...już ok... - powiedział, podnosząc się z trudem z ziemi. Staliśmy na przeciwko siebie, on zakrwawiony, na miękkich nogach, wyglądający jak wrak człowieka i ja, zapłakana, trzęsąca się z nerwów - Już mi lepiej... - uśmiechnął się krzywo, a ja przytuliłam go z całej siły i cmoknęłam w usta.
- TY IDIOTO! - łkałam mu w koszulkę - PRZESTRASZYŁEŚ MNIE!
- Ciii.... już.... już dobrze... - mruczał, głaszcząc mnie po włosach
- OSŁONOWE LEKI, TAK!? JESTEŚ ĆPUNEM, TYLER! - wydarłam się, odpychając go od siebie
- Nieprawda...
- PRAWDA! JESTEŚ ZWYKŁYM ĆPUNEM! NIE ROZU... - moje słowa przerwał wchodzący właśnie Perry. Kiedy go zobaczyłam, zakrztusiłam się łzami. Dosłownie wyłam.
Joe nie wyglądał lepiej. Trząsł się cały, wzrok mu uciekał, a w ręce trzymał woreczek z tym gównem.
- Joey... - płakałam głośno - Ty...też...bierzesz...to...gówno?
- Muszę...dać sobie....w...żyłę....teraz... - mruczał, kompletnie mnie nie słuchając. Kaszląc i krztusząc się nadal od płaczu, zgodnie ze wskazówkami Tylera, przyszykowałam heroinę (aaa, tak to się nazywa) i podałam Perry'emu który zaraz po tym, osunął się na ziemię. Jak przeczuwałam, podniósł się chwilę później ze znacznie lepszym samopoczuciem.
- W co wyście się władowali...Boże...jak ja mam wam pomóc? - spytałam, a Steven pokręcił głową
- Nie zamartwiaj się tym, siostrzyczko.
- JESTEŚ MOIM BRATEM, DO KURWY! A TY, JOE, MOIM PRZYJACIELEM! ZALEŻY MI NA WAS! - wykrzyczałam im prosto w twarz
- Dobrze...my...przestaniemy - odparł Perry ze skruchą
- Na pewno?
- Na 100%, skarbie - obiecali, uśmiechając się.
- Ok... Wierzę wam... - mój niepewny ton mówił co innego - Pójdę już.
- TAK SZYBKO?
- Tak, Steven. Nie będę siedziała z ćpunami. Dobranoc, towarzystwu - wstałam
- CASSIE NO! - jęknął z żalem Perry
- Co Cassie?! Nie zadaję się z takimi ćpunami jak wy, jasne?
- Zostań... - Perry chwycił mnie za rękę, a mi zmiękło serce
- No dobrze... co chcecie robić?
- Obejrzymy coś...? - zaproponował nieśmiało Steven
- Znowuuu?
- Mam zajebisty film akcji! Naprawdę super!
- Ok, oglądajmy - zgodziłam się, siadając między Joe i Tylerem.


