wtorek, 11 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 20

Obudziło mnie delikatnie smyranie po udzie. Podniosłam głowę i ujrzałam słodko rozczochranego Joe, patrzącego na mnie z uśmiechem.
- Dzień dobry kochanie!
- Hej... - usiadłam, pozwalając, żeby kołdra zsunęła mi się do linii bioder. Nie zajarzyłam, że nie mam na sobie stanika ani koszulki...
- Eeee... eeee... eeee...
- Co? Ups...
- Jeśli nie chcesz, żebym się na ciebie rzucił... to... załóż coś na siebie... - wyjąkał.
- Skąd wiesz, że nie chcę? Chodź tu, debilu - przyciągnęłam do siebie jego głowę i pocałowałam go namiętnie, wtulając się mocno. Perry wyglądał, jakby właśnie wygrał w totka.
- Kocham cię, księżniczko - powiedział cicho, uśmiechając się słodko.
- Ja cię też, Joey - odparłam, głaszcząc go po policzku - Jaki my dziś mamy dzień?
- Eeee... 9 września 1980 roku... - kiedy to powiedział, zmroziło mnie nieco. O cholera. ON MA JUTRO URODZINY?! Które to? Chwila... 30. Równe, okrągłe 30. Ojej, jak miło. Ale ok, ja nic nie wiem.
- W porządku... Aaaach, wyspałam się.
- Ja też... Super się spało!
- Bo z tobą! - powiedzieliśmy równocześnie i zaśmialiśmy się.
- Joe...?
- Hm?
- Mówimy im?
- Co? Komu?
- Czy mówimy chłopakom, że jesteśmy razem...
- Niee... Poczekajmy trochę... Najpierw muszę oficjalnie zerwać z Rose...
- Nie będziesz mógł się do mnie kleić w studiu, a wiem, że masz na to wielką ochotę - uśmiechnęłam się krzywo.
- To się wyjdzie na chwilę!
- Ale chcę, żeby Steven wiedział... Pytałam go o ciebie, powiedział, że na mnie lecisz, ale mu nie uwierzyłam... Teraz żałuję.
- POWAŻNIE O TYM Z TOBĄ GADAŁ!?
- Tak... a co?
- ZE MNĄ TEŻ!
- O kurwa, ale byłam głupia...
- No ja też...
- Porażka - westchnęłam, na co Joe objął mnie mocno.
- Najważniejsze, że teraz jesteśmy razem, kochanie - cmoknął mnie w policzek i wstał, zakrywając się poduszką.
- Nie chowaj tego seksi tyłka - zaśmiałam się, na co on po prostu puścił poduszkę. Ajć...
- Mac...ie...dziś....próbę...? - wyjąkałam, gapiąc się na niego.
- A ty co się tak jąkasz, hmmm?
- Nie pytaj, Joe... To macie?
- Tak... Pójdziesz ze mną?
- A chcesz?
- No jasne!
- A może... może jednak im powiemy?
- Wiesz co? Sami zauważą. Trzymanie się za ręce, pocałunki... Ogarną - zapewniłam z uśmiechem, a Perry kiwnął głową - Pójdę chyba pod prysznic... - zauważyłam błysk w jego oku - A ty... w sumie... rób co chcesz - wstałam z łóżka i szybko zakryłam się ręcznikiem, po czym poleciałam do łazienki. Spokojnie odkręciłam wodę i weszłam do kabiny.
Po chwili, tak jak myślałam, otwarły się drzwi łazienki i kabiny.
- Wiedziałam, że przyjdziesz - uśmiechnęłam się, a on zasunął drzwiczki.
- Miałaś jakieś... szczególne... powody... że mnie tu zaprosiłaś? - spytał swoim głębokim głosem.
- Może... - odmruknęłam, a wtedy zostałam przyciśnięta do lodowato zimnej ściany. Nie było mi jednak chłodno, gdyż gorące pocałunki Joe rozpalały moją skórę do czerwoności...
Obrócił nas bokiem do ściany, niechcący odkręcając kurek z zimną wodą. Jęknęłam protestująco, kiedy polała się na nas lodowata ciecz.
- Ciiii - uciszył mnie Perry, całując jeszcze namiętniej niż przed chwilą.
- Joey... zimno... - skarżyłam się, usiłując wyplątać się z jego ramion.
- Czekaj no! - powiedział, wędrując dłońmi na moje uda.
Równocześnie wsunęliśmy języki między swoje wargi. Zimno właśnie przestało mi przeszkadzać...

Z powrotem przycisnął moje plecy do ściany, zręcznie uniósł mnie do góry i wszedł mocno. Ta całkiem inna pozycja sprawiła, że ściany mogły pięknie odbijać mój krzyk, który rozchodził się po całej łazience.
Joe jęczał głośno, widać było, że cholernie mu dobrze... Tak, to mu odpowiadało...
Podtrzymywał mocno moje pośladki, a ja obejmowałam mu nogami biodra i tylko dzięki naszej współpracy, nie wylądowałam na ziemi.
Szczytując, usłyszałam kolejną, ciekawą barwę głosu Perry'ego... Kiedy się wydzierał, jego głęboki głos nabierał lekkiej chrypy i zadziorności... Co było cholernie seksowne.


Doszliśmy w tym samym momencie, jednak Joe nie skończył jeszcze tego, co rozpoczął... Nadal mnie trzymając, wyszedł z pod prysznica i tak jak stał, ociekając wodą, poszedł do sypialni i położył mnie gwałtownie na łóżku. Przymknęłam oczy, czując jego wargi na swoim brzuchu, a po chwili na podbrzuszu i na udach. Chwyciłam go za włosy palcami lewej ręki i szarpnęłam lekko.
- Ha...muj...się...Pereira... - wydyszałam. Był ewidentnie niepocieszony, ale wpił się mocno w moje usta.
Myśleliście, że skończy się na buziaku? Jasne, jasne, a ja to Święty Ksawery.

Joe zaczął delikatnie przesuwać palcami po wewnętrznej stronie mojego uda, a po chwili podjechał ręką wyżej.
- Joe... - jęknęłam ostrzegawczo.
- Hmmm?
- Co... ty... ROBISZ? - ostatnie słowo było moim wrzaskiem, kiedy użył swojej 'siły ręcznej'.
- Co robię? Robię ci dobrze, kochanie - wymruczał, a jego palce sprawiały, że darłam sie jak opętana. Ej, ktoś tu chyba pomylił mnie z gitarą...
Wiłam się mocno, ale Joe trzymał mnie swoim silnym ramieniem. Moje wrzaski sprawiały mu ogromną satysfakcję, widziałam po jego minie...
Uciszył mnie brutalnym pocałunkiem, przyspieszając swoje 'gitarowe solo'.
- Oh... Jezu...
- Hmmm? Co chcesz powiedzieć? - spytał tonem typu 'przyznaj, że robię to zajebiście'.
- Do... brze... mi... cholernie... - jęknęłam gardłowo, dochodząc mu w ramionach. Opadł na mnie delikatnie i rozgrzewał dodatkowo moje ciało.
- Jesteś cudowna... I piękna... I kochana... - mruczał, błądząc dłońmi po moich bokach. Wtedy trzasnęły drzwi na dole i rozległ się skrzekliwy głos Tylera:
- PERRY, TY KURWA ŻYJESZ? - Joe szybko podał mi jego koszulę i moje majtki, a sam ubrał tylko spodenki i zeszliśmy na dół.
- Co tak nie odbie... Uuuu! - Steve zagwizdał z uznaniem, patrząc na nasze stroje i splecione dłonie - Czyżby w końcu coś ten teges? - poruszył znacząco brwiami.
- Żebyś wiedział - odparłam, uśmiechając się.
- TAAAAAK, NARESZCIE! - wokalista zaczął nas ściskać i gratulować nam z radością - Już myślałem, że w życiu się nie zdecydujecie! Aha, mam gazetę z waszą sesją - wyjął z torby czasopismo, przekartkował i pokazał nam jedną z fotek - Ałć - to było zdjęcie, na którym Joe trzyma ręce na moich pośladkach - Mocne.
- To nie nasz pomysł... - sprostował Perry.
- Przyznaj się, Perruniu, rzuciłeś się na nią, kiedy tylko ten fotograf poszedł, nie?
- Ja...
- Jasne, że tak - odparłam za niego - I kochaliśmy się 3/4 nocy i teraz rano. Cóż... Nie będę robiła za cnotkę przy takim facecie - oparłam Joe głowę na ramieniu. Steven uśmiechał się czule.
- Pasujecie do siebie - stwierdził, patrząc na nas.
- Dziękujemy - Joey cmoknął mnie w skroń - Steve... Bądź tak dobry i nie mów chłopakom... O nas...
- Dlaczego?
- Proszę... Jeszcze nie - położyłam wokaliście rękę na ramieniu - Sami powiemy za... jakiś czas.
- W porządku. Perry, idziesz na próbę?
- Idziemy - sprostował Joe, a Steve uniósł brwi.
- Idzie...my?
- No ja i Cass.
- Aaaa. Ok!
- Tylko... nie jedliśmy jeszcze śniadania... - zaprotestował cicho Pereira.
- W sumie to ja też... jestem tylko na wódce... Cass, kochanie... - skamlał Tyler.
- Już robię - przewróciłam ze śmiechem oczami - Lubią jajecznicę?
- TAAAAAK! - odwrzasnęli z entuzjazmem, a ja szybko usmażyłam jajka, rozdzieliłam je na trzy równe części i patrzyłam z rozbawieniem jak rzucili się na swoje porcje.
- Mam wrażenie, że nie jedliście nic przez co najmniej tydzień! - zauważyłam, bawiąc się widelcem.
- Steven zawsze wszystko przypala - wymamrotał Perry z pełnymi ustami.
- Nieprawda!
- Prawda!
- Nie!
- Tak!
- CISZA! - pisnęłam, a mężczyźni się przytkali i wrócili do jedzenia.
- Idę się przebrać.
- Ja też - Perry szybko wstał od stołu - Czekaj tu, Tyler - poszedł za mną na górę i zamknął drzwi od sypialni. Otworzyłam szafę, zrzucając z siebie koszulę Joe. Wtedy jej właściciel objął mnie w pasie i zaczął całować po szyi.
- Joeeey... - mruknęłam - Nie mamy czasu...
- Tyler poczeka - odparł, wpijając mi się w usta. Poddałam się bez gadania. Co mi tam.

Po kilku minutach oderwaliśmy się od siebie, dysząc ciężko.
- Kocham cię - wyszeptał Perry, przytulając mnie mocno.
- No już, już, ubieraj się, przystojniaku - przeczesałam mu włosy z uśmiechem.
- Niech ci będzie... Ale jak wrócimy to już mi nie uciekniesz - mrugnął i podszedł do szuflady z ubraniami.
Jakieś 10 minut później, poganiani wrzaskami Stevena, zeszliśmy na dół, oczywiście trzymając się za ręce. Jak nastolatki, nie?
- No w koooońcu - przewrócił oczami mój brat.
- Siedź cicho, Tyler - warknął Pereira, zakładając ramoneskę i biorąc futerał od swojej gitary. Wyszliśmy przed dom i skierowaliśmy się w kierunku studia.
- Jak z Emily, Steve? - zagadnęłam.
- W porządku... Zdaje teraz egzaminy... Wiesz, studiuje - odpowiedział, kopiąc jakiś kamyk.
- Mhm... Rozumiem. A w ogóle... Co wy teraz na tych próbach robicie?
- Ćpamy, zaliczamy panienki, pijemy... Dobra, dobra, żartuje! - wokalista uniósł ręce w obronnym geście - Nie no, ćwiczymy do trasy.
- Ooo! Kiedy jedziecie?
- Eee... Perry, kiedy my jedziemy?
- W grudniu - odparł lakonicznie gitarzysta, od kilku minut usiłując spleść swoje palce z moimi.
- Przestań, Joe! Wiesz, że publicznie jesteśmy przyjaciółmi - zdenerwowałam się.
- Już dobra... - westchnął. Stanęliśmy przed drzwiami studia i Tyler pchnął ciężkie drzwi.
- Siema, zjebańce! - zaskrzeczał do Brada i Toma - Gdzie Joey?
- W kiblu... Załatwia cięższą potrzebę - zaczęli kwiczeć niczym świnki. Po chwili zabawowy nastrój udzielił się nam wszystkim i kiedy Joey Kramer powrócił do pomieszczenia, zastał całą naszą piątkę leżącą na podłodze ze śmiechu.
- Dobrze się czujecie? - spytał niczego nie świadomy perkusista, na co zareagowaliśmy jeszcze głośniejszym śmiechem. Najlepszy śmiech miał Steven, zresztą... Posłuchajcie :D


[film by: MylesowaHudson ]


Czułam, że dłużej już nie mogę, jednak zaraźliwy śmiech Tylera i jego głupie teksty nie pozwalały mi przestać wyć ze śmiechu. Tom wyjaśnił Joey'owi, o co chodziło, na co perkusista zaczął kwiczeć głośniej niż my wszyscy razem wzięci.
Do studia wszedł manager, kręcąc głową z ironicznym uśmieszkiem.
- Jak dzieci, normalnie jak dzieci - powiedział, patrząc na nas. Nagle zapadła cisza.
- Pielucha - przerwał milczenie Steve i znów nastąpiło kilka minut totalnej głupawki. W końcu, po prawie pół godzinie śmiania się, opadliśmy z sił i ogarnęliśmy dupy. Chłopcy wzięli instrumenty i zaczęli próbę.

Muszę przyznać, że Tyler był bardzo wymagający w stosunku do reszty muzyków, ale do siebie najbardziej.
Co chwila przerywał utwór, mówił, gdzie zaśpiewał za wcześnie, za późno, gdzie Joe wszedł nie tam gdzie trzeba, gdzie Tom się zapędził zbyt bardzo, etc... Był perfekcjonistą, totalnym perfekcjonistą.

