sobota, 8 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 19

*** 3 MIESIĄCE PÓŹNIEJ ***


- Nie pójdziesz!
- Pójdę!
- NIE! NIE BĘDZIESZ ROBIŁA Z SIEBIE DZIWKI W PRASIE!
- UWAŻASZ, ŻE SESJA ZDJĘCIOWA TO KURWIENIE SIĘ?!
- W BIELIŹNIE?! MOŻE NIE?!
- NIE BĘDĘ DAWAŁA IM DUPY!
- NIE OBCHODZI MNIE TO, NIGDZIE NIE JEDZIESZ!
- NIE ZABRONISZ MI!
- NIEEE?!
- NIE!
- NIE POJEDZIESZ, CASSANDRO!
- SPIERDALAJ! - odwrzasnęłam i pobiegłam po schodach na górę. Szybko spakowałam rzeczy do torby i wybiegłam z domu trzaskając drzwiami.


*** następnego dnia ***


*** Joe ***


Ktoś energicznie zapukał w drzwi. Otworzyłem i ujrzałem Cass. Stała ewidentnie wkurwiona, w cieniutkim sweterku, conversach i dżinsach.
- Co ty tutaj robisz?
- Wpuścisz mnie?
- Tak, wchodź! - przepuściłem ją i zamknąłem drzwi na zamek - Kawa, herbata?
- Cappuccino, wiesz przecież - odburknęła. Tak złej nie widziałem jej już wieki.
Przygotowałem dwie kawy, postawiłem na stoliku przed kanapą i spytałem niepewnie:
- Co się stało, Cassey?
- Ogłosili casting na modelkę do sesji 'Najlepsi Rockowi Gitarzyści' z 'Rolling Stone'...Chciałam iść...Ale John się nie zgodził...
- Czemu?
- 'NIE BĘDZIESZ ROBIŁA Z SIEBIE DZIWKI W PRASIE' - skrzywiła się
- DZIWKI?! Ja uważam, że to zajebisty pomysł, nadajesz się do takiej sesji!
- Tak uważasz...?
- Pewnie! Idź na ten casting! Kiedy to?
- Za dwa dni...
- Idź. Pójdę z tobą, dla towarzystwa.
- Bierzesz udział w tej sesji?
- Nie - skłamałem - Pójdę, żebyś się nie czuła samotna!
- Chętnie - uśmiechnęła się - Będzie mi miło...
- Super...To jesteśmy umówieni!
- Przechowasz mnie u siebie? Nie mam mieszkanka w Ameryce niestety... - zagryzła wargę
- Nie ma sprawy! - właśnie sprawiłaś, że jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi! - A ten...chcesz się zobaczyć ze Stevenem? Zaproszę go tu!
- Jasne!
- Super - zadzwoniłem po brata Cass - Przyjdzie z Em...
- Miło - ucieszyła się. Chwilę pogadaliśmy, po czym pojawili się przyszli Tylerowie.
- CASSIE?! - Steve był w szoku
- Nie przywitasz się? - spytała i już się tulili do siebie - Cześć, Emily! - kobiety cmoknęły się w policzki, a Em pokazała dłoń z pierścionkiem.


*** Cass ***


- OŚWIADCZYŁ CI SIĘ?! - byłam milutko zakoczona
- Tak - przyznała Emily z radością
- Gratuluję wam obojgu! - zaczęłam ich tulić i winszować im. Cudowna wiadomość!
- A ty, Joe? - spytała luźno Emily
- Jaaa? - gitarzysta uciekł wzrokiem - Może już niedługo... - poczułam lekkie ukłucie w sercu. Joe i Rose Perry? Nieeeee....
- Co tu robisz, Cassey? - spytał Steve, a ja opowiedziałam im o castingu i kłótni z Deakym.
- Ja też uważam to za dobry pomysł... Co nie, Emily?
- Pewnie! Masz świetną figurę, korzystaj! - powiedziała pani przyszła Tyler, a ja zarumieniłam się nieco.
- Dzięki wam...Pójdę na ten casting i chuj Johnowi do tego! - zawołałam
- Jasne, że tak! Napijemy się? - zaproponował Joe
- Chętnie! - Tyler, nie musiałeś odpowiadać, serio...