***


Wracałam do hotelu w kiepskim nastroju. Martwiłam się o chłopaków jak cholera... Nie wiem, czemu im wierzę... W sumie... Jestem im bliska... Może akurat z tym skończą?
John już był.
- Cass, kochanie! - ucieszył się, tuląc mnie mocno, ja jednak odsunęłam się od niego.
- Wybacz, Deaky, nie mam humoru...
- Coś nie tak u Tylera?
- Nie, u niego ok - skłamałam - Po prostu trochę się źle czuję...
- Chcesz herbaty czy coś?
- Cappucino z cynamonem... - odparłam w zamyśleniu
- Już zamawiam - uśmiechnął się szeroko
- Jak próba?
- Świetnie!
- Cieszy mnie to...
- Kochanie, co się dzieje? - Deaky usiadł obok mnie - Widzę, że coś jest nie tak...
- Nie wiem sama... - wzruszyłam ramionami. Cholera, dobrze kłamię... - Jakoś tak mi smutno...
- Przytulić cię?
- Przytul - zgodziłam się, a John przyciągnął mnie do siebie i zaczął tulić. Miałam wielką ochotę powiedzieć mu o Stevenie i Joe, jednak nie zrobiłam tego, sama nie wiem dlaczego. W sumie... Chcę poradzić sobie z tym sama. Co ma John do ich uzależnienia? No właśnie.
Westchnęłam cicho - Chcę się położyć...
- Dobrze... Tylko ja muszę iść na jeszcze jedną próbę... Nie chcę, żebyś była sama...
- Ale nie martw się, skarbie i tak będę spała...
- Jakby coś się działo... Zadzwoń do mnie.
- Dobrze.
- Obiecujesz?
- Obiecuję - posłałam mu uśmiech - Idź już, bo się spóźnisz.
- Wolałbym zostać z tobą... - mruknął, obejmując mnie mocno w pasie.
- Wiem, skarbie... Jak wrócisz, to mnie obudź, ok?
- Jasne... to ten... na razie!
- Na razie - odparłam. John pocałował mnie w usta i wyszedł z pokoju. Opadłam na poduszki, zakrywając się kocem i po chwili usnęłam.


***


Obudziło mnie głośne trzaśnięcie drzwiami. Przetarłam oczy i wstałam, idąc ostrożnie przez ciemny, nieoświetlony pokój. W korytarzu stał Deaky, ewidentnie nawalony jak stodoła.
- Hheeeakochanie... - wymamrotał, opierając się o ścianę - Oezu....wieczoryzRaaaattym.... - no i wszystko jasne. Ratty to techniczny Freda i Johna. Zapewne przyniósł parę flaszek na "umilenie próby"...
- Idź spać - wzięłam go pod ramię i zaprowadziłam na łóżko
- Aaaeee ja siemusze wykąpać... - protestował
- Jasne, jasne i zabić się pod prysznicem, jutro to załatwisz. Śpij - wymruczałam, całując go w czoło. Tak jak myślałam, padł momentalnie, a ja ułożyłam się obok niego i poszłam w jego ślady.