Po godzinie manager Aero, James, zarządził przerwę. Napotkałam szczególne spojrzenie Joe, który lekkim ruchem głowy kazał mi iść ze sobą...
Wymknęłam się chwilę po nim. Czekał na mnie na korytarzu.
- Co ty robisz? - szepnęłam, dając się złapać za rękę i pociągnąć w kierunku końca korytarza.
- Zobaczysz.
- Przecież się zorientują!
- Cicho.
- Zboczuch - parsknęłam śmiechem.
- Kto to mówi. Jak nie chcesz to wracaj - odparł z uśmiechem - No dawaj! - nie ruszyłam się ani na krok - No i właśnie. Chodź, kochanie, mamy pół godziny - otworzył jakieś drzwi, wpuścił mnie i zamknął je na klucz. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Byliśmy w składziku na miotły i tego typu środki czyszczące.
- Jesteś niewyżyty, Perry! - zachichotałam, kiedy wpijał się ustami w moją szyję.
- Siedź cicho - odparł, wbijając paznokcie w moje pośladki. Syknęłam cicho, chwytając go za ręce.
- Upsss - uśmiechnął się ironicznie, wsuwając mi dłonie pod koszulkę.
- Nienawidzę cię, skarbie - mruknęłam, rozpinając mu pasek od dżinsów.
- Ja cię też - odparł słodkim głosem, po czym pocałował mnie namiętnie. Chwyciłam między zęby jego dolną wargę i zassałam ją delikatnie. Jęknął cicho, chcąc zdjąć mi koszulkę.
- Ej, czekaj - odsunęłam go lekko - Będzie ci się chciało tracić czas na ubieranie tego? Zdejmij tylko to, co trzeba - posłuchał mnie i pozbył się naszych spodni i dolnej bielizny.
Całowaliśmy się coraz bardziej agresywnie, a ja coraz bardziej chciałam już go poczuć.
- No... Pereira... Ty dupku... Zrób już to... - wyjęczałam, wywołując na ustach Joe uśmieszek satysfakcji. Gitarzysta posadził mnie sobie na biodrach i wszedł tak mocno, że aż krzyknęłam. Natychmiast zamknął mi usta pocałunkiem i mocno poruszał biodrami w rytm naszych ciężkich oddechów.

Akurat szczytowaliśmy, ledwo dając radę się uciszać, kiedy usłyszeliśmy na korytarzu głosy Toma i Stevena. Joe zjechał plecami po ścianie, kucając szybko. Uciszaliśmy nasze oddechy, drżąc na całym ciele.
Niechcący przejechał mi palcami po udzie, a ja jęknęłam cicho, na co Perry zasłonił mi usta dłonią.
- Ciii, mała - szepnął, nasłuchując.
- Jak oni sobie zaraz nie pójdą, to dostanę kota... Chcę żebyś dokończył... - odszepnęłam, patrząc na jego prawy profil, którym był do mnie zwrócony. On tylko położył palec na ustach.
W milczeniu czekaliśmy aż znów zapadnie cisza. Potem Joe ostrożnie wstał, wywołując mój przeciągły syk.
- No... dalej... - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Gitarzysta przycisnął mnie do ściany nagłym, teraz już nieprzerwanym ruchem bioder w przód i w tył. Odchyliłam głowę do tyłu, jęcząc miarowo.

Nagle powietrze przeszył głośny krzyk Joe, który doszedł pierwszy, prawie się glebiąc na miękkich nogach.
Jeszcze kilka ruchów i dołączyłam do niego, oddychając ciężko.
- Ko...cham....cię... - wydyszałam, opierając swoje czoło o jego.
- Ja...wiem...ja cię...też... - odparł i delikatnie postawił mnie na ziemi, podając mi spodnie i bieliznę. Ubraliśmy się i odczekaliśmy, aż nasze oddechy się uspokoją, a rumieńce z naszych policzków znikną.
Pocałowaliśmy się czule na koniec i wyszliśmy z pokoju, uważając, czy nikt nie idzie.

Wróciliśmy do studia w doskonałych humorach, uśmiechnięci, ale NIE WYGLĄDAJĄCY na parę. Steven jak widać trzymał gębę na kłódkę, bo nikt nie patrzył na nas dziwnie.
- Wracamy do pracy, chłopcy - w studiu znalazł się James i zaklaskał raźnie - Gramy dalej! - poszłam do mojej torby i wyjęłam z niej aparat. Takie tam efekty:



Jasne, jasne, Joe, udawaj, że grasz. Wszyscy wiedzą, że to tylko pozory...


Co robi Steven na próbie? Odsypia noc. Co robi w nocy? Lepiej nie wiedzieć...


Brad przykładnie gra... No, w końcu Tyler obiecał mu wódkę za ogarnięcie dupy, nie?


Joey i jego nowe gary... Boże, co za pedalski kolor... Ale grają... Nonono!


Tom stroi swój bas... Nie, nie dajcie się nabrać, gapi się na tyłek żony Jamesa, ale ciii...


Ty patrz, Perry, aparat! [Tak btw. te pięknie poczochrane kłaki Joe, to moja robota z ostatnich 30 minut...]

Nagle do studia weszła Emily, posyłając Stevenowi uwodzicielski uśmiech. Wokalista potruchtał do niej i zaczęli się chamsko lizać, nie zważając na nasze głupie komentarze pod ich adresem. Po chwili odkleili się od siebie, Em szepnęła coś Tylerowi na ucho i poszła sobie, odprowadzana tęsknym spojrzeniem wokalisty. Poczułam palce Joe muskające moją dłoń, ale odsunęłam ją, posyłając mu spojrzenie w stylu 'oni-mają-nie-wiedzieć'. Usłyszałam, jak gitarzysta wzdycha i puszcza moją dłoń.
- Zagramy w butelkę? - rozemocjonował się Tom.
- Na trzeźwo? - Tyler skrzywił się i poszedł gdzieśtam, a po chwili wrócił z kilkoma wódkami...


***


- Kręcisz, Kramer - wypadło na mnie i na Cassie. Ups...
- No dobra... - Joey zastanowił się chwile - Przeliżcie się, ale z języczkiem!
- Ty debilu - zaśmiała się Cass, przysiadając mi na kolanach. Wpiłem się w jej usta, ówcześnie oblizując jej wargi. Mruknęła cicho, błądząc językiem po moim podniebieniu. Po chwili Kramer zarządził koniec. Kurwa, co tak krótko?
- Perry, kręcisz - no ok. Zakręciłem... Wypadło na Toma i Jamesa (który o dziwo z nami grał).
- Ok... Tom, zdejmij koszulkę i wytrzyj nią Jamesowi gębę - zaśmiałem się ironicznie, a basista z udręczoną miną wykonał zadanie. Potem on zakręcił...
- Cass i Tyler... Nonono - Hamilton strzelił kościami w dłoniach - Przeliżcie się, tyle.
- Z WŁASNYM BRATEM?!
- O to chodzi w zadaniu - odparł Tom, a Cassie przewróciła oczami.
- Chodź tu, Steven - odparła i namiętnie pocałowała wokalistę w usta - Pasi? - zakręciła butelką po wódce - Hm.... Joey i Tom... Dobra, zapłacisz mi za to całowanie, Hamilton, zdejmuj spodnie! - powiedziała z drwiącym uśmieszkiem - I zawiąż je za nogawki Kramerowi na głowie.
- Zabiję się... - wycedził basista, pozbywając się dżinsów. Pod nimi (na szczęście) miał luźne spodenki. Tyle dobrego...
Zawiązał je perkusiście na głowie i usiadł z powrotem - Ile tak mam siedzieć?
- Chwilkę, zaraz ci powiem. Kręć - wypadło na mnie i Tylera.
- Zmieniam zasady, ten na kogo wskazuje korek zadaje zadanie - powiedziała Cassey. Korek wskazywał Stevena. Ten uśmiechnął się drwiąco i dał mi takie zadanie:
- Zdejmuj gacie... I się ładnie zaprezentuj.
- CO ZA KUTAS Z CIEBIE! - zaprotestowałem. Nie będę machał sprzętem przy całym Aero!
- To co, odpadasz? - oh, jak on kochał mnie dręczyć.
- Nie - zrzuciłem dżinsy i przełamując zawstydzenie, pokręciłem trochę biodrami, otrzymując głośne brawa.
- Jak już siedzicie bez spodni, to zagrajmy w rozbieranego pokera, mamy jedną panią, będzie na co patrzeć! - zaproponował Brad, a Cassie wybuchnęła ironicznym śmiechem:
- Prędzej będę twojego chuja oglądać, niż ty zobaczysz mnie choćby w staniku! - Brad od razu się zamknął.
- Ja się wypisuję! - powiedział James, spierdalając, aż się kurzyło...

Wszyscy ubrali się w pełni i zaczęliśmy grać, pijąc przy tym...


*** PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ ***


Nasz skład prezentował się dość ciekawie: Steven w skarpetkach i bokserkach, Tom w dżinsach, Joey i Brad w samych bokserkach, ja w dżinsach i skarpetkach, a Cass w pełnym ubraniu. Dobra jest w te klocki...
- Cassie, kurwa, weź w końcu przegraj, jako jedyna masz na sobie wszystko! - jęknął Tom, rozpinając pasek po kolejnej przegranej partii.
- Chyba śnisz, Tommy - odparła, zgrabnie wygrywając bodajże 10 serię, tym samym pozbawiając Tylera skarpetek - Pilnuj się brat, jeszcze jedna przegrana i się pochwalisz czego ci natura poskąpiła! - śmiała się. Steven spojrzał na nią obrażony i zaangażował się w grę.
Po chwili z satysfakcją nabił Cass pierwszą przegraną. Ta zrobiła minę w stylu: "0,0"
- Ale... ale... ale...
- ZDEJMUJ KOSZULKĘ! - wrzasnął z satysfakcją Tom. Dziewczyna wzruszyła ramionami i zgrabnie pozbyła się T-shirtu.
Bożeee, nie gapcie się na nią jak na dziwkę... I tak jest moja.
- Perry... Perry. PERRY! - wyrwał mnie z transu jej głos - Twoja kolej!
- Aaaa... jasne! - wyłożyłem karty. Ups. Za późno spostrzegłem błąd.
- Wyskakuj z gaci - mruknęła z uśmiechem moja dziewczyna, a ja szybko zdjąłem dżinsy i odrzuciłem je za siebie. Zauważyłem, że spłonęła rumieńcem i czym prędzej odwróciła wzrok. Hehehe...


***


Chwilę później wszyscy faceci zostali w samych bokserkach, a ja nadal, niezmiennie siedziałam jedynie bez koszulki. Zauważyłam, że o ile 4 mężczyźni byli pijani, to Joe był wstawiony po prostu totalnie.
Zamyśliłam się i to mnie zgubiło.
- STANIK! TERAZ STANIK! - darli się Tom i Joey, a Brad i Steven wrzeszczeli:
- SPODNIE, SPODNIE LEPSZE! - patrzyłam na nich z miną typu ";-;". W końcu stwierdziłam, że z dwojga złego lepsze mniejsze i zrzuciłam dżinsy wywołując dziki wrzask Aerosmith.

Spojrzałam na Perry'ego i poczułam, że oblewa mnie gorąco... Joe patrzył na mnie wzrokiem pełnym pożądania, wiedziałam, że gdyby nie oni, to już byśmy byli w nieco bardziej intymnej sytuacji...

- To teraz kto wygra może przelecieć Cassie! - wykrzyknął Tom, wykładając karty.
- Śnisz! Jedyny kto może mnie przelecieć z waszej piątki...
- Ja?
- HAMILTON, TY UPIERDLIWY KUTASIE! - śmiałam się - NIE TY!
- A kto? - spytał zawiedziony.
- On - odparłam i rzuciłam się na zaskoczonego Joe. Zaczęliśmy się całować przy rytmicznym klaskaniu reszty Asmith [taki skrócik, chętnie używany przez Joe na twitterze :3].

Joe wsunął mi dłonie pod bieliznę, trzymając je na moich pośladkach.
- Ułaaaa, będziecie się tu pieprzyć? - zainteresował się Whitford, ale my totalnie go olaliśmy.
- Joeee... - wydyszałam mu do ucha - Oni się gapią... Chodźmy stąd... - Joey wziął mnie na ręce i zaniósł do łazienki. Żaden z muzyków za nami nie polazł, ale przezornie zamknęliśmy toaletę na zamek, a potem kabinę - też na zamek.

Przycisnął mnie plecami do ściany, wpijając się w moją szyję. Jęknęłam głośno, chwytając ze materiał jego bokserek i zrywając je z niego.
- Jezu, Cassie... - wydyszał, wchodząc we mnie mocno.
- Jesteśmy nawaleni, zamknij się - odmruknęłam.
- Ja mam... jutro... - jęczał mi do ucha - Wywiad...
- Noo to co?
- I... masz... tam... być... ZE MNĄ! - wydarł się, szczytując. Nie odpowiedziałam mu od razu, drąc się na całe gardło.
- Ja...? - szepnęłam, dochodząc w jego ramionach.
- Tak, kochanie... - odszepnął, uspokajając oddech.
- Ale czemu?
- Poprosili mnie żebym się pokazał z wokalistką zastępczą... A jak jeszcze się dowiedzieli, że jesteś moją dziewczyną... Jeeee, to było! To jak?
- Zgadzam się - uśmiechnęłam się do Joe, który szybko cmoknął mnie w usta