*** następnego dnia, casting ***


Denerwowałam się jak cholera.
- Nie trzęś się tak, Cassey... Wszystko będzie ok! - Joe trzymał mnie mocno za rękę. Ignorowałam zaskoczone spojrzenia innych dziewczyn. Padło kilka pytań w stylu 'jesteście parą?'. Nie... jeszcze nie... CO JA GADAM?! Nieważne, nic nie było.
- Ternent Cassandra! - wywołali mnie
- O Jezu... - jęknęłam, a Perry szybko cmoknął mnie w usta
- Poradzisz sobie - szepnął i popchnął mnie do sali.
- Dzień dobry...Cassie, tak?
- Tak.
- Ile masz lat?
- 24...
- Wzrost?
- 174 cm
- Waga?
- 53 kilogramy.
- Dobrze... - jury oceniało wzrokiem mój strój. Miałam na sobie krótką, obcisłą spódniczkę ze skóry, przylegający, biały top i wysokie koturny. Kazali mi pozować, robić różne figury, ustawienia, pocykali mi parę fotek i odprawili, każąc czekać na wyniki, które do tygodnia zostaną dostarczone.
Powodzenia, z około 200 kandydatek wybrać 1, super.

- Jak poszło? - spytał uśmiechnięty Joe, chwytając mnie za rękę
- Świetnie - odparłam, całując go w policzek. Dziewczyny czekające na swoja kolej patrzyły na to z zazdrością - Wyniki będą do tygodnia.
- Super! A wiesz...jestem na okładce 'Rock Now'! Patrz! - wręczył mi egzemplarz gazety. Na okładce było to zdjęcie:




Umarłam. Autentycznie. Cassie, co się z tobą dzieje?! Perry to twój chł... PRZYJACIEL!
- I jak?
- Ale mam przystojnego przyjaciela - zaśmiałam się, ukrywając rumieniec. Joe objął mnie ramieniem. Zauważyłam, że kilka lasek podeszło do nas, wdzięcząc się i prosząc o autograf. Perry westchnął, wziął podany marker i zaczął się podpisywać. Po chwili otoczyła nas cała gromada, skamląc choćby o jedno spojrzenie gitarzysty, ale on po prostu je olewał.
- Rany boskie, Boże, widzisz, a nie...zaraz. Przecież on kurwa grzmi, ale takiej szpachli to kurwa prąd nie przewodzi - mruknął mi do ucha przy blondynie w różowej sukience i z twarzą płaską jak stół biurowy - A tamta jebana nie lepsza. Patrzcie państwo. Chyba lubi Pink Floyd, bo jej ryj to jedna wielka The Wall - szeptał mi do ucha, a ja chichotałam cicho - O, a ta trzecia od lewej powinna być patriotką. Torba na łeb i za Ojczyznę. Ło kurwa, Matko Naturo, to są jakieś jaja? Przecież nie ma Wielkanocy... - teraz nie wytrzymałam i wybuchnęłam śmiechem, a Joe zaprezentował swój cudowny uśmiech, ale po chwili się skrzywił - Co to za ciuchy w ogóle? Tamtej cycki to mają okres, czy to keczup? - dobra. Teraz się popłakałam ze śmiechu - Boże, szkoda mi zakładać okularów, jej widok przepali mi moje piękne Ray-Bany... Dobra, koniec zabawy! - ostatnie zadanie wypowiedział już głośno - Spadamy, słońce ty moje - dodał, biorąc mnie za rękę i dosłownie spieprzając z pomieszczenia.

- Uff! - roześmiał się Joe, patrząc na mnie swoimi ślicznymi oczętami w kolorze ciemnego brązu - Myślałem, że to się nigdy nie skończy!
- Ja też, Joey - posłałam mu słodki uśmiech.