***


Obudziłam się pierwsza i cicho zaśmiałam.
- Deackson, wstawaj! - potrząsnęłam nim lekko - SZKODA DNIA, WSTAJEMY! - John otworzył oczy i jęknął z protestem
- Nieeee....
- Miłego kaca, kochanie - uśmiechnęłam się słodko i wstałam.
- Cass, błagam....
- Hmmmm?
- Możesz mi przynieść wody i aspiryny? - jego proszący ton mnie bawił
- Mogę - podałam mu butelkę i dwie tabletki
- Dzięki... - zażył leki, popijając dużą ilością wody - Jesteś super!
- Wiem! - wybuchnęłam śmiechem, zaczynając codzienną serię 250 pompek i 500 brzuszków.
- Wow... - skomentował John, masując sobie skroń.
- Pompuj ze mną!
- Jasssne... Cholera.
- Hm?
- Jestem głodny... Chooodź na śniadanie.... - jęknął
- Daj mi 20 minut, muszę skończyć serię.
- Szybko no....
- Ubierz się w tym czasie, chyba, że chcesz paradować po restauracji w... - poczekałam aż wstanie - W bokserkach...
- Nieee - odmruknął, wyciągając z szafy ubrania.
Pół godziny później poszliśmy coś zjeść, trzymając się za ręce. Przy jednym ze stolików siedzieli skacowani Roger i Brian. Na ich widok dostałam ataku śmiechu.
- Czego się cieszysz? - burknął May, wyraźnie nie w humorze
- Jedliście już?
- Nieee - pokręcił głową Rog, więc zamachałam na kelnera
- 4 razy jajecznica i tosty a do tego 3 espresso i jedno cappuccino - powiedziałam i po chwili na stole pojawiło się pyszne śniadanie. Chłopaków zatkało.
- No co? - pochyliłam się nad talerzem - Wcinajcie a nie... Ej, zaraz... Gdzie jest Fred?
- Ty.... dobre pytanie - wymamrotał Roger między kolejnymi kęsami - Ostatni raz...widziałem go wczoraj!
- Ja też w sumie... - dodał Bri znad filiżanki, a John wzruszył ramionami:
- Ja nie pamiętam...
- Ty się, Diakon, nie odzywaj, leżeliście wczoraj z Rattym i śpiewaliście 'Leżę tutaj, sobie leżę, uwaliłem się jak zwierzę'... - powiedział Rog, a ja parsknęłam śmiechem, plując w kubek.
- Cass, w porządku? - Brian był nieco zaniepokojony. Chciałam mu odpowiedzieć, ale miałam atak głupawki.
- Nie byłeś lepszy, Taylor... Biegałeś, wyjąc jak Madonna i wymachując koszulką... - burknął wyraźnie obrażony Deaky, a ja ryknęłam śmiechem na całą salę, aż kilku ludzi się na mnie obejrzało.
- Z czego ryjesz? - poddenerwował się perkman. Spojrzałam na milczącego dotąd Briana, który również dusił się od śmiechu.
- Te, miotła, ty się tak nie ciesz, lizałeś się ze ścianą, wrzeszcząc 'Żono moja! Dlaczego jesteś taka zimna i nieczuła?' - warknął John, a wtedy spadłam z krzesła, zwijając się i płacząc z rozbawienia. Mój dobry humor zaczął udzielać się chłopakom i po chwili cała nasza czwórka płakała ze śmiechu.
Ogarnęliśmy się w momencie, kiedy na wolne krzesło zwalił się Mercury, waląc głową w stół.
- Ciężki przypadek kaca - oceniłam, ocierając łzy z twarzy
- Primadonna Mercury przeholowała i miała gwiazdki przed oczami! - ryczał Roger, na wpół leżąc na ziemi.
- Odlotowe w kosmos! - dodał May, szczerząc swoje zadbane, białe ząbki
- Co piłeś Fred, że jesteś taki skacowany? Nie było atmosfery? - spytał John, parskając cicho
- Jak wam zaraz przyjebię to będziecie mieli atmosferę na +5000... - Freddie podniósł głowę. Jego ton był ostry, widać było, że nie ma nastroju na żarty. Bez słowa wstałam, zamówiłam jego ulubione śniadanie, kawę i kieliszek wódki na popitkę. Mercury'emu zaświeciły się oczy.
- JESTEŚ SUPER! - aha, komuś poprawił sie humorek?
- Nie ma sprawy, Fred - uśmiechnęłam się słodko, dopijając cappuccino - Może się położycie wszyscy przed próbą po południu?
- Ja nie mogę... - posmutniał Roger
- Dlaczego?
- Bo Meg wychodzi, a ja mam Meddie'go do popilnowania...
- Zajmę się nim - odparłam radośnie
- Wiesz jak się opiekować 4 letnim dzieckiem? - spytał powątpiewająco młody tatuś
- Pewnie, że tak, miałam kilkoro kuzynostwa, dam sobie radę. Przyprowadź mi go do pokoju, a resztę zostaw mi.
- Jesteś niezastąpiona, jak mam ci dziękować?
- Daj mi popykać troszkę na perce.
- Nie ma sprawy... Dobra, to ja idę po małego.
- Czekam - odparłam. Po chwili Rog przyprowadził swojego synka, którego widziałam pierwszy raz na oczy