***


- Przed państwem cudowny Joe 'Boski' Perry z Cassandrą Ternent-Tyler! - rozległy się brawa, a my weszliśmy do studia, trzymając się z Joe za ręce. W fotelu siedziała drobna, uśmiechnięta blondynka z notatnikiem na kolanach.
- Witajcie, kochani - przywitała się, podając nam rękę - Na początek chciałabym tak luźno zapytać, Joe, co tak właściwie łączy cię z Cassie i jak do tego doszło.
- Ja i Cassie jesteśmy oficjalnie parą - nachylił się i pocałował mnie w usta, na co publiczność zareagowała gwizdami i oklaskami - Poznaliśmy się w 1975 roku, poprzez jej brata, Stevena Tylera...
- STEVEN TYLER TO JEJ BRAT?! - dziennikarka była w szoku - Cassie, to prawda?
- Tak - odezwałam się delikatnym głosem - Steven jest moim bratem... Urodziłam się 3 kwietnia 1957 roku w Yonkers, w USA, w rodzinie państwa Tyler. Jestem Amerykanką. Mam siostrę Lyndę i brata Stevena. Mój ojciec, Victor jest pochodzenia włosko-niemieckiego, a matka, Susan, słowiańsko-czirokeskiego. Kiedy miałam 4 lata, czyli w roku 1961, moi rodzice się rozstali. Lynde i Steven zostali z ojcem w USA, a moja matka wróciła ze mną do Polski. Rok później poznała mojego tatę, Jima Ternent. Pobrali się... No i wszystko grało. O tym, że mam brata i siostrę dowiedziałam się w wieku 16 lat... Aha. Skąd się wzięłam w Anglii na samym początku? Mój tata, Jim, jest Anglikiem. Mama po prostu pojechała za nim do Londynu, bo tu lepsze życie. Podobno Steve chciał do mnie pisać, zobaczyć się ze mną wiele razy, ale... ale ojciec mu nie pozwolił. A mama nie chciała mi dać ich adresu. Ale dzięki... - zdławiło mnie w gardle - Mojemu byłemu chłopakowi, spotkaliśmy się ze Stevenem... I jesteśmy bardzo zgranym, kochającym się rodzeństwem. Brat wiele mi pomógł i bardzo mu za to dziękuję. Buziaki, Stevie - posłałam całusa do kamery.
- Proszę, kolejna tajemnica odkryta... Joe, kontynuuj proszę.
- Umówiłem się z nią...
- Co nie spodobało się Johnowi... - wtrąciłam cicho.
- Byliśmy na kawie... potem zaprosiłem ją do siebie i... No i tak jakoś wyszło, że zaczęliśmy się całować... - spojrzał na mnie, każąc mi wzrokiem kontynuować.
- Przyjechali John ze Stevenem... No i nas przyłapali... Miałam piekło... Nie widziałam się ani z Joe, ani z Johnem... Steven bardzo mi wtedy pomógł, nie wiem co by się stało, gdyby nie on... W końcu miałam dość i pojechałam zobaczyć się... No właśnie z Joe. Już wtedy mnie do niego ciągnęło... Przeprowadziłam się na trochę z mojego mieszkania do Stevena... I spotkałam tam Johna. Strasznie się wtedy pokłóciliśmy, naprawdę strasznie. Potem było wesele Rogera i Meg Taylorów... Joe się upił i całował się z jakąś laską... Był tam też John... Miałam ochotę udusić Joe, byłam totalnie wściekła... Poczekałam kilka dni i próbowałam z nim pogadać, ale znowu był pijany... Nie wytrzymałam. Poszłam do szkoły wojskowej i wróciłam po 6 latach ze stopniem 'Kapitana'. Byłam w Meksyku i Afganistanie... Na lotnisku spotkałam Johna i w sumie... Rzuciliśmy się sobie na szyję. Mieli trasę, więc poleciałam z nimi do Ameryki. Okazało się, że są tam Aerosmith... Poszłam się zobaczyć z bratem, siedzimy, gadamy, pokazuję mu zdjęcia z wojska... I kto staje w drzwiach? Oczywiście Joe. Byłam na niego wściekła, ale... Coś było nie tak. Narkotyki. Oboje zaćpani w trzy dupy... Z początku byłam nieświadoma, pomogłam nawet Stevenowi... Skąd miałam wiedzieć. No, ale z Joe wszystko się poukładało i w sumie wtedy miałam okres stabilny - ja i John jako para, Steven braciszek a Joe przyjaciel. Obiecał mi, że nie będzie brał. Kilka dni później telefon od Tylera: Joe przedawkował, przyjedź do szpitala... Siedziałam przy nim całe dnie... A potem się obudził - uśmiechnęłam się - Polazł sam po wypis, akurat przyszedł Steve i była totalnie słodka scena Toxic Twins - rozczuliłam się - Ale Steven radził sobie coraz gorzej... Queen polecieli dalej, a ja zostałam, żeby mu pomóc wyjść z nałogu... Nie radził sobie...
- Pobiła go w studiu, wściekła się, kiedy siedział zaćpany przy pianinie i nie potrafił zagrać dobrze jednej nawet piosenki - przejął opowieść Joe - Wziąłem ją do domu i spaliśmy OBOK siebie, wiecie, jak przyjaciele... Ja byłem z Rose, ona z Johnem... No i wtedy boom. Trasa! Co teraz? No i Cassey poszła na zastępstwo... Publika ją pokochała...
- Tak, ale... - znów ja zaczęłam opowiadać - Po pierwszym koncercie na własne życzenie się upiliśmy... Ja i Joe... W klubie... Skończyło się na tym, że kochaliśmy się prawie do rana u niego w domu... No a rano złapała nas Rose, kazała mi spierdalać i nie widywać się z Joe w zamian za to, że John się o niczym nie dowie... Uległam. Udało nam się jednak spotkać w kawiarni... Zadzwonił Steven, żeby go natychmiast zabrać z odwyku. Zrobiłam to, a następnego dnia na próbie był już totalnie zaćpany... Odwieźliśmy go z Perry'm, który...
- Przyznałem się, kto, co i jak bierze... - mruknął Joe.
- Wkurwiłam się. Nie skreśliłam go do czasu ostatniego koncertu. Był do dupy, Joe i reszta... Koszmar po prostu. Wróciłam do Londynu, zadzwoniłam po Johna... Po miesiącu pracowałam w CIA... I... Pewien przestępca... Zaszantażował mnie... I strzelił Johnowi w głowę. Ja, jak z Romea i Julii... Chciałam się zabić... Na szczęście skończyło się na tym, że oboje żyjemy... No i jakiś czas później był casting na ta modelkę do 'Rolling Stone'... John mi zabronił, to spieprzyłam do Joe, który nie dość, że mnie zdopingował, to jeszcze ze mną poszedł! No i rozmawialiśmy ze Stevenem... Uświadomiłam sobie, że po prostu wpadłam po uszy... Chciałam mieć Joe tylko dla siebie... Ale on był z Rose. I wtedy... ta sesja... Joe jako najlepszy muzyk... Jejku, dla mnie to było niebo dosłownie! Kilkanaście dni później dostałam propozycje... Sesji dla Playboya... Chciałam powiedzieć Joe, że go kocham... I ubrałam się w wyzywające ciuchy, pojechałam do Detroit udawać napaloną fankę... Udało się, wprawdzie wziął mnie do garderoby, ale nie pogadaliśmy, bo mieli problem z jego gitarą...
- Gadałem z Tylerem, jak wróciliśmy... Uświadomił mnie, że mam startować do Cass, skoro się w niej bujam... No i potem ta sesja...
- Co tu dużo mówić... Po ostatnim zdjęciu byliśmy tak na siebie nakręceni, że kiedy tylko fotograf zamknął za sobą drzwi, rzuciliśmy się na siebie...
- Chyba nigdy wcześniej nie przeżyłem tak cudownego seksu... - przyznał cicho Joe. Poczułam sie miło zaskoczona... Tyle lasek zaliczył i uważa mnie za najlepszą? Wow!
- Powiedzieliśmy sobie 'kocham cię'... No i masz efekt! - podniosłam do góry nasze splecione dłonie - Sorry, rozgadałam się...
- I dobrze, w końcu znamy prawdę co do szczegółu! - uśmiechnęła się dziennikarka - Dobrze... - zerknęła na notatnik - Joe, powiedz nam, czy masz zamiar się oświadczyć?
- A co to za pytanie? - uśmiechnął się gitarzysta.
- Jesteśmy tu, żeby rozmawiać o was! Więc?
- Hm... Czas pokaże - odparł wymijająco, kładąc dłoń na moim kolanie.
- W porządku... następne pytanie. Cassie, czy myślałaś o związaniu przyszłości z karierą jako modelka lub wokalistka?
- Yhm... Steven proponował mi trasę... A kilka czasopism sesję... Mi jednak wystarczy posiadanie sławnego chłopaka w ciągłych rozjazdach. O ile teraz mogę z nim jeździć w trasy... To jako gwiazda raczej by się to nie udało.
- Rozumiem... Joe, planujecie jakąś trasę?
- Nie, na razie skupiamy się na życiu rodzinnym, w następnym roku chcemy wejść do studia z nowym materiałem... Teraz odpoczywamy - opowiadał z uśmiechem. Nagle otwarły się ukryte 'drzwi' i do środka wjechał wielki tort. Wszyscy wstali i zaczęli śpiewać 'Sto Lat'. Joe patrzył na to wszystko totalnie zaskoczony, z otwartą buzią, widać, że się nie spodziewał...
- Nieeeeeech żyje naaaam! A kto? JOE! - zakończyliśmy. Podeszłam do niemal płaczącego ze wzruszenia Joe i przytuliłam go mocno, szepcząc mu na ucho:
- Wszystkiego najlepszego, najdroższy... Prezent dostaniesz w domu, a teraz to może być ewentualnie buziak, chcesz?
- Przecież wiesz, że tak... - odszepnął. Pocałowaliśmy się namiętnie, a publika oszalała ze szczęścia.
- Zdmuchnij świeczki, Joe! - zawołała dziennikarka. Perry pomyślał życzenie i dmuchnął z całej siły, gasząc wszystkie 30 na raz. Dostał ogłuszające brawa i wszyscy usiedli z powrotem.
- Już ci 30 stuknęła, co? - zagaiła dziennikarka z uśmiechem.
- Czuję się staro - roześmiał się - Ale się nareszcie ustatkowałem.
- To znaczy?
- Nie pieprzę wszystkiego co się da... Mam dziewczynę... Zespół... Poukładane życie!
- To na koniec jeszcze dwa pytania. Jesteś szczęśliwy teraz?
- Jestem bardzo szczęśliwy - odparł z szerokim uśmiechem.
- A o czym marzysz?
- Chciałbym się ożenić z Cassie i mieć kiedyś syna. Chciałbym też wydać solowy album... No i zawsze być w zgodzie z Tylerem!
- Oby się spełniło! Okej, dzięki bardzo! Jeszcze raz wszystkiego najlepszego, Joe i dziękujemy za wywiad! Do widzenia! - wyszliśmy z Perry'm za kulisy, gdzie odetchnęłam z ulgą.
- No i jak poszło?
- Byłaś świetna - zamruczał, całując mnie w szyję.
- Kochanie?
- Hm?
- Wszystkiego najlepszego - wtuliłam się w jego ramiona - Chodź do domu, mam coś dla ciebie...
- Okej! - zgodził się i poszliśmy do samochodu, cudem uciekając sforze paparazzich, czekających na tyłach budynku. Perry położył dłoń na moim udzie i cicho coś nucił. Mhm, coś czuję, że prezent poczeka...
W radiu leciał najnowszy utwór Queen 'Play The Game' i szczerze? Nie bolało mnie to ani trochę. Nie czułam nic, kiwałam się tylko w rytm muzyki, uśmiechając się lekko.
Joe wsunął dłoń pod nogawkę moich szortów i jeździł palcami po wewnętrznej stronie mojego uda. Zamruczałam cicho, zsuwając się lekko po siedzeniu.
- Nie kuś, bo cię przelecę w tym samochodzie... - powiedział cicho gitarzysta.
- Spoko - wzruszyłam ramionami.
- Nie igraj ze mną, mała...
- Grozisz mi? - spytałam ironicznym tonem. Wtedy wbił mi paznokcie w udo, a ja syknęłam głośno.
- Ostrzegałem - odparł zadowolony.
- Ty ciulu - zaśmiałam się - To nie fair!
- Nie? - zatrzymał się na poboczu jakiejś pustej autostrady. Ups. Chyba się doigrałam...

niedziela, 9 marca 2014

WAŻNE INFO + ZAPOWIEDŹ 'Queen rules... '20'

Mam wielką prośbę do was, czyli moich czytelników. Jak wiecie, dodaję rozdziały po prostu w totalnym nieładzie - raz wstawiam 3 części w jeden dzień, a raz jedną na miesiąc (za co przepraszam, ale cóż począć)...

No, ale do rzeczy. Jeśli chcecie być informowani o nowych rozdziałach na bieżąco, to poproszę o komentarz pod tym postem :3 Opcje powiadamiania są takie:

a) ask
b) gadu gadu
c) na waszym blogu

Buziaki ;*



+ ZAPOWIEDŹ CZĘŚCI '20 :3


- Co tak nie odbie... Uuuu! - Steve zagwizdał z uznaniem, patrząc na nasze stroje i splecione dłonie - Czyżby w końcu coś ten teges? - poruszył znacząco brwiami.
- Żebyś wiedział - odparłam, uśmiechając się.
- TAAAAAK, NARESZCIE! - wokalista zaczął nas ściskać i gratulować nam z radością - Już myślałem, że w życiu się nie zdecydujecie! Aha, mam gazetę z waszą sesją - wyjął z torby czasopismo, przekartkował i pokazał nam jedną z fotek - Ałć - to było zdjęcie, na którym Joe trzyma ręce na moich pośladkach - Mocne.
- To nie nasz pomysł... - sprostował Perry.
- Przyznaj się, Perruniu, rzuciłeś się na nią, kiedy tylko ten fotograf poszedł, nie?
- Ja...
- Jasne, że tak - odparłam za niego - I kochaliśmy się 3/4 nocy i teraz rano. Cóż... Nie będę robiła za cnotkę przy takim facecie - oparłam Joe głowę na ramieniu. Steven uśmiechał się czule.
- Pasujecie do siebie - stwierdził, patrząc na nas.
- Dziękujemy - Joey cmoknął mnie w skroń - Steve... Bądź tak dobry i nie mów chłopakom... O nas...
- Dlaczego?
- Proszę... Jeszcze nie - położyłam wokaliście rękę na ramieniu - Sami powiemy za... jakiś czas.

sobota, 8 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 19

*** 3 MIESIĄCE PÓŹNIEJ ***


- Nie pójdziesz!
- Pójdę!
- NIE! NIE BĘDZIESZ ROBIŁA Z SIEBIE DZIWKI W PRASIE!
- UWAŻASZ, ŻE SESJA ZDJĘCIOWA TO KURWIENIE SIĘ?!
- W BIELIŹNIE?! MOŻE NIE?!
- NIE BĘDĘ DAWAŁA IM DUPY!
- NIE OBCHODZI MNIE TO, NIGDZIE NIE JEDZIESZ!
- NIE ZABRONISZ MI!
- NIEEE?!
- NIE!
- NIE POJEDZIESZ, CASSANDRO!
- SPIERDALAJ! - odwrzasnęłam i pobiegłam po schodach na górę. Szybko spakowałam rzeczy do torby i wybiegłam z domu trzaskając drzwiami.