- No...poznajcie się...Med, to jest...eee...
- Ciocia Cassie - przykucnęłam przy małym - Cześć! Jesteś Meddie, tak?
- Tak! Pobawisz się ze mną?
- Pewnie, że się pobawię, a co chcesz robić?
- Ja...chciałbym pobawić się moim pociągiem! - mały Taylor chwycił mnie ufnie za rękę - Mam taki śliczny pociąg i toly i jeszcze domki! A tata mu kupił taki czelwony autobus! - nie wymawiał jeszcze 'r' co brzmiało totalnie słodko. Wyobraziłam sobie takiego własnego syneczka i aż mi się zrobiło cieplutko na serduszku. Miałby zielone oczy i takie lekko kręcone, kasztanowe włosy... I miałby na imię Keith... Zaraz. Czemu wyobraziłam sobie kopię Johna...? Kto powiedział, że z nim będę miała dzieci? Nieważne...
- To dobranoc, Cass!
- Śpijcie dobrze! - odparłam, wodząc wzrokiem za wychodzącymi muzykami
- Meddows... bądź grzeczny i słuchaj cioci - Roger pogłaskał małego po główce, posłał mi ciepły uśmiech i pobiegł po schodach na górę.
- To co, Med, najpierw pociąg czy wolisz iść ze mną na lody?
- Ja lubię tluskawkowe! - oznajmił blondaś, wpatrując się we mnie ogromnymi, mocno niebieskimi oczami.
- Ja też!
- A wiesz, że ja mam lejbany?
- CO MASZ?
- No... chodź, pokażę ci. Mam u lodziców w pokoju - poszliśmy do apartamentu Taylorów. Roger właśnie zasłaniał rolety.
- Coś się stało?
- Tato, tato, daj mi moje lejbany i mój pociąg! - Meddows podbiegł do taty, skacząc wokół niego. Taylor bez słowa podał mu okulary słoneczne i lokomotywę, a ja w końcu zajarzyłam o co chodziło. RAY-BANY!
- Idziemy, ciociu? - spytał syn Roggie'go, łapiąc mnie za rękę - Chcę lody tluskawkowe!
- Jasne, podwójne ci kupię! - odparłam, wychodząc z apartamentowca z Meddie'm drepczącym przy moim boku.

sobota, 22 lutego 2014

Queen rules, rules of music - PART 14 [część 1]

 Chciałam wszystkim serdecznie podziękować za takie kochane i powalone komentarze, jesteście cudowni <3


*****


Wyskoczyłam z samolotu w samej podkoszulce i aż jęknęłam. Raaany, już zapomniałam, jak w Anglii jest chłodno. Tata spotkał jakiegoś swojego kolegę i gadali w najlepsze.
- Tato... Tato. Tato! - trąciłam go w ramię
- I wtedy wi... Tak, kochanie?
- Ja idę do środka, zimno mi.
- Dobrze, idź, idź - odparł i wrócił do rozmowy. Weszłam do terminala i odetchnęłam. Aaaawh, jak milutko...


***


Siedzieliśmy na ławkach, trzymając przy nogach torby podręczne. Nasz samolot ma godzinne opóźnienie, ewh... Patrzyłem na wejście do terminala. Wtem weszła... ifhwifhefwm, wow! Wysoka, umięśniona dziewczyna, z kasztanowymi lokami niemal do pasa, z opaloną skórą... Chwila... CZY TO JEST CASSIE?!
Opadła mi szczęka i aż wstałem, wysilając wzrok. Choleracholeracholeratoona!


***


Szłam spokojnie, trzymając torbę na ramieniu. Wtedy ich zobaczyłam. Nie mogłam się mylić... Zmienił fryzurę. Ściął włosy, tak... O raju. O RAJU. Nie. Nie, Cass, nie rób tego!
Moje nogi same podeszły do czwórki tak dobrze znanych mi facetów.
John stał naprzeciw mnie z otwartymi ustami. Położyłam torbę na ziemi i patrzyłam na niego zmieszana. Co tu powiedzieć?
On wpatrywał się we mnie ze zdziwieniem i zachwytem jednocześnie...
Moje serce zaczęło mocniej bić... Wszystko mi się przypomniało... Nie minęła minuta, a rzuciłam mu się w ramiona. Deaky przytulił mnie do siebie z całej siły.
- John... ja... tęskniłam cholernie... - szepnęłam mu do ucha
- Ja też, Cassey, ja też... jak mogłaś się nie pożegnać?
- Wiesz... musiałam uciec... Ale... wróciłam... i... i... - ujął w dłonie moją twarz, patrząc mi w oczy z czułością. Wspięłam się na palce i musnęłam leciutko jego wargi, a on, wyraźnie ośmielony, wpił się namiętnie w moje usta i zaczął całować. Wtuliłam się w niego, oddając pocałunki. Raaany, jak ja za tym tęskniłam...
Tuliliśmy się do siebie, a ja czułam, jak moje serce mocno bije, a dłonie drżą.
- Cassie, cholera, jak ja cię kocham... ty sobie nawet nie wyobrażasz... - mruczał mi do ucha John
- Ja... ja... kuźwa... ja cię też kocham, zawsze kochałam, ale byłam zjebaną idiotką i nie potra... - przerwał mi kolejnym pocałunkiem. Poddałam mu się, wplatając palce w jego włosy.
- Spierdoliłam ci życie, nie? - spytałam po chwili
- CO?!
- Masz już 29 lat, John, ja mam pieprzone 23... Ty już powinieneś być żonaty, ba, nawet dzieci powinieneś mieć! Dlaczego nie związałeś się z nikim?
- Bo jesteś miłością mojego życia, skarbie - patrzył mi prosto w oczy - Nikogo jeszcze tak nie kochałem i nikogo tak nie pokocham jak ciebie! - jego ton był cholernie szczery - Rozumiesz? Kocham cię, kocham cię do szaleństwa! Cassey, błagam cię, nie zostawiaj już mnie! Błagam cię...
- John... Nie mogłabym cię zostawić. Nie mogłabym. Perry to była jakaś totalnie zjebana pomyłka... Zawsze cię kochałam... Może nawet bym nie wyjechała, jak na weselu sobie pojechałeś... pierwsze co chciałam zrobić, to zamachać na taksówkę i popylać za tobą... Ale się bałam. Po prostu się bałam, że mnie odrzucisz...
- Ciiicho już - odparł i znowu mnie pocałował - Cholera jasna... my zaraz lecimy do Ameryki... Trasa... - Deaky wyglądał jakby się miał zaraz rozpłakać
- Polecę z wami - powiedziałam
- Nie masz przy sobie rzeczy...
- Mam cośtam... Wszystko wyprane, czyste. A resztę kupię...
- A bilet?
- Zaraz załatwię.
- Twój tata nie wie...
- Zaraz mu powiem, chodź! - chwyciłam go za rękę i pociągnęłam w kierunku mojego taty. Krótko streściłam mu całą sytuację, a Jim zaraz podszedł do kasy, załatwił mi bilet, po chwili dostarczył walizkę i kupił coś do jedzenia na podróż.
- Kartę kredytową masz?
- Mam.
- Bilet?
- Jest.
- Rzeczy?
- Są.
- Buziak?
- Już daję - cmoknęłam tatę w policzek i wyściskałam go mocno - Do zobaczenia za pół roku!
- Trzymaj się skarbie i uważaj na siebie!
- John o to zadba - odparłam i wróciliśmy do chłopaków.
- Hej! - rzuciłam się na szyję Freddiemu, potem Rogerowi i Brianowi. Resztę czasu, jaki mieliśmy do wykorzystania, poświęciłam na opowiadanie co się ze mną działo. W końcu mogliśmy wsiadać do latającej maszyny.
Wskoczyłam na miejsce przy oknie, obok mnie usiadł John, potem Rog, Fred i Brian. Oparłam głowę o ramię basisty, a on głaskał mnie po włosach. Podniosłam głowę, patrząc mu z uśmiechem w oczy.
- Kocham cię, słoneczko - powiedział i cmoknął mnie leciutko w usta. Czułam, że zamykają mi się oczy, nie spałam ponad 30 godzin i byłam ledwo żywa... - Prześpij się, maleńka - John zakrył mnie swoją bluzą, a ja ułożyłam się wygodnie na jego ramieniu i po chwili już spałam...