*** następnego dnia ***


*** Joe ***


Ktoś energicznie zapukał w drzwi. Otworzyłem i ujrzałem Cass. Stała ewidentnie wkurwiona, w cieniutkim sweterku, conversach i dżinsach.
- Co ty tutaj robisz?
- Wpuścisz mnie?
- Tak, wchodź! - przepuściłem ją i zamknąłem drzwi na zamek - Kawa, herbata?
- Cappuccino, wiesz przecież - odburknęła. Tak złej nie widziałem jej już wieki.
Przygotowałem dwie kawy, postawiłem na stoliku przed kanapą i spytałem niepewnie:
- Co się stało, Cassey?
- Ogłosili casting na modelkę do sesji 'Najlepsi Rockowi Gitarzyści' z 'Rolling Stone'...Chciałam iść...Ale John się nie zgodził...
- Czemu?
- 'NIE BĘDZIESZ ROBIŁA Z SIEBIE DZIWKI W PRASIE' - skrzywiła się
- DZIWKI?! Ja uważam, że to zajebisty pomysł, nadajesz się do takiej sesji!
- Tak uważasz...?
- Pewnie! Idź na ten casting! Kiedy to?
- Za dwa dni...
- Idź. Pójdę z tobą, dla towarzystwa.
- Bierzesz udział w tej sesji?
- Nie - skłamałem - Pójdę, żebyś się nie czuła samotna!
- Chętnie - uśmiechnęła się - Będzie mi miło...
- Super...To jesteśmy umówieni!
- Przechowasz mnie u siebie? Nie mam mieszkanka w Ameryce niestety... - zagryzła wargę
- Nie ma sprawy! - właśnie sprawiłaś, że jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi! - A ten...chcesz się zobaczyć ze Stevenem? Zaproszę go tu!
- Jasne!
- Super - zadzwoniłem po brata Cass - Przyjdzie z Em...
- Miło - ucieszyła się. Chwilę pogadaliśmy, po czym pojawili się przyszli Tylerowie.
- CASSIE?! - Steve był w szoku
- Nie przywitasz się? - spytała i już się tulili do siebie - Cześć, Emily! - kobiety cmoknęły się w policzki, a Em pokazała dłoń z pierścionkiem.


*** Cass ***


- OŚWIADCZYŁ CI SIĘ?! - byłam milutko zakoczona
- Tak - przyznała Emily z radością
- Gratuluję wam obojgu! - zaczęłam ich tulić i winszować im. Cudowna wiadomość!
- A ty, Joe? - spytała luźno Emily
- Jaaa? - gitarzysta uciekł wzrokiem - Może już niedługo... - poczułam lekkie ukłucie w sercu. Joe i Rose Perry? Nieeeee....
- Co tu robisz, Cassey? - spytał Steve, a ja opowiedziałam im o castingu i kłótni z Deakym.
- Ja też uważam to za dobry pomysł... Co nie, Emily?
- Pewnie! Masz świetną figurę, korzystaj! - powiedziała pani przyszła Tyler, a ja zarumieniłam się nieco.
- Dzięki wam...Pójdę na ten casting i chuj Johnowi do tego! - zawołałam
- Jasne, że tak! Napijemy się? - zaproponował Joe
- Chętnie! - Tyler, nie musiałeś odpowiadać, serio...


*** następnego dnia, casting ***


Denerwowałam się jak cholera.
- Nie trzęś się tak, Cassey... Wszystko będzie ok! - Joe trzymał mnie mocno za rękę. Ignorowałam zaskoczone spojrzenia innych dziewczyn. Padło kilka pytań w stylu 'jesteście parą?'. Nie... jeszcze nie... CO JA GADAM?! Nieważne, nic nie było.
- Ternent Cassandra! - wywołali mnie
- O Jezu... - jęknęłam, a Perry szybko cmoknął mnie w usta
- Poradzisz sobie - szepnął i popchnął mnie do sali.
- Dzień dobry...Cassie, tak?
- Tak.
- Ile masz lat?
- 24...
- Wzrost?
- 174 cm
- Waga?
- 53 kilogramy.
- Dobrze... - jury oceniało wzrokiem mój strój. Miałam na sobie krótką, obcisłą spódniczkę ze skóry, przylegający, biały top i wysokie koturny. Kazali mi pozować, robić różne figury, ustawienia, pocykali mi parę fotek i odprawili, każąc czekać na wyniki, które do tygodnia zostaną dostarczone.
Powodzenia, z około 200 kandydatek wybrać 1, super.

- Jak poszło? - spytał uśmiechnięty Joe, chwytając mnie za rękę
- Świetnie - odparłam, całując go w policzek. Dziewczyny czekające na swoja kolej patrzyły na to z zazdrością - Wyniki będą do tygodnia.
- Super! A wiesz...jestem na okładce 'Rock Now'! Patrz! - wręczył mi egzemplarz gazety. Na okładce było to zdjęcie:




Umarłam. Autentycznie. Cassie, co się z tobą dzieje?! Perry to twój chł... PRZYJACIEL!
- I jak?
- Ale mam przystojnego przyjaciela - zaśmiałam się, ukrywając rumieniec. Joe objął mnie ramieniem. Zauważyłam, że kilka lasek podeszło do nas, wdzięcząc się i prosząc o autograf. Perry westchnął, wziął podany marker i zaczął się podpisywać. Po chwili otoczyła nas cała gromada, skamląc choćby o jedno spojrzenie gitarzysty, ale on po prostu je olewał.
- Rany boskie, Boże, widzisz, a nie...zaraz. Przecież on kurwa grzmi, ale takiej szpachli to kurwa prąd nie przewodzi - mruknął mi do ucha przy blondynie w różowej sukience i z twarzą płaską jak stół biurowy - A tamta jebana nie lepsza. Patrzcie państwo. Chyba lubi Pink Floyd, bo jej ryj to jedna wielka The Wall - szeptał mi do ucha, a ja chichotałam cicho - O, a ta trzecia od lewej powinna być patriotką. Torba na łeb i za Ojczyznę. Ło kurwa, Matko Naturo, to są jakieś jaja? Przecież nie ma Wielkanocy... - teraz nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem, a Joe zaprezentował swój cudowny uśmiech, ale po chwili się skrzywił - Co to za ciuchy w ogóle? Tamtej cycki to mają okres, czy to keczup? - dobra. Teraz się popłakałam ze śmiechu - Boże, szkoda mi zakładać okularów, jej widok przepali mi moje piękne Ray-Bany... Dobra, koniec zabawy! - ostatnie zadanie wypowiedział już głośno - Spadamy, słońce ty moje - dodał, biorąc mnie za rękę i dosłownie spieprzając z pomieszczenia.

- Uff! - roześmiał się Joe, patrząc na mnie swoimi ślicznymi oczętami w kolorze ciemnego brązu - Myślałem, że to się nigdy nie skończy!
- Ja też, Joey - posłałam mu słodki uśmiech.


***


 - CAAAAAAAAAAAAAASS! - usłyszałam wrzask wchodzącego właśnie do domu Stevena. Zbiegłam na dół i rzuciłam mu się na szyję
- Hej, braciszku! - wokalista przytulił mnie ze śmiechem i podał mi kopertę
- Do ciebie. Akurat szedł listonosz...Gdzie Pereira?
- W sklepie, z ROSE... - mój głos zabrzmiał co najmniej smutno
- Siostra, musimy porozmawiać - powiedział poważnie Tyler, ciągnąc mnie na kanapę w salonie
- Mów - rozsiadłam się wygodnie, a Steve przysunął się, objął mnie ramieniem i zapytał prosto z mostu:
- Bujasz się w Perrym, prawda? - speszyłam się totalnie
- Co ty! Ja...my jesteśmy tylko przyjaciółmi...
- Siostrzyczko, twoje czerwone policzki mówią same za siebie! No przecież mu nie wygadam! - lecz ja milczałam - Cassey no...Powiedz mi - uniósł mi brodę - Kochasz się w nim? - prawie niezauważalnie kiwnęłam głową - Oh, skarbie... - przytulił mnie mocno do siebie
- Czemu on jest zajęty? - spytałam płaczliwym tonem
- Ciii, już w porządku - mruczał, głaszcząc mnie po głowie, a ja się poryczałam jak debilka. Kurwa no...
Nagle usłyszałam trzask drzwi i szybko zaczęłam się śmiać. Płaczę ze śmiechu. Tak.
- Jessss....SIEMASZ, TYLER! - mężczyźni przybili sobie piątkę - Cassey, czemu płaczesz?
- Ze śmiechu - teatralnie otarłam 'łzy rozbawienia' - Steven kocha doprowadzać mnie do płaczu w sensie pozytywnym - trąciłam brata łokciem - Ej, idę do łazienki - wstałam i pobiegłam na górę. Tam otwarłam kopertę i... wrzasnęłam z radości. Zbiegłam z powrotem na dół.
- WYGRAŁAM, WYGRAŁAM TEN CASTING! - skakałam jak pojebana po pokoju. Joe roześmiał się radośnie i okręcił mnie dookoła pokoju.
- Gratulacje, mała!
- Jesteś najlepsza przecież, siostra, musiałaś to wygrać! - dodał z uśmiechem Steven.


*** TYDZIEŃ PÓŹNIEJ ***


Za mną już tydzień zdjęć ze Slashem, Jimmim Page'm, Kirkiem Hammetem i Keithem Richardsem czyli z 5, 4, 3 i 2 miejscem w tym 5-punktowym rankingu. Dziś sesja z najlepszym gitarzystą roku... Nie mogłam się doczekać poznania go!

Stałam przed ogromnym lustrem ubrana w sportowy, czarny stanik, czarną, rozpiętą marynarkę i jasne dżinsy rurki. Makijażystka kończyła ogarniać moje rzęsy.
- Jest super! - skomentowała po skończonej pracy
- Dzięki, Sally, jest świetnie - poprawiłam fryzurę, przyglądając się sobie.
- Cassie! Gotowa?
- Już idę! - odkrzyknęłam i wyszłam z garderoby, przechodząc na plan zdjęciowy. Fotografowie przybili mi piątki, a moja 'choreografka' powiedziała:
- Zaraz przyjdzie nasz najlepszy wioślarz - uśmiechnęłam się z rozbawieniem na tego 'wioślarza'. Po chwili drzwi się otwarły...
Umieram.
Zdycham z zachwytu.
CO ON TU DO CHOLERY ROBI?!



- Heeeej - zamruczał tym swoim seksownym głosem, obejmując mnie lekko.
- Wybacz, Cass, ale miała być niespodzianka... - powiedziała cicho choreografka, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- I jest! Ogromna... Joe, jestem z ciebie dumna - cmoknęłam go lekko w policzek.
- Eee tam... - speszył się.
- Nasz zdolny - zmierzwiłam mu włosy, co spotkało się z piskiem rozpaczy jego charakteryzatorki:
- UKŁADAŁAM MU TO PÓŁ GODZINY!
- Tak jest lepiej - zrobiłam śliczny, naturalny nieład na jego głowie. Perry cały czas się uśmiechał, widać było, że jest szczęśliwy.
- Dobra, gotowi na sesyjkę?
- Ja tak.
- Ja również - odparliśmy. Najpierw zrobili nam kilka fotek tak zwanych 'na odpieprz' ale naprawdę ustawianych godzinami... Potem kilka: typ 'Joe w akcji', czyli gitarka + sygnowany fMarshall... No a następnie zagoniono mnie do garderoby...
- Załóż to i to - Sally podała mi body z formie skórzanego, koronkowego gorsetu i lita z ćwiekami. Zdziwiłam się, ale posłusznie się przebrałam. Sally wyostrzyła mi makijaż i spryskała mnie perfumami. Joe już czekał ze swoją nowiuteńką gitarą. Bez koszuli. W najbardziej obcisłych dżinsach jakie widziałam w życiu.



 Jego wygląd przyprawiał mnie o spazmatyczne dreszcze. Był orgazmicznie przystojny, nie dziwię sie, że laski ślinią się na jego widok...
- Wyglądasz....no....wow... - skomentował, zjeżdżając wzrokiem na mój dekolt.
- Dziękuję...Ale powiem ci, że oczy mam tu - podniosłam mu brodę do góry. Miał wzrok typu 'są-cycki-jest-ded'.
- Sorry...
- Nie, spoko - sama nie byłam taka święta, gapiąc się nieco poniżej linii jego bioder... Ogarnij się, Cass, to nie twój facet...
- Dobra, gołąbeczki, zaczynamy! - ewh. To jest koszmar, że zrobienie zdjęcia trwa 30 sekund a ustawianie do niego 10 minut!
Powiem tyle, że ta sesja...to chyba najlepsze co mnie w ostatnich czasie spotkało. No, bo wiecie...Obejmuje was totalnie przystojny mężczyzna, który jest waszym najlepszym przyjacielem....aaaach....

Kiedy fotograf kazał Joe położyć ręce na moich biodrach, przeszedł mnie delikatny dreszcz.
- Drżysz, skarbie... - mruknął mi do ucha, a fotografowie strzelili kolejne zdjęcie.
- Zimno mi - skłamałam.
- Konieeeeeec! - zawołała choreografka, wchodząc na plan zdjęciowy - Możecie spadać, dzięki!
- Taa, my też dziękujemy, nara - pożegnał się Joey, ciągnąc mnie za rękę - Przebieramy się i spa...
- Joe, stary! - przed nami wyrósł, znikąd dosłownie, Steven. Zagwizdał na mój widok, po czym zwrócił się do gitarzysty:
- Jedziemy w trasę na dwa tygodnie, znaczy tu, po LA, ale wiesz...
- Znowuuu? No dobra... - westchnął Pereira, zakładając koszulkę. Ja przeszłam do garderoby doprowadzając się do zwykłego stanu, czyli dżinsy, T-shirt i conversy. Mężczyźni pogrążeni byli w rozmowie.
- Kiedy jedziecie? - spytałam, stukając brata w ramię.
- Jutro! - zaskrzeczał teatralnie.
- No super - skrzywiłam się - Ja nie wracam do Anglii...
- Mieszkaj sobie u mnie, nie ma problemu - wzruszył ramionami Perry.
- Ale Rose...
- Nie przejmuj się nią, to nie jej sprawa.
- Dobrze... - westchnęłam - Idziemy?


***


Trzymałam niepewnie słuchawkę telefonu, wahając, czy zadzwonić, czy nie...
Dostałam...znaczy Joe dostał...informację, że pismo sprzedaje się jak ciepłe bułeczki i 'Rolling Stone' we współpracy z (kurwa) 'Playboyem' chcą nieco bardziej PIKANTNEJ sesji ze mną i z nim...
Tylko co ja mu powiem!?
'Joe, wiesz, jesteśmy przyjaciółmi wprawdzie, no, ale taka sesja może być, nie?'
Kurwa...
Gdyby nie to, że się w nim kocham...
CO?!
Czy ja właśnie przyznałam sama przed sobą, że się zakochałam w Joe?
O rany...
I co, będę całe życie udawać, że między nami jest tylko przyjaźń!?
Powiem mu.
Nieważne, czy spierdolę naszą znajomość, czy on to odwzajemni...
Powiem mu, że go kocham.
Powiem.
Kocham cię, Pereira.


***


Plan był głupi w swej prostocie i prosty w swej głupocie - kiedy Aerosmith grali w Detroit, założyłam ciuchy w stylu 'fanki do spania' - skórzany gorset, obcisłe szorty, zakolanówki i lita, a do tego czarną maskę na oczy, aby Perry mnie nie poznał. Całe przedsięwzięcie było bardzo proste - z pomocą wejściówki pokręcić się koło garderoby Joe, razem z resztą fanek i poczekać, aż gitarzysta wyjdzie. Wiem, w jakich laskach gustuje, dlatego ubrałam się TAK - musi wziąć właśnie mnie. No a potem mu się ujawnię i mu to powiem. Tak.

Pokazałam ochroniarzowi przepustkę i zgrabnie przeszłam w okolice garderoby Pereiry. Kręciło się tam kilka półnagich, farbowanych blondyn i z trzy brunetki ubrane w skąpe staniczki. Stanęłam sobie w seksownej pozie i odpaliłam papierosa, zaciągając się ostatencyjnie.
Po chwili rozległy się pojedyncze piski i chichoty, a laski zaczęły się wdzięczyć. Otwarły się drzwi i wyszedł z nich ochroniarz Joe. Obrzucił wszystkie dziewczyny wzrokiem i coś mówił siedzącemu w  środku Perry'emu. Po chwili skinął na mnie palcem, a inne fanki rozpoczęły symfonię jęków zawodu. Z lekkim uśmieszkiem weszłam do środka, kręcąc biodrami. W środku panował mrok, lecz wyraźnie widziałam zarysowaną sylwetkę Joe, który podszedł do mnie powoli.
Poczułam jego dłonie na swoich biodrach i jego miękkie wargi na moich. Czemu muszę to przerywaaaać...
Delikatnie odsunęłam mu twarz i zdjęłam maskę z oczu. Joe zrobił minę typu ':o'
- CASS?!
- Ciii.... - odszepnęłam - Nie przestawaj - widziałam, że się waha, więc sama wpiłam się mocno w jego usta. Całowaliśmy się dłuższą chwilę, która była chyba kolejną z najpiękniejszych w moim życiu...
- Joey... - wyszeptałam - Muszę ci coś powiedzieć...
- Taak? - jego głęboki głos w formie szeptu przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.
- Nie wiem...co ty na to...nie obchodzi mnie to...mam gdzieś konsekwencje....ale...chciałam ci powiedzieć, że... - wtedy ktoś energicznie zastukał w drzwi. Perry odsunął mnie delikatnie i poszedł zobaczyć kto pukał i czego chciał. Kiedy wrócił, wiedziałam, że mam po mówieniu.
- Co jest?
- Muszę iść, mają problem z moją gitarą - odparł, zakładając marynarkę - Cassey, co ty tutaj w ogóle robisz?
- Chciałam ci zrobić niespodziankę...ale skoro idziesz... - spuściłam głowę.
- Przepraszam - odparł chłodnym tonem i wyszedł z garderoby. Usiadłam na kanapie, wzdychając ciężko. Co zrobiłam nie tak?!

Narzuciłam na siebie płaszcz i wyszłam z pomieszczenia, robiąc tzw. dobrą miną do złej gry. Poszłam na dworzec i wsiadłam w busa do LA. Cóż. Przecież to norma, że MAM SZCZĘŚCIE, PRAWDA?


***


Tydzień później, w południe, Joe wrócił do domu. Wyszłam na korytarz i dosłownie rzuciłam mu w twarz zawiadomieniem z wkurwioną miną.
- Mhm... - mruknął, przebiegając wzrokiem po tekście - Może być.
- Jak chcesz.
- Jesteś na mnie zła?
- Nie.
- Przecież widzę.
- Przestań, Pereira.
- Ale co!?
- Nic - burknęłam, odwracając się do niego plecami.
- Ej... - powiedział łagodnie, obejmując mnie - Nie bądź zła...Przepraszam za popsucie wieczoru...Więc...Co chciałaś mi powiedzieć?
- O tym zawiadomieniu - skłamałam, wyrywając się mu - A teraz wybacz, ale idę się położyć, boli mnie głowa.
- Jasne.... - odparł smutnym tonem. Westchnęłam, zatrzymując się przy schodach.
- Pereira.
- Hm?
- Chodź tu - podszedł posłusznie, a ja wtuliłam się w niego mocno - Przyjaciele się nie kłócą o takie gówno. Co z tą sesją?
- Ja się zgadzam, brzmi super!
- Ja w sumie też... - przytulać prawie nagiego Joe? Teraz, zaraz! - Zadzwoń do nich, a ja się serio położę.
- W porządku, śpij dobrze - cmoknął mnie w skroń i poszedł potwierdzić naszą zgodę. Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, jak bardzo zależy mi na tym człowieku. ZAJĘTYM.


***


- PIKANTNA SESJA?!
- Tyler, nie drzyj się...Ona jest na górze, jeszcze usłyszy...
- Joe, masz genialną okazję! I zostaw w końcu tą wywłokę!
- Cass mnie nie kocha, zrozum! - powiedziałem zrozpaczonym tonem - Traktuje mnie jak przyjaciela! - Steven popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem.
- Taaa? I dlatego pozwala się całować w policzek, w czoło, w usta... - wyliczał Steve na palcach.
- W USTA NIE BYŁO!
- Nie? Na pewno?
- No...no dobra, było.
- Nie kocha cię, więc dlatego się do ciebie dosłownie klei?
- CO?!
- No a nie? Wiecznie się kleicie do siebie, tulicie, trzymacie za ręce... Ale nieee, to przecież NIC NIE ZNACZY!
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi... - bąknąłem pod nosem.
- Mhm, jasne, a ja to krowa - zirytował się Steve.
- No może trochę... - uśmiechnąłem się, a wokalista trącił mnie ramieniem.
- Ty se, Pereira, uważaj - ostrzegł, uśmiechając się szeroko - Słuchaj mnie. Jesteś Joe Fuckin' Perry, czy nie?
- No...no...jestem...
- To zrób coś w końcu! I weź zerwij z tą wywłoką Rose, bo jej nie cierpię...
- Czemu?
- Bo jest dziwką i idiotką, no, a poza tym zabrania ci niemal wszystkiego i jeszcze ciągnie z twojego konta zamiast tobie obciągać!
- Tyler, ty cioto... - westchnąłem - Jeśli dla ciebie związek to tylko i wyłącznie obciąganie...
- NIE, NIE SŁUCHASZ MNIE! - dał o sobie znać jego wybuchowy charakter - Nie rozumiesz, że ona jest z tobą dla kasy i lansu?! Nie widzisz tego, do cholery!? JESTEŚ KURWA ZAŚLEPIONY!
- Nieprawda...Kocham Rose...
- JASNE, NA PEWNO!
- CISZEJ, KURWA!
- No już, już...Ty jej nie kochasz, Perry. Ty kochasz Cassie, a Rose to przykrywka. Sam wiesz, jaka ona jest, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Wy nawet ze sobą nie śpicie! - zbulwersował się - Ile razy się z nią pieprzyłeś? No pytam!
- Dwa...
- Całowaliście się? Całujecie?
- Nie...
- Przytula cię?
- N...nie...
- NO TO KUUURWA! - Stevenowi puściły nerwy - Deacon ci ją sprzątnie sprzed nosa i mi będziesz jęczał i wył, że nie jest twoja. WALCZ, PEREIRA! Bujasz się w niej od 6 lat! - spuściłem głowę. Skubaniec, miał racje.
- Dobra...niech będzie...przyznaję...kocham ją.
- No i to mi się podoba - poklepał mnie po ramieniu - Wiesz... - przysunął się bliżej - Gadałem z nią o tobie...
- I co i co? Traktuje mnie tylko jak przyjaciela? A może...może jakimś cudem...też mnie kocha? - Steven patrzył mi w oczy TAKIM wzrokiem. W tym spojrzeniu zawarte było wszystko. Cała odpowiedź. Znaliśmy się zbyt długo, żebym nie znał znaczenia tego wzroku. Jesteśmy Toxic Twins. My się rozumiemy bez słów. Bez gestów. Wystarczy nam jedno spojrzenie. Jedno skinięcie.

Zrozumiałem.


***


Denerwowałam się cholernie. Bałam się, że się na niego po prostu rzucę, kiedy tylko się pojawi. Wyszedł z łazienki, przeczesując palcami włosy. Ledwo powstrzymałam jęk zachwytu. Był cudowny.



Mogłam na niego patrzeć godzinami...W skórzanej ramonesce jego umięśnione ramiona, były jeszcze bardziej wyraźne i podkreślone, a jego klatę opinał dokładnie skórzany materiał. Dobrali mu do tego czarne, dżinsowe spodnie i ćwiekowany pasek. Ładnemu we wszystkim ładnie...A przystojnemu we wszystkim zajebiście.
Joe 'Fuckin' Perry.
Jeden z najpiękniejszych facetów na ziemi. Jeden z najseksowniejszych mężczyzn ever. Mój przyjaciel. Najlepszy przyjaciel. Który jest kurwa zajęty...


***


Wychodząc z łazienki, wpadłem prosto na Cassie. Miała na sobie...miała....miała na sobie to:



 Eeeeeaaaayyyyy.... Boziu, jaka ona jest seksowna i śliczna, aaaaaaawh! Cholernie podobają mi się laski w gorsetach, to jest po prostu zaakcentowane najpiękniejszych rzeczy w ich figurze... Szkoda, że w większości kobiety się gorsetów...boją? Bo wcale ich nie noszą... Wiem, że to nie Cass wybierała sobie ciuchy, ale musiała się zgodzić, żeby założyć akurat te...
Dochodzę od samego patrzenia...Zaraz się zacznę ślinić normalnie.
Ogarnij się, Pereira...


***


Czekaliśmy aż fotograf ustawi cały sprzęt w salonie. Muszę przyznać, że lepszego miejsca nie mógł wybrać, bo salon Joe był urządzony po prostu pięknie, w tonacjach czerni, bieli i czerwieni, wiecie, skórzana kanapa i fotele, czerwone ściany i białe dodatki...Cudeńko!
- Okej, wszystko gotowe...A wy? - uśmiechnął się fotograf. Był młodym mężczyzną i kazał mówić sobie Peter. No dobra.
Pokiwaliśmy głowami, patrząc na siebie dyskretnie.
- No to tak...Pereira, ty musisz mieć swojego Gibsona...Tak, tego. Ok. Usiądź i oprzyj gitarę o kolano, jak w pozycji do grania na siedząco...Mhm...Dobrze! A ty, Cassey, tak półleżąco z nogami na jego kolanach...Ale rozluźnij się! No, cudownie! - zadowolony Peter zrobił pierwsze zdjęcie - Czy wy...kim wy dla siebie jesteście?
- Najlepszymi przyjaciółmi - odparłam szybko.
- Uhm...Czyli obmacywanki odpadają? Tak samo całowanie?
- Niekoniecznie... - uśmiechnęłam się lekko, a Joe rozbłysły oczy.
- No i to chciałem usłyszeć...Siadaj mu okrakiem na kolanach - usłyszałam i lekko spanikowałam. HALO, JA MAM NA SOBIE TYLKO MAJTKI I GORSET!


***


Widziałem, że niezbyt jej to pasuje...Cóż. To nie oznacza, że jej na mnie nie zależy...Też bym przy obcych nie chciał się obmacywać, no ale co zrobić...
Usiadła mi na kolanach, oplatając nogami moje biodra. Poczułem jak oblewa mnie gorąco, a moje spodnie robią się nieco ciaśniejsze...Cholera. Nie teraz...
Spojrzała mi w oczy i oparła dłonie o swoje uda.
- Ej...wy mnie okłamujecie! - zawołał fotograf - Przyznajcie się, że jesteście parą!
- Nie, naprawdę nie jesteśmy! - zaśmiała się Cassey, odwracając lekko głowę. Poczułem silny zapach jej perfum, spodobał mi się...
- To teraz się nie ruszać, Cass, patrz mu w oczy, a ty Joe, leciuteńko się uśmiechnij....O tak. Cass, rozchyl usta...Pięknie. Nie ruszać się... - usłyszałem dźwięk flesza - Nie wstawajcie...Hm...Ok, Perry, kładziesz się na boku twarzą do mnie...Cassie, połóż się za nim i przerzuć mu nogę przez bok...Mhm, super. Uwagaaaa... - kolejny błysk - Okej, po następnym zdjęciu nikt wam nie uwierzy, że nie jesteście razem, wstawać i pod ścianę - kurwa, jak w Auschwitz! - No, dalej! Joe, masz być oparty plecami o ścianę - posłusznie się oparłem - A ty, Cassey, podejdź do niego...Zarzuć mu ręce na szyję... - aj, robi się gorąco - A ty, Pereira, trzymaj ją za tyłek - COOO?!
- Ale...ale... - zaprotestowałem cicho, rumieniąc się, ale usłyszałem w uchu szept Cassie:
- No dalej, zrób to - ooo, skoro chcesz! Przyciągnąłem ją za pośladki, tak, że przywarła do mnie całym ciałem. Ajajajajajajjjjjjj...
- No i buziak, ale tak wiecie jak... - o fak. No to po mnie. Cassey patrzała na mnie wyczekująco, więc wpiłem się w jej usta, wsuwając język między jej wargi. O. Mój. Boże.


***


Czułam jak uginają się pode mną kolana. O rany, całuje mnie Joe 'Boski' Perry...Przejeżdżał mi językiem po podniebieniu, sprawiając, że umierałam z zachwytu.
Jeeeeeeeeeeeeej...
- Okeej, mam zdjęcie, możecie już przestać - z trudem oderwaliśmy się od siebie, dysząc ciężko. Joe patrzył na mnie z żarem w oczach, wiedziałam, że chce więcej...Zresztą nie tylko on...
- Dobrze, jeszcze dwie foty i możecie się zająć sobą - zapowiedział Peter. Tym razem żadne z nas nie zaprotestowało na słowa 'zająć się sobą'...
Fotograf kazał mi odchylić się mocno w tył, a Joe miał mnie trzymać w pasie, drugą ręką ujmując korpus gitary.
Za to propozycja ostatniego zdjęcia po prostu zwaliła mnie z nóg...