***


Obudziło mnie delikatne smyranie po policzku. Otworzyłam oczy. Gdzie ja jestem...? Aaa, samolocik. No tak.
- No witam - Deaky uśmiechnął się do mnie - Budzę cię, bo jedzonko zaraz dają!
- Mhm... miło... ile już lotu za nami?
- 6 godzin... jeszcze drugie tyle.
- Ewh...
- A co się dzieje? - skrzywiłam sie
- Niedobrze mi trochę... Nie jestem przyzwyczajona do wysokości...
- Chcesz iść do toalety?
- Mhm...chyba....tak... - wstałam na miękkich kolanach, a John momentalnie mnie podtrzymał i zaprowadził pod 'łazienkę'
- Poradzisz sobie?
- Tak, tak... - weszłam do środka, pochyliłam się nad ubikacją i zwymiotowałam wszystko, co miałam w żołądku. Bleee,wystarczył jeden dzień 'niewojskowego' żarcia i już... Trzeba będzie jednak jeść to, co w wojsku...
Przemyłam twarz wodą i wyszłam z toalety, uśmiechając się do Johna.
- Jesteś koszmarnie blada, Cassey... - powiedział z troską
- Już w porządku - splotłam jego palce ze swoimi i usiedliśmy w swoich fotelach. Właśnie podawali jedzenie. Zerknęłam na rozpiskę i skrzywiłam się. O nie, nie jadam takich rzeczy. Cóż, trudno... Ale chwila, tata kupił mi sałatkę na lotnisku!
Pogrzebałam w torbie i wyjęłam pudełko z tryumfalną miną. Deaky spojrzał na mnie zdziwiony.
- Nie jesz mięsa? - spytał, odbierając tackę z burgerem i frytkami.
- Ja... John, ja jestem przyzwyczajona do wojskowego jedzenia... Nie umiem już jeść takiego gówna - obrzuciłam wzrokiem samolotowe żarcie. Fuj. Otworzyłam pudełko i zaczęłam powoli jeść moją ulubioną sałatkę, popijając sokiem pomarańczowym. Zapatrzyłam się w błyskające w dole światła. Ogarnął mnie jakiś dziwny niepokój... Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam... Sprawa z Johnem zakończona pomyślnie, ze Stevenem ok, z rodzicami też, z Queen...
Wtedy sobie przypomniałam.
Perry.