***


Nie...Ja nie...Kurwa, ja tam umrę. Nie dam rady, zdechnę z zachwytu zanim zrobi zdjęcie...
Peter kazał iść Cassie, żeby zdjęła gorset. Miałem ją przytulić do klatki piersiowej, bez niczego od pasa w górę i zasłaniać z boku Gibsonem. Dla mnie po prostu bomba, ale...No ok, nie wyglądała na zachwyconą. Stała niepewnie na środku pokoju, zagryzając wargę. Po chwili podeszła do mnie.
- Cassey... - wymruczałem jej do ucha - Ja wiem...to jest...krępujące...
- Nie. Nie samo zdjęcie. Jak mam wyjść z łazienki?! Mam świecić cyckami aż nas ustawi?
- Ej - zerknąłem na tasiemkę przy jej gorsecie - Ja to załatwię. Peter! - imię fotografa powiedziałem już na głos - My się sami ustawimy.
- Ok, jak wolicie.
- Dobra, Cass, plan jest taki. Biorę gitarę, trzymam jak do zdjęcia, ty się musisz we mnie wtulić, a wtedy rozwiążę ci tasiemkę i po prostu wykopię gorsecik poza kadr. Pasuje?
- Jasne! - kiwnęła głową. Wziąłem mojego Les Paula do prawej ręki i podniosłem go nieco. Cassey przylgnęła do mojej klatki piersiowej, a ja jednym pociągnięciem za tasiemkę, pozbawiłem ją tego cud gorsetu. Ledwo powstrzymałem jęk, kiedy zamiast materiału, poczułem dotyk jej rozgrzanej skóry...
- Jesteście cudowni, idealnie, nie ruszać się! - rozchyliłem leciutko wargi, patrząc na nią z zachwytem. Ona spojrzała mi w oczy wzrokiem pełnym żaru.
Poczułem jak ponownie oblewa mnie gorąco i zupełnie zapomniałem o Peterze. Kiedy tylko błysnął flesz, wpiłem się w usta Cassie, odkładając gitarę i osłaniając ją ramionami.
- Jasne, rozumiem, ja się tu pozbieram, a wy idźcie się...Ogarnąć - chwilę poczekaliśmy, aż fotograf zbierze sprzęt i wyjdzie.

Rzuciłem się na nią w tym samym momencie, kiedy Peter zamknął za sobą drzwi. Nie opierała się; wręcz przeciwnie. Jedyne, co nam przeszkadzało, to ten cały bałagan... Wiecie, ciuchy, gitara, wzmacniacz, dwie duże lampy...
- Na górę? - zapytałem, dysząc.
Skórę na szyi i wargi miała rozpalone od moich namiętnych pocałunków, cała drżała, nadal wtulając się w moje ramiona.
Nie odpowiedziała słowami, ale skinieniem głowy.


 ***


Było mi obojętne, gdzie mnie prowadził; byleby dokończył, bo niebezpieczne u mnie było pomieszanie podniecenia i niecierpliwości jednocześnie...
Poszliśmy na górę, do sypialni, było nam wszystko jedno, której. Byliśmy razem. Blisko. Ale nie do końca tak blisko, jakbyśmy chcieli...


***


Zamknąłem drzwi i ponownie zacząłem ją całować i dotykać. Znowu nie protestowała. Pozwoliła moim ustom jechać po jej szyi, moim rękom jednym ruchem rozpiąć pasy przy jej pończochach, mojemu językowi zataczać kręgi na jej dekolcie.
Pozwoliła mi.
A ja, tak jak ona, prawie umierałem z podniecenia. Podgryzałem jej skórę, rozpalając ją do czerwoności...
Po chwili oboje nie mieliśmy na sobie nic...Padłem z nią na ogromne łoże, a ona znów mi się poddała.
Wszedłem w nią mocno, a słysząc jej wrzask, natychmiast przyspieszyłem. Nasze głośne jęki zlały się w jeden dźwięk. Sygnał oznaczający totalny odlot...

Nie pozostawała mi dłużna. Wbijała paznokcie w moje boki i plecy, co jeszcze bardziej mnie podniecało i mobilizowało do działania.

Po chwili oboje doszliśmy w tym samym momencie.
Cass z trudem łapała oddech. Wtuliła się we mnie, na co zareagowałem uśmiechem.
- Jesteś cudowna, wiesz? - szepnąłem, odgarniając jej grzywkę z czoła. Ale ona tylko wpiła się w moje usta, ciągnąc mnie na siebie. Jeden raz jej nie wystarczył...Nie teraz, kiedy osiągnęliśmy największą bliskość jaką się dało...
- Zrób to jeszcze raz... - mruknęła mi do ucha.
- Cooo?
- Pragnę cię, Joe...No zrób to... - nie czekałem dłużej. Wszedłem w nią ponownie, tym razem jeszcze mocniej. Jej krzyk rozrywał mi bębenki w uszach, sprawiał, że jeszcze bardziej się starałem, wchodząc na szczyt moich możliwości...
Nawet się nie zorientowałem, że moje gardło też brało udział w tym cudownym przedstawieniu...Śpiewało, ale nie swym zwykłym, głębokim tenorem, lecz wysokim, jęczącym niewiadomo czym....
Ale chwila...czy to ważne?

Przyszedł w końcu moment, na który czeka się przez cały seks...Wiecie, jak się wspina po górach, to w końcu dociera się na szczyt. Taki sam szczyt właśnie osiągnęliśmy.
Przetrzymywałem ten błogi stan najdłużej jak się dało, czułem, że już nie mogę, ale gardłowe jęki Cassie temu zaprzeczały... Odczekałem jeszcze chwilę i pozwoliłem nam obu dojść.
Doznanie było tak mocne, że wrzasnąłem głośno, opadając gwałtownie na poduszki.
- Joey... - jęknęła mi do ucha Cass, oddychając ciężko.
- Tak...kochanie...? - wydyszałem.


***


To był ten moment. Moment, w którym miałam mu wyznać, co czuję. Teraz. Przecież właśnie się ze mną kochał!
Jednak coś ściskało mnie w gardle. Strach...?
Joe patrzył na mnie z pełną napięcia miną, widać było, że czeka na to, co powiem.
- Bo ja...ja...chciałam...
- Chciałaś mi powiedzieć to, co wtedy zaczęłaś w garderobie, prawda?
- Prawda...
- Więc?
- Kocham cię, Joe - wypaliłam a Perry'emu opadła szczęka.


***


Nie wierzyłem w to, co słyszę. Nie wierzyłem, że powiedziała 'Kocham cię, Joe'... Milczałem, totalnie w szoku.
- Coś nie...tak? - w oczach Cassey zabłysły łzy. Chciałem jej odpowiedzieć, ale miałem totalnie ściśnięte ze wzruszenia gardło i nie byłem w stanie się odezwać.
- Rozumiem... - wyszarpnęła się z moich ramion i chciała wstać. Wtedy się odblokowałem.
- Cassie, czekaj! - pociągnąłem ją na siebie, tak gwałtownie, że aż pisnęła - Przepraszam, ale po prostu mnie przytkało...Cass...Cassie, kochanie moje najdroższe... - ująłem jej twarz w dłonie i zniżyłem głos do szeptu - Ja też cię kocham, skarbie. Kocham cię od dawna, kocham cię od czasu, kiedy byliśmy razem po raz pierwszy...Kocham cię całym moim zjebanym, zepsutym sercem...Ja wiem, że się nie nadaję na twojego faceta...Bo jestem życiowym zjebem, ciągnie mnie do narkotyków, piję, palę...Jestem głupi...Nie nadaję się na mę... - wtedy przerwała mi namiętnym pocałunkiem. Poddałem się jej totalnie... Przygryzła mi wargę, a jej dłonie znalazły się na moich pośladkach.


***


Nie wiedziałam co się ze mną dzieje... Nigdy wcześniej nie czułam się tak pewnie przy mężczyźnie...
Całowaliśmy się coraz namiętniej i agresywniej. W pewnym momencie Perry zjechał ustami na mój dekolt i zataczał kręgi językiem. Syknęłam, wbijając mu paznokcie w pośladki. Joe zareagował głośnym, przeciągłym jękiem.
- Caaaaa....ssie....
- Taaak? - spytałam zalotnym tonem.
- Rób... mi... tak... - wyjąkał, a ja wbiłam mu paznokcie ponownie.
- AAAA... DOBRZE... MI... - wrzasnął z rozkoszą. Zamknęłam mu usta pocałunkiem i kontynuowałam moje małe tortury. Po chwili wydał z siebie szczególny dźwięk, coś pośredniego między jękiem, wrzaskiem i syknięciem.
- Widzę... że poszło - wymruczałam, zerkając poniżej linii jego bioder.
- Sorry... - speszył się.
- Tak miało być - posłałam mu uśmiech - W sumie nie zrobiłam nic takiego...
- Działasz na mnie jak cholera... Nie dziw się, że dochodzę przy samych pocałunkach... i twoich paznokciach - przełknął ślinę.
- Podobało ci się?
- No ej! Bardzo...Wiesz... ja... w sumie to ja się nie umiem całować - oparł się na łokciu.
- Jak to?
- Spanie z fankami... wiesz... po koncercie... my się nie liżemy. Jak chcę się przelizać z kimś, to mogę z każdą laską na ulicy...Po koncercie trzeba się wyluzować, więc bierzesz taką do garderoby bądź pokoju, parę razy ją cmokniesz i heja do wyra! - powiedział, a mi zrobiło się cholernie przykro.
- No przecież. Boski Perry może mieć każdą, każdą przelecieć i z każdą się przelizać... - niechcący powiedziałam to na głos.
- Hej... Nie mów tak, Cassey... - szepnął, przytulając mnie mocno - Skoro mam ciebie... nie będę sypiał z nikim innym...
- Tak jak wtedy, na weselu? - nie wiem, po co to powiedziałam...Widać, że dotknęło go to dość mocno - Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć...
- W porządku... Cass?
- Tak?
- To teraz... będziesz już ze mną?
- Jako?
- Jako moja dziewczyna...
- Masz Rose.
- I tak miałem zamiar z nią zerwać. Nie kocham jej! - spojrzał mi w oczy - Kocham ciebie, Cassey.
- Masz mnie, Pereira.
- To znaczy?
- To znaczy, że chcę z tobą być, ty słodka cioto - zmierzwiłam mu włosy, a on uśmiechnął się szeroko.
- Kocham cię, mała - wyszeptał, po raz kolejny namiętnie mnie całując...


**************************


POZDRAWIAM WSZYSTKICH, KTÓRZY WYSYŁALI MOJEGO KOCHANEGO JOE NA UKRAINĘ, KRYM I MAJDAN. WIEM, ŻE SIĘ CIESZYCIE Z TAKIEGO OBROTU SPRAW, JAKI DAŁAM, BUZIAKI ;***
~ Mistrzyni Sarkazmu, MylesowaHudson


**************************

KOMENTUJCIE!!!

środa, 5 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 18

                  Nuuuuda. Nieudany ten rozdział...


***

Przebudziłam się słysząc piskliwy, kobiecy wrzask:
- PEREIRA DO KURWY! - oboje, ja i Joe usiedliśmy, nadal sie obejmując. Zorientowałam się, że... jesteśmy nadzy! Przypomniała mi się wczorajsza noc...
Zakryłam się kołdrą i uniosłam wzrok na wkurwioną totalnie Rose.
- PERRY, WYPIERDALAJ STĄD! - podeszła do Joe i siłą zrzuciła go z łóżka. Biedny, zdążył wciągnąć na tyłek bokserki i już został wywalony z sypialni. Narzuciłam na siebie koszulę nocną i również chciałam się ewakuować, jednak silny uścisk dłoni Rose na ramieniu, kazał mi zostać na miejscu.
- A teraz słuchaj, dziwko! - warknęła
- NIE JESTEM DZIWKĄ!
- Oh, wcale, tylko sypiasz z moim facetem! I teraz masz wybór - albo zostawiasz Joe w spokoju i się z nim NIE WIDUJESZ ANI RAZU, OPRÓCZ KONCERTÓW A PO NICH W OGÓLE, wtedy ja nie powiem Johnowi, że pieprzyłaś się z Perrym, albo dalej się z nim widujesz, a John się dowiaduje co jego ukochana porabia po nocach - uśmiechnęła się drwiąco, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę
- Alealeale...Ja...Joe to mój...przyjaciel!
- Albo albo, mała - chwilę milczałam, po czym odparłam łamiącym się głosem:
- Zgoda...
- No. W takim razie możesz czuć się bezpieczna i...aha. Wypierdalaj z jego domu - dodała i opuściła sypialnię. W 15 minut byłam gotowa i wyszłam szybko, tak, by Joe nie zdążył za mną zawołać. Płacząc jak idiotka, poszłam do domu Stevena i drżącymi rękami otwarłam kluczem drzwi. Czułam się koszmarnie źle... Czemu? Przecież nie kocham się w Joe...

Walnęłam się na kanapie i sięgnęłam po ramkę, która faktycznie, tak jak mówił Joe, stała na komodzie. Przesunęłam palcem po zdjęciu i po prostu się rozpłakałam.


***


Mijały dni. Nie rozmawiałam z Joe już dwa tygodnie, widywaliśmy się tylko i wyłącznie na scenie, a zaraz po koncercie, Rosie brała Perry'ego w swoje sidła. Nie było szans na choćby zamienienie kilku zdań.
Mieszkałam u Stevena, sama... Nikt ze mną nie rozmawiał. Queen byli w Anglii, Steve na odwyku, Joe z tą kurwą, Tom, Brad oraz Joey mieli swoje życie a i ja nie za bardzo miałam ochotę im się zwierzać.
Najbardziej teraz chciałam wrócić do Anglii, ale musiałam dokończyć mini trasę. Na szczęście zostały tylko 3 koncerty i mogę wracać do Johna i reszty... To tylko tydzień. 7 dni. Potem Anglia... nie, chwila. Nie mogę wracać do Londynu, za dwa tygodnie wraca Steven! Muszę tu zostać! Ewh, kuuurwa...

Wtedy rozległa się melodyjka z mojej komórki. Odebrałam, nawet nie sprawdzając kto dzwoni.
- Tak?
- Cassie, słońce, jak ja się kurwa stęskniłem... - usłyszałam głęboki głos Joe i miałam ochotę się popłakać ze szczęścia
- JOE!
- Słuchaj, nie mam za dużo czasu, Rose wyszła do sklepu... Jutro w naszej kafejce o 16, pasuje?
- TAK! - ok, ok, za dużo entuzjazmu
- Super! To do zobaczenia i...wiesz...kocham cię, siostrzyczko - powiedział czułym tonem
- Ja cię też - odparłam. My serio jesteśmy jak brat i siostra!
- To do zobaczenia! - dodał i zanim mu odpowiedziałam, rozłączył się. Z uśmiechem zaczęłam chodzić po domu podśpiewując 'Sweet Emotion'...