***


- Halo?
- Cześć, Steve!
- ...Cass?
- Nie, kurwa, dupa wołowa!
- No dupa to ty jesteś - zaśmiał się - Skąd dzwonisz?
- Z lotniska w Ameryce... Los Angeles, mówi ci to coś?
- Jasne, weź... Działamy tu od dwóch lat.
- NIE MIESZKACIE W ANGLII!?
- Nie. W LA od dwóch lat, jak mówiłem.
- To znaczy, że... - głos zaczął mi drżeć - Joe też tu jest?
- Mhm.
- No nie... - jęknęłam - Jestem tu z Queen...
- JAK TO?!
- Pogodziliśmy się z Johnem...
- Boże, to cudownie!
- Może do ciebie wpadnę?
- Jasne! Kiedy tylko chcesz! Na ile zostajecie?
- Mamy... Znaczy zespół ma... 23 koncerty w całej Ameryce Północnej... w LA zostajemy na dwa tygodnie.
- Super, to się zdzwonimy i wbijaj!
- Ok, tylko...
- Hm?
- Nie zapraszaj JEGO.
- Nie ma sprawy, siostra. Ok, muszę kończyć, Tom mnie woła... Próbę mamy.
- Ooo, jasne. To ten... do zobaczenia. Zadzwonię.
- Dobrze. Papaaa, kocham cię!
- Ja cię też, papa! - schowałam komórkę do kieszeni i rozejrzałam się po hotelu. Nonono, manager Queen się postarał! Obejrzałam się na Johna
- Skarbie?
- Tak?
- Jak z pokojami? - pomachał mi kartą magnetyczną przed nosem
- Chodź, to się przekonasz - odparł i chwycił mnie za rękę - Torby już zanieśli, także ten. Jedźmy windą!
- Love in an elevator... - zanuciłam ze śmiechem, wchodząc do windy. John nacisnął najwyższy guzik i po chwili wyszliśmy na elegancki korytarz.
- Jeeej... - zachwyciłam się
- Czekaj, aż zobaczysz pokój - Deaky przejechał kartą po czytniku i duże drzwi rozsunęły się bezszelestnie. WOW!
Apartament miał ogromny, przestronny pokój z szerokimi szybami z widokiem na centrum LA, łazienkę z wielką wanną (rany, kiedy ostatni raz brałam kąpiel w wannie?) i sypialnię z jednym jedynym mankamentem.
- Będziemy spać...eee...razem? - spytałam niepewnie
- No...raczej...jak widać...tak - on chyba nie widział w tym nic dziwnego, ale ja poczułam się nieswojo. Nie licząc tego gwałtu wtedy... Nigdy TEGO nie robiłam... (tak, ja NADAL jestem dziewicą, mimo tego, co zrobił ten zjeb wtedy...)
Zagryzłam wargę, stojąc jak kołek.
- Coś nie tak...? - zatroszczył się Deaky
- Nie, ja...yhm...w porządku...
- Nie musimy spać razem. Załatwię jeszcze jedno łóżko...
- Nie no, dobra... Odpuść - odparłam, podchodząc do okna - Piękny widok.
- Mhm... - basista objął mnie leciutko od tyłu, opierając lekko głowę na moim ramieniu. Odwróciłam się po chwili, zarzucając mu ręce na szyję.
- Mówili w wiadomościach...wtedy...jak dostałaś te 3 kulki w Afganistanie...myślałem, że oszaleję...
- Przecież mnie nienawidzisz...nienawidziłeś.
- Ja cię kochałem, Cass! I nadal kocham i będę kochał! Byłem zdolny wsiąść w samolot i natychmiast polecieć do ciebie...bałem sie cholernie, że...że stracę cię na zawsze... - szeptał z bólem w głosie
- Jestem tutaj...silna ze mnie dziewczynka - posłałam mu delikatny uśmiech, głaszcząc jego policzek
- Widzę - dźgnął mnie palcem w brzuch - Same mięśnie, kuźwa! Pokaż no się - odsunął się ode mnie i lustrował mnie wzrokiem - Ani grama tłuszczu! Masz więcej mięśni ode mnie!
- Nieprawda - przejechałam ręką po jego bicepsie - Chodzisz na siłkę?
- Czasami. Ale... Ja tu tylko gram, królowo.
- JAK?!
- Królowo - mruknął, całując mnie w szyję - Moja śliczna dziewczynka.
- Cieszę się, że...wiesz...że zdążyliśmy na tym lotnisku.
- Jestem debilem. Gdybym był choć trochę ogarnięty, to bym nie spieprzył z tego wesela wtedy...
- Skąd wiesz, czy sama bym nie uciekła?
- Nie wiem w sumie...
- Widzisz. Nie obwiniaj się już.
- Tak jest, kapitanie! - roześmiał się i zasalutował, a ja trzepnęłam go w ramię
- Do odkrytej głowy się nie salutuje!
- O, wybacz. Masz jeszcze jakieś obowiązki związane z wojskiem?
- Kiedy skończycie trasę, ja jadę do Ameryki na tydzień... I potem co 3,4 miesiące na szkolenia...wiesz...jakby coś kiedyś...
- Stan gotowości?
- Tak.
- Jasne, rozumiem.
- Ej... jest tu jakiś sejf?
- SEJF?! Po chuj ci?
- Patrz - podeszłam do mojej torby i wyjęłam z niej pistolet oraz karabin - Po to - Johnowi opadła szczęka, a ja ze spokojem schowałam obie bronie do pudełka zamykanego na szyfr i wsunęłam je pod łóżko.
- Nie patrz tak, John, muszę być uzbrojona - wytłumaczyłam, przytulając się do niego
- Zaczynam się ciebie bać, mała...
- Taa, wstanę w nocy i zapodam ci kulkę w głowę - odparłam ironicznie - Bez jaj, Deacks.
- Wozisz ze sobą dwie, cholernie dobre bronie i komplet nabojów, tak?
- Właśnie tak.
- Jezu... - basista pokręcił głową - Po co ci to?
- A gdyby wybuchła wojna, czy cokolwiek, gdzie trzeba by było użyć broni, myślisz, że Sztab Wojskowy zdążył by uzbroić wszystkich żołnierzy na czas?
- Nie...
- No właśnie. Dobra, koniec tematu. Kiedy gracie pierwszy koncert?
- Jutro... dziś mamy po południu próbę...
- To ja się wtedy zobaczę z bratem - uśmiechnęłam się na samą myśl o tym
- Jasne, spoko!
- To ja... zadzwonię do niego - powiedziałam i szybko umówiłam się ze Stevenem - Przyjedzie po mnie za pół godziny - poinformowałam - Idę się przebrać
- Ja w sumie też...
- W takim razie do wieczora - cmoknęłam go w policzek
- Widzimy się na kolacji?
- Tak!
- W porządku... uważaj na siebie, papa!
- Paa! - zawołałam i weszłam do łazienki. Założyłam czarne legginsy, luźny T-shirt i marynarkę, wzięłam torebkę, schowałam w niej moją wojskową legitymację, paszport i pozwolenie na posiadanie broni, okulary słoneczne i telefon, a na samym dnie ulokowałam zawinięty w chustkę pistolet.