***


- Jesteś! - usłyszałam i odwróciłam się szybko
- Joe! - wstałam i wtuliłam się w niego mocno - Nie gadałam z nikim od dwóch tygodni!
- Biedna.... - mruknął, głaszcząc mnie po włosach. Zamówiliśmy jak zwykle dwa Cappuccino Chocolate Special i usiedliśmy w najbardziej zasłoniętym zakątku kawiarni...


*** Joe ***

Siedziała naprzeciwko mnie, cudowna jak zawsze. O wiele piękniejsza od Rose. O wiele lepsza. Cudowniejsza.
Dlaczego jestem z Rose?
Dobra. Przyznaj w końcu, Pereira, że się bujasz w Cassie. Kochasz ją, a Rose jest dla zmyły, żeby nie było.
Tak.
Kocham Cass. Kocham ją od czasu, kiedy byliśmy 'razem'... Ta jedna jedyna wspólna noc sprawiła, że wpadłem totalnie, po uszy. Ale ona MUSI być zajęta... Cóż. Ja się nie wtrącam...
- Joe. JOE! - ocknąłem się z myślowego transu
- Wybacz, zamyśliłem się...Coś mówiłaś?
- Mówiłam, że tęskniłam...
- Ja też... - kochanie - Nawet nie wiesz jak bardzo...


*** Cassie ***


Wtedy zadzwonił mój telefon
- Halo?
- Cass... - usłyszałam łkanie Stevena
- STEVE!?
- Zabierz mnie stąąąd... - wył - Zrobię wszystko, będę śpiewał, ale weź mnie stąd!
- Ale co sie stało, skarbie? - spytałam łagodnie
- Zabierz mnieee - powtarzał jak mantrę
- Daj mi pół godziny.
- Ale przyjedziesz?
- Oczywiście - odparłam i rozłączyłam się
- Co jest? - spytał Joe, kładąc swoją dłoń na mojej
- Steve dzwonił...Mam go natychmiast zabrać z odwyku...
- To dopiero połowa terapii...
- Może...nie wiem...muszę po niego jechać. Pożyczysz mi samochód? - pokiwał głową - Dziękuję, jesteś kochany - uśmiechnęłam się, wyciągając rękę po kluczyki - Odwieźć cię?
- Z buta wrócę, to kawałeczek.
- Dobrze - wstałam i przytuliłam go lekko - To na razie!
- No pa - uśmiechnął się szeroko i pomachał mi jeszcze. Wsiadłam w jego cudownego Mercedesa i pojechałam do kliniki, gdzie przebywał Steven.

Zaparkowałam i rozejrzałam się po budynku... Po chwili wrzasnęłam ze strachu.
- TYLER, CZY TY ZWARIOWAŁEŚ?! - Steven siedział na dachu z nogami spuszczonymi w dół i palił papierosa. Na mój wrzask odwrócił głowę.
- JESTEŚ! - odkrzyknął radośnie, wstając.
- Jezu, uważaj!
- Spoko - paroma skokami po drabince znalazł się na dole. Obrzuciłam go uważnym spojrzeniem.
- Steven, ile ty ważysz? - wypaliłam, kiedy stanął przy mnie.
- 56 kilogramów - odparł spokojnie, a mi opadła szczęka
- TY COKOLWIEK JESZ?!
- Zdarza się... - spuścił głowę, kręcąc trampkiem po betonie
- Czemu mam cię stąd zabrać?
- Mam dość, Cass! - chwycił mnie za ramiona - Nie będę brał, będę grał koncerty, chodził na próby ALE ZABIERZ MNIE Z TEGO PIERDOLONEGO PSYCHIATRYKA!
- To nie jest psychiatryk...
- ALE TAK WYGLĄDA!
- Nie skończyłeś terapii, wyglądasz jak anorektyk i zachowujesz się jak psychiczny, a ja mam cię stąd zabierać? - oburzyłam się
- Możesz mnie pilnować...Przysięgam, będę jadł!
- Będziesz ćpał?
- Nie będę! - prawie płakał
- Będziesz grzeczny?
- Taaaak! - rozkleił się totalnie. Milczałam dłuższą chwilę po czym uległam:
- Gdzie masz rzeczy, ciotencjo? - Tyler wyszczerzył się i poleciał po torbę. Chwilę później siedzieliśmy w samochodzie, słuchaliśmy radia i wyliśmy razem z The Kinks.


***


Pierwsza próba... Nie ukrywam, boję się. Przyszłam z Joe, Steven miał pojawić się za paręnaście minut, jak 'załatwię toaletowe sprawy' - wszystko jasne. Ufałam mu...Ale nie na tyle, żeby nie być niespokojna.
- Mam stracha o niego... - zwierzyłam się Perry'emu. Siedzieliśmy na murku przed studiem i rozmawialiśmy.
- Nie tylko ty...wiesz kim on dla mnie jest.
- Mhm... - usłyszałam parkujące na parkingu za budynkiem auto - Chyba przyjechał, chodź do środka...a ja jeszcze zaliczę toaletę - zaśmiałam się i poszłam do łazienki.
Kiedy załatwiłam potrzebę, weszłam tanecznym krokiem do studia i napotkałam scenę, jakiej się obawiałam. Joe, Joey, Tom i Brad grali jak zawsze, a Steve słaniał się przed mikrofonem, kompletnie nie wchodząc ani w dźwięk, ani w rytm. Perry posłał mi zrozpaczone spojrzenie, a ja skinięciem głowy kazałam mu przestać grać. Po chwili umilkły wszystkie instrumenty, a ja podeszłam do Tylera.
- CO MI DO KURWY OBIECAŁEŚ?! LEDWO WYSZEDŁEŚ, A JUŻ JESTEŚ ZAĆPANY?!
- Jaaaa....nieeeeje...steem.... - wyjąkał, opadając na kolana
- Wracasz na odwyk - powiedziałam stanowczo
- Nie! - wrzasnął histerycznie
- NIE PYTAM SIĘ CIEBIE O ZDANIE, WRACASZ I JUŻ! - odwrzasnęłam, wściekła jak nie wiem. Tyler umilkł i bez gadania pozwolił mi się odwieźć do kliniki.
- Myślałam, że mogę ci zaufać - powiedziałam z wyrzutem, wchodząc z nim do budynku i oddając w ręce lekarzy. Potem wróciłam do auta, bez słowa pożegnania.
- Nie płacz... - Joe, który wcześniej siedział z tyłu, teraz znajdował się na miejscu pasażera - Wszystko będzie dobrze... - oparłam mu głowę na ramieniu
- Wszystko się pierdoli, Joe...


*** Joe ***


Nie miałem serca powiedzieć jej, że nie tylko Steven ma styczność z dragami... Co z tego, że Brad i Tom ćpają jak ciule, nie? Co z tego, że Joey stał się alkoholikiem, nie? Ja...No dobra, ja CZASAMI biorę. Ale nie jestem uzależniony, Cassie by mi nie wybaczyła...A na to pozwolić nie mogę!
- Dobrze, że chociaż ty jesteś czysty... - mówiła, a ja obejmowałem ją w pasie, mając ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię
- Nie mów tak - odważyłem się w końcu - Muszę ci coś powiedzieć...
- A co takiego? - popatrzyła mi prosto w oczy
- My... Brad i Tom ćpają heroinę i kodeinę na potęgę, nie widać, bo cwele na próby są czyści... Joey się upija, dziennie, naprawdę dziennie...A...
- A ty? - chyba już wiedziała, co chcę jej przekazać - Joey, błagam, nie mów, że ty też to bierzesz...
- Zdarza mi się...ALE RZADKO! Ja...Przepraszam... - Cass w milczeniu zabrała głowę z mojego ramienia i strząsnęła moją rękę z jej pasa. Westchnąłem - Nie bądź zła...Proszę...
- ZAMKNIJ SIĘ, PEREIRA! - warknęła, odpalając silnik i ruszając na pełnym gazie. Widzisz Perry, spieprzyłeś sprawę po raz drugi w życiu...Brawo.


*** Cass ***


 "CZASAMI biorę"... Te 'czasami' Joe można było widzieć na ostatnich trzech koncertach. Były do dupy. Totalnie do dupy. Perry grał na odwal, stojąc w jednym miejscu z twarzą zasłoniętą włosami, Tom i Brad podobnie, a Joey odurzony alkoholem, uderzał w perkusję jak chciał. Tu werbel, tam hi-hat, tu stopa - i wychodził misz masz.
Nie byłam w stanie dłużej na to patrzeć.
- Ogarnijcie się w końcu! - krzyknęłam po ostatnim koncercie, kiedy odpoczywaliśmy w garderobie - Joe! - podniosłam mu głowę. Gitarzysta był totalnie naćpany, kiwał się tylko i prawie nie kontaktował. Ukryłam twarz w dłoniach - Rozumiem, że chcecie końca Aerosmith, tak? - w odpowiedzi Joe wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem - Idźcie do domu. Idźcie - pokręciłam głową - Zobaczymy się, jak ogarniecie tyłki. Wracam do Anglii.
- Eeeeaeeejaktooo? - wybełkotał Perry
- Normalnie, nara - wstałam i w scenicznych ciuchach opuściłam teren koncertu.


3 godziny później siedziałam już w samolocie do Londynu...


*********************************************************


- Halo?
- John...?
- Cassie!
- Przyjedziesz po mnie na lotnisko?
- Jesteś w Anglii!?
- Mhm...Wszystko wyjaśnię później, przyjedź po mnie najpierw.
- Jasne, czekaj w terminalu A - odparł. Skierowałam się w wyznaczone miejsce a po chwili poczułam wibracje w kieszeni. Dostałam smsa!
"David Geffen mi powiedział...Podobno rozwiązaliście Aerosmith...Nie mam do czego wracać?"
"Joe, Tom i Brad są zwykłymi ćpunami a Joey to alkoholik" - odpisałam
"Przykro mi, siostra...Ja...ewh ;-; nieważne"
"Jak wyjdziesz z odwyku...daj znać"
"Dam <3 I ten...dobranoc"
"Śpij dobrze, Steve" - w momencie kiedy zdążyłam odpisywać, John objął mnie mocno i zawołał cicho:
- NIESPODZIANKA! - uśmiechnęłam się, obejmując go za szyję
- Cześć, kochanie - pocałowaliśmy się mocno - Aerosmith się rozpadli.
- CO?! - w drodze do domu opowiedziałam mu wszystko. Deaky tylko kiwał głową ze zrozumieniem.
- Fatalnie...
- Mhm... - odmruknęłam
- Wszystko będzie dobrze, mała - pocieszył mnie
- Mam wyrzuty sumienia...Zostawiłam ich samych z nałogami...
- To nie twoja sprawa, Cassey. Chcieli, to mają.
- Spierdoliłam ich zespół.
- NIE! NIEPRAWDA! SAMI GO SPIERDOLILI! - krzyknął
- W sumie...ja ich do ćpania nie zachęcałam...
- No widzisz. Już, nie przejmuj się, są dorośli - cmoknął mnie w policzek - Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłem, kochanie.
- Ja za tobą też... - odparłam cicho. Zatrzymaliśmy się pod domem Johna. Niemal zapomniałam już, jak wygląda jego willa...
- Skarbie...? - usłyszałam w lewym uchu cichy szept Deaky'ego
- Tak?
- Ewh... - delikatnie objął mnie w pasie - Co mam zrobić, żebyś była szczęśliwa?
- Niech wszyscy Aerosi przestaną pić i ćpać, reaktywują zespół... Więcej mi nie trzeba... - John objął dłońmi moją twarz. Patrzyliśmy sobie w oczy, a ja poczułam, jak po policzkach płyną mi łzy - Wszystko się popierdoliło, Deacks...
- Ciiii...Z nami w porządku...Z resztą Queen też...Tylko Aero...To też się rozwiąże, zobaczysz.
- Boję się o nich, że...
- Oh, cicho już - fuknął, wpijając mi się w usta. Po chwili poczułam, jak coś miękkiego ociera mi się o nogę
- Co do... Steven! - ucieszyłam się, kucając przy 6 letnim już labradorze, który szalał ze szczęścia, że mnie widzi. John uśmiechnął się leciutko, czekając aż skończę się bawić z pieskiem.
Po chwili wstałam i wzięłam Johna za rękę.
- Mam prośbę...Zrobisz coś dla mnie?
- Wszystko co zechcesz!
- Spraw, bym zapomniała... - szepnęłam, ciągnąc go do sypialni. Zamknął za nami drzwi, a po chwili cały problem z Aerosmith wyparował mi z głowy...


*** MIESIĄC PÓŹNIEJ ***


- Jak on się nazywa?
- Jego pseudonim to Pete Towned...
- Rozprowadza prochy i morduje, z tego co widzę...
- Mhm - Chris podawał mi kolejne dokumenty. Tak. Pracuję sobie w CIA, mieszkamy z Johnem razem... A Aero nadal dążą do autodestrukcji. Wiedziałam tylko, że Steven niedawno wyszedł z odwyku i jest total total czysty, a podobno Joe też jakoś tam się ogarnia...Ale nieważne w sumie.
- Co z nim zrobimy?
- Musisz go odnaleźć, zebrać jak najwięcej informacji, resztą zajmą się nasi antyterroryści. Tylko... - podał mi jasnoblond perukę i soczewki w pudełeczku - Nie daj się dorwać, Jackie Smoke.
- Wow, jakie fajne imię! - skomentowałam, chowając rzeczy do torby
- Dasz sobie radę?
- Pewnie!
- Więc tu masz wizytówkę gościa, pójdziesz do niego i powiesz, że chcesz zamówić sobie 300 gram heroiny, 300 gram kokainy i 200 gram kodeiny. Kasę dostaniesz... No i twoim pierwszym zadaniem będzie wybadanie prawdziwego nazwiska tego człowieka. Nie mów za dużo o sobie, gość jest zdolny dać ci kulkę w łeb... Uważaj na siebie, ok?
- Jasne - wzięłam od Chrisa pieniądze i poszłam się przebrać.