Steve już czekał na dole.
- CASS!
- STEVEN! - rzuciliśmy się sobie na szyję - Jejku, ale się stęskniłam!
- Ja też! Jak tam? - zaczął lustrować mnie spojrzeniem - Woow, ale masz mięśnie! Wyglądasz super!
- Ty również! - mój brat wyprzystojniał cholernie...



 - Masz kogoś, Steve?
- Na oku...
- Mmm, jak ma na imię?
- Emily - uśmiechnął się błogo
- Gratuluję! A wiesz... mam zdjęcia z wojska. Ale to w domu ci pokażę. Zobaczysz je jako pierwszy!
- Zajefajnie! - otworzył mi drzwi w samochodzie i po chwili podjechaliśmy do jego domu. Steve nalał nam soku i usiedliśmy na kanapie.
- To pokazuj!
- Dobra - wyjęłam z torebki kopertę z fotkami i wyjęłam pierwszą:


- Pierwszy rok w Szkole Wojskowej... - uśmiechnęłam się na to wspomnienie - Facet w mundurze to mój trener, kapitan Deacon...
- Deacon!?
- Nie, to nie rodzina Johna, zbieg nazwisk... Ok, dalej...


- Pompeczki... Dżizys, po 30 minutach wyliśmy z bólu a i tak musieliśmy dalej pompować... Ewh



- Afganistan... Pierwsza od lewej to ja... Były próby strzelania z karabinów... No...
- Moja zdolna - Steven przytulił mnie mocno
- A tu ja - parsknęłam śmiechem - Też próby jeszcze...


- Ładnie ci w mundurze...
- Dzięki - zarumieniłam się lekko - A to zdjęcie po prostu kocham. Mój kolega Marc, on ma 27 lat, był ze mną w Afganistanie, wita się z żoną i dzieckiem na lotnisku...


- Rany...
- Jego żona, Linde, była pewna, że już nie wróci... Płakała cały czas na lotnisku...
- Nie dziwię się.
- Nom...
- Chcesz zobaczyć Emily?
- JASNE! DAWAJ! - Tyler uśmiechnął się i podszedł do komody. Wziął ramkę ze zdjęciem i podał mi.
- O RAJU! - wydałam okrzyk zachwytu


- Śliczna!
- Wiem!
- Jesteście...parą?
- No... nie - skrzywił się - Ale... moglibyśmy.
- Ale?
- Ale nie umiem do niej zagadać...
- STEVEN!
- CO?
- No bez jaj...spytaj ją, czy chce być z tobą i tyle!
- Mówisz?
- Tak!
- No dobra, skor... - wtedy rozległ się trzask drzwi
- Kto to? - spytałam, a wtedy usłyszałam znajome
- Siemasz, Tyler! O... CASS?! - odwróciłam się i zmroziło mi krew w żyłach.
- PERRY?!