Godzinę później stałam przed małym sklepikiem, schowanym w ciemnej, ciasnej uliczce. Weszłam do środka.
- Witam - odezwał się głęboki, cichy głos
- Przyszłam po prochy - powiedziałam, siadając na krześle. Domniemany Pete odwrócił się do mnie twarzą i mruknął:
- Czego chcesz?
- 300 gram heroiny, 300 gram kokainy i 200 gram kodeiny oraz pańską wizytówkę. Podobno ma pan najlepszy towar w całym Londynie - odparłam pewnie
- Masz forsę? - wyjęłam z kieszeni plik banknotów i po chwili szłam z powrotem do agencji, z workiem pełnym narkotyków i wizytówką niejakiego Josepha Hirta...
JOSEPH...PEREIRA...
Nie! Stop!
- Masz? - Christopher podleciał do mnie zaraz gdy weszłam do biura. Rzuciłam mu wszystko na biurko - Super, jesteś nieoceniona! - poklepał mnie po plecach z uznaniem.
- Dzięki, to moja robota - odparłam niedbale - Będę spadała.
- Przejrzyj w domu te papiery, ok?
- Spoko, to narka!
- Nara - wyszłam z biura, kierując się do wyjścia.
Joseph Hirt... Joseph...Joe... KURWA MAĆ!


***


Mijały leniwe, spokojne dni wypełnione zbieraniem informacji o Hircie. Queen pracowali nad płytą, ja nad sprawą Josepha i praktycznie nie było nas (mnie i Johna) na chacie. No cóż.

Dziś miałam iść od magazynu Hirta, odebrać 'towar'. Jak zwykle spokojnie weszłam do pomieszczenia i... ktoś brutalnie złapał mnie w pasie.
Jednym szarpnięciem za włosy, rzucili mnie na ziemię, jednak zaraz się podniosłam. Stałam twarzą w twarz z Josephem Hirtem, szefem całego gangu. Usiłowałam być spokojna, ale w środku trzęsłam się ze strachu. Moje ręce zwinięte w pięści były mokre od potu.
- Nonono, Jackie Smoke...a raczej...Cassandra Ternent... - zaczął Joseph, a ja drgnęłam. SKĄD ON MA MOJE DANE?! - Więc w końcu się spotykamy...w lepszych okolicznościach - zaczął chodzić dookoła mnie, a dwójka jego ludzi nadal mnie trzymała, jeden za włosy, drugi za ramię - A teraz grzecznie przekażesz mi kluczyk, który otwiera szafkę, gdzie masz swoją broń, legitymacją i teczkę, w której znajdują się wszystkie dokumenty CIA, mam rację? - milczałam - PYTAŁEM O COŚ! - uderzył mnie otwartą dłonią w policzek - ODPOWIADAJ!
- Tak...
- Więc poproszę - wyciągnął rękę
- Nie.
- Nie?
- Nie - odparłam twardo, a wtedy Hirt uśmiechnął się ironicznie i zawołał:
- LICHT! - wszedł barczysty brunet trzymający mocno związanego... JOHNA?! Poczułam, że uginają się pode mną kolana - To jak będzie? - Joseph podszedł bardzo blisko mnie. Spojrzałam w oczy mojemu narzeczonemu i starałam za wszelką cenę się nie rozpłakać.
- Nie dam ci tego...
- Nie dasz? Ach tak? Licht! - mięśniak trzymający Johna wyjął z tylnej kieszeni pistolet i przyłożył basiście do skroni. Po chwili mojego milczenia odbezpieczył broń.
- NIE STRZELAJ! - wrzasnęłam histerycznie, a łzy pociekły mi po twarzy. Hirt wziął od Lichta pistolet i zaczął jeździć palcem po spuście.
Pokonując palący wstyd, upadłam na kolana
- Błagam...zrobię wszystko...tylko nie strzelaj! - płakałam jak idiotka, klęcząc przed szefem bandy. Podszedł do mnie, chwytając mnie za włosy i boleśnie podnosząc z klęczek.
- Dasz mi teczkę, a ja puszczę was wolno. Nie dasz, zastrzelimy tego cwela - syknął, a ja przełknęłam ślinę. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Przesunęłam wzrok na Deacona; zawsze opanowany i spokojny, teraz cały się trząsł.
- N...nie rób...mu....krzywdy....błagam....ja go kocham... - jęknęłam zrozpaczona
- Ojej, no coś takiego...DAWAJ KURWA TECZKĘ! - szef gangu zaczynał się wkurwiać
- Nie zdradzę CIA...
- Licht...
- NIE! - zaprotestowałam, a Hirst po raz kolejny opuścił pistolet - Proszę kurwa błagam...idźmy na kompromis...nie róbcie mu krzywdy... - wyłam, nie hamując już płaczu, a Joseph śmiał się ironicznie.
- Krótka piłka. Dasz nam kluczyk czy nie?
- Nie dam, ale... - moje słowa przerwał huk wystrzału i odgłos ciała osuwającego się na podłogę. Wrzasnęłam najgłośniej w moim życiu i upadłam na ziemię, waląc pięściami w podłogę:
- O BOŻEEEE... O BOŻE, WY JEBANE CHUJE... - wyłam, niemal się dusząc od płaczu - NIE DAM WAM KURWA ŻADNEGO KLUCZYKA...JAK WY DO CHUJA MOGLIŚCIE! - nie mogłam oderwać wzroku od leżącego bezwładnie ciała Johna. Po chwili zimna stal dotknęła mojej skroni.
- Wstawaj, dziwko - syknął Hirt, a dwóch jego kolesi siłą postawiło mnie do pionu. Płakałam jak jeszcze nigdy wcześniej, łzy zasłaniały mi widok. Nie czułam ani tego, że jestem cała w krwi, ani tego, że boli mnie każdy centymetr ciała... Przed oczami miałam tylko moment wystrzału i głuchy dźwięk spadającego bezwładnie ciała.
- MOŻESZ MNIE ZABIĆ, TĘPY CIULU! ZABRAŁEŚ MI MÓJ SENS ŻYCIA, WIĘC RÓWNIE DOBRZE MOŻESZ MNIE ZASTRZELIĆ! - wrzeszczałam, plując mu w twarz, ale Joseph nic sobie z tego nie robił. Jeden z jego osiłków uderzył kolanem w mój bok. Zobaczyłam już tylko ciemność... Potem nie było nic.
***
- Ternent! TERNENT, KURWA! - potrząsano mną jak lalką. Nie czułam już bólu, nie czułam lepkości krwi, smrodu prochu strzelniczego. Nie słyszałam chrupania mojej kości nadgarstka. Nie czułam nic oprócz ogromnego bólu psychicznego, nieporównywalnego z niczym innym.
- Dajcie mi pistolet... - szepnęłam, podnosząc się. Nadal znajdowaliśmy się w hali, ale tym razem krążyli tu nie ludzie Hirta, a agenci CIA.
- Nie - twardy ton Christophera nieco mnie otrząsnął
- TY TĘPY CHUJU, NIE ROZUMIESZ, ŻE ZABILI MI JOHNA?! - wrzasnęłam, płacząc głośno i wyrywając się Poys'owi
- TERNENT, DO CHUJA!
- ZOSTAW MNIE I DAJ MI TEN PISTOLET! - wstałam, kopiąc mojego kompana w brzuch. Doczołgałam się resztkami sił do broni i już miałam zapodać kulkę w głowę, kiedy ktoś wyrwał mi pistolet z ręki....
- Co do... ROGER!? - perkman kucnął przy mnie, przytulając mnie mocno
- Cass...Ja...Kurwa, tak mi cholernie...przykro...
- ZAMKNIJ SIĘ - warknęłam, nadal łkając jak idiotka
- Ciiiii...Już cicho. Nic nie mów... - szepnął, a ja... zamilkłam. Rog wziął mnie na ręce. Dopiero wtedy poczułam jaka jestem słaba...
- Coś cię boli? Cass? CASS! - wrzeszczał. Słyszałam to jak przez mgłę - CASS, ODEZWIJ SIĘ! CASSANDRA! - ponownie odpłynęłam w kojącą ciemność.


***


- Mhm...
- A zgon...Po strzale?
- Tak, zgon nastąpił po chwili od strzału...
- Przeszło...?
- Tak...Centralnie przez cały płat górny...
- Czyli...Czyli nie miał szans?
- Nie miał...Nie mów jej tego...
- Nie?
- Nie, nie, jeszcze nie...Najpierw musi troszkę dojść do siebie...
- Ok, rozumiem... Mogę zostać z nią sam?
- Jasne! To...to do widzenia!
- Dzięki, nara... - poczułam, że ktoś głaszcze mnie po policzku. Otworzyłam oczy i ujrzałam zatroskaną twarz Tylera.
- Steve...? - szepnęłam, z trudem unosząc się na łokciach
- Tak, kochanie, Steve. Jak się czujesz?
- Ja...nadgarstek mnie boli...i trochę głowa...ale tak to w porządku...
- To dobrze - posłał mi słaby uśmiech
- A gdzie...gdzie jest Deaky?


*** STEVEN ***


- Yhm... - zająknąłem się. Właśnie. I CO KURWA TERAZ? - W sumie nie wiem. Potem o niego spytamy, ok?
- Jasne... - nic nie pamiętałam. Co ja tutaj robię? - Steven, chcę się przejść. Teraz, sama.
- W porządku. Ja na kilka godzin skoczę do domu, potem Perry przyjdzie - pomógł mi wstać, przytuliliśmy się i pocałowaliśmy - Na raźka, sister!
- No pa - odparłam,wychodząc na korytarz. Zaglądałam w otwarte drzwi niektórych sal, posyłając pacjentom uśmiechy. W końcu natrafiłam na drzwi za którymi była cisza. Weszłam do środka... Na ten widok uderzyła mnie fala wspomnień...
John leżał na łóżku z głową owiniętą bandażem. Był podłączony do respiratora, jednak ja wiedziałam, że to już na nic.
Podeszłam blisko i przejechałam palcami po jego chłodnym policzku. Z moich oczy popłynęły łzy.
- BOŻE...JEŚLI ISTNIEJESZ...POWIEDZ MI ZA CO? ZA CO? DLACZEGO MI GO ODEBRAŁEŚ? - krzyknęłam, padając na kolana - JAKA BYŁAM GŁUPIA! GŁUPIA, TĘPA DEBILKA! - łkałam głośno. Po chwili podniosłam się, znalazłam pusty aktualnie gabinet jakiegoś lekarza, po czym podeszłam do szafki z lekami. Znalazłam medykamenty zawierające cyjanek i inne trujące substancje i zabrałam to do pokoju Deaky'ego. Ściskałam w dłoniach tabletki, płacząc i klnąc na wszystko co się da. Otwarłam pierwsze opakowanie i wysypałam lśniące kapsułki na dłoń. Cyjanek. Tak mi przyszło umrzeć...
Spojrzałam na spokojną twarz Johna. Rozpacz rozsadzała mnie od środka, nie mogłam wyobrazić sobie, że mam żyć BEZ NIEGO! Sama? Przecież nikogo tak nie pokocham jak jego... Po co mi żyć? Mój sens istnienia został mi odebrany... Czas na mnie. Dalej, Cass, to tylko głupie tabletki...
Wzięłam do ust garść kapsułek. Dawka śmiertelna. Łatwo było mi to policzyć... Odkręciłam butelkę wody, napiłam się i połknęłam.
Chwyciłam Johna za rękę. Po chwili poczułam delikatne uczucie słabości.
- Cassie! CAAAASSIEEEE! - do sali zajrzał Perry. Chwiałam się już na nogach.
- Cass, kochanie! - przytulił mnie mocno - Nic ci nie jest? - osłabłam mu w ramionach - Cassie...?
- Cy...ja..nek... - powiedziałam z trudem i po chwili straciłam kontakt ze światem.


***


Siedziałem jak otępiały. Dopiero co mnie obudzono. Lekarze mówią, że to cud, że po dostaniu kulki w skroń, jeszcze żyję...
ŻYJĘ?!
Nie czuję, żebym żył...
- John...odezwij się wreszcie...
- Po co? Cassie się... zabiła, stary... Dla mnie - szeptałem z bólem
- Czyszczą jej organizm z cyjanku... Jeszcze szansa jest! - pocieszał nieprzekonująco Tyler
- Nie pierdol... Już mogę umierać...
- Ułożysz sobie życie na nowo... Może z kobietą, może sam... Ale ułożysz! Masz Rogera, Briana, Freda, Joe, mnie... Żyj, John!
- Idę tam do niej - zerwałem się z krzesła i poszedłem na salę. Cassey była właśnie po płukaniu żołądka, lekarzy już nie było, byliśmy w sali tylko we dwoje. Siedziałem przy niej dość długo, jednak w końcu... OTWORZYŁA OCZY!


*** Cass ***


Czy ja już umarłam...? Oboje nie żyjemy, tak? To sen?
- John...? - wyszeptałam słabym głosem, a wtedy basista chwycił moją dłoń i zaczął cichutko mi śpiewać. CZYLI JEDNAK...OBOJE ŻYJEMY!
Nagle usłyszałam łomot i do sali wpierdzielili się Steven i Joe. Nigdy nie wyglądali tak dobrze jak teraz... Perry ujrzał mnie żywą, podbiegł i zaczął mnie ściskać i pokrzykiwać:
- Cass, kochanie! Jak dobrze... Oh, jak dobrze, że żyjesz... - tuliłam się do niego mocno. Już zapomniałam o urazie. Liczyło się tylko to, że byli przy mnie.


*** John ***


JAK?! 'KOCHANIE?!' CZYLI JEDNAK!
Już miałem się wydrzeć na tą dwójkę, kiedy Steve pociągnął mnie na korytarz.
- Nie denerwuj się, Deacon, oni są najlepszymi przyjaciółmi i traktują się jak rodzeństwo, naprawdę...
- Serio?
- Tak! Przysięgam ci! Przecież Cassey ma ciebie, a Joe ma Rose!
- Na pewno?
- Tak, John, na pewno.
- Sorry...już myślałem... - odwróciłem się i wróciłem na salę. Podszedłem do mojej kochanej Cass i ukucnąłem przy jej łóżku - Przepraszam, kochanie...
- Za co? - spytała zdziwiona
- Za wszystko - odparłem, wpijając się namiętnie w jej wargi.


*** Cass ***


Usiłowałam ignorować dziwnie... zazdrosne spojrzenie Joe. Skupiłam się na miękkich wargach Johna i dosłownie rozpływałam się ze szczęścia.
Po chwili Deaky odkleił się ode mnie.
- Joe... - zaczął
- Tak?
- Przepraszam.
- Ja w sumie też...
- Zostaniemy przyjaciółmi?
- Jasne! - ucieszył się Pereira i mężczyźni mocno się uścisnęli. Poczułam pod powiekami łzy wzruszenia. Teraz będzie dobrze. MUSI BYĆ DOBRZE!