***


 - CAAAAAAAAAAAAAASS! - usłyszałam wrzask wchodzącego właśnie do domu Stevena. Zbiegłam na dół i rzuciłam mu się na szyję
- Hej, braciszku! - wokalista przytulił mnie ze śmiechem i podał mi kopertę
- Do ciebie. Akurat szedł listonosz...Gdzie Pereira?
- W sklepie, z ROSE... - mój głos zabrzmiał co najmniej smutno
- Siostra, musimy porozmawiać - powiedział poważnie Tyler, ciągnąc mnie na kanapę w salonie
- Mów - rozsiadłam się wygodnie, a Steve przysunął się, objął mnie ramieniem i zapytał prosto z mostu:
- Bujasz się w Perrym, prawda? - speszyłam się totalnie
- Co ty! Ja...my jesteśmy tylko przyjaciółmi...
- Siostrzyczko, twoje czerwone policzki mówią same za siebie! No przecież mu nie wygadam! - lecz ja milczałam - Cassey no...Powiedz mi - uniósł mi brodę - Kochasz się w nim? - prawie niezauważalnie kiwnęłam głową - Oh, skarbie... - przytulił mnie mocno do siebie
- Czemu on jest zajęty? - spytałam płaczliwym tonem
- Ciii, już w porządku - mruczał, głaszcząc mnie po głowie, a ja się poryczałam jak debilka. Kurwa no...
Nagle usłyszałam trzask drzwi i szybko zaczęłam się śmiać. Płaczę ze śmiechu. Tak.
- Jessss....SIEMASZ, TYLER! - mężczyźni przybili sobie piątkę - Cassey, czemu płaczesz?
- Ze śmiechu - teatralnie otarłam 'łzy rozbawienia' - Steven kocha doprowadzać mnie do płaczu w sensie pozytywnym - trąciłam brata łokciem - Ej, idę do łazienki - wstałam i pobiegłam na górę. Tam otwarłam kopertę i... wrzasnęłam z radości. Zbiegłam z powrotem na dół.
- WYGRAŁAM, WYGRAŁAM TEN CASTING! - skakałam jak pojebana po pokoju. Joe roześmiał się radośnie i okręcił mnie dookoła pokoju.
- Gratulacje, mała!
- Jesteś najlepsza przecież, siostra, musiałaś to wygrać! - dodał z uśmiechem Steven.


*** TYDZIEŃ PÓŹNIEJ ***


Za mną już tydzień zdjęć ze Slashem, Jimmim Page'm, Kirkiem Hammetem i Keithem Richardsem czyli z 5, 4, 3 i 2 miejscem w tym 5-punktowym rankingu. Dziś sesja z najlepszym gitarzystą roku... Nie mogłam się doczekać poznania go!

Stałam przed ogromnym lustrem ubrana w sportowy, czarny stanik, czarną, rozpiętą marynarkę i jasne dżinsy rurki. Makijażystka kończyła ogarniać moje rzęsy.
- Jest super! - skomentowała po skończonej pracy
- Dzięki, Sally, jest świetnie - poprawiłam fryzurę, przyglądając się sobie.
- Cassie! Gotowa?
- Już idę! - odkrzyknęłam i wyszłam z garderoby, przechodząc na plan zdjęciowy. Fotografowie przybili mi piątki, a moja 'choreografka' powiedziała:
- Zaraz przyjdzie nasz najlepszy wioślarz - uśmiechnęłam się z rozbawieniem na tego 'wioślarza'. Po chwili drzwi się otwarły...
Umieram.
Zdycham z zachwytu.
CO ON TU DO CHOLERY ROBI?!



- Heeeej - zamruczał tym swoim seksownym głosem, obejmując mnie lekko.
- Wybacz, Cass, ale miała być niespodzianka... - powiedziała cicho choreografka, a ja uśmiechnęłam się szeroko.
- I jest! Ogromna... Joe, jestem z ciebie dumna - cmoknęłam go lekko w policzek.
- Eee tam... - speszył się.
- Nasz zdolny - zmierzwiłam mu włosy, co spotkało się z piskiem rozpaczy jego charakteryzatorki:
- UKŁADAŁAM MU TO PÓŁ GODZINY!
- Tak jest lepiej - zrobiłam śliczny, naturalny nieład na jego głowie. Perry cały czas się uśmiechał, widać było, że jest szczęśliwy.
- Dobra, gotowi na sesyjkę?
- Ja tak.
- Ja również - odparliśmy. Najpierw zrobili nam kilka fotek tak zwanych 'na odpieprz' ale naprawdę ustawianych godzinami... Potem kilka: typ 'Joe w akcji', czyli gitarka + sygnowany fMarshall... No a następnie zagoniono mnie do garderoby...
- Załóż to i to - Sally podała mi body z formie skórzanego, koronkowego gorsetu i lita z ćwiekami. Zdziwiłam się, ale posłusznie się przebrałam. Sally wyostrzyła mi makijaż i spryskała mnie perfumami. Joe już czekał ze swoją nowiuteńką gitarą. Bez koszuli. W najbardziej obcisłych dżinsach jakie widziałam w życiu.



 Jego wygląd przyprawiał mnie o spazmatyczne dreszcze. Był orgazmicznie przystojny, nie dziwię sie, że laski ślinią się na jego widok...
- Wyglądasz....no....wow... - skomentował, zjeżdżając wzrokiem na mój dekolt.
- Dziękuję...Ale powiem ci, że oczy mam tu - podniosłam mu brodę do góry. Miał wzrok typu 'są-cycki-jest-ded'.
- Sorry...
- Nie, spoko - sama nie byłam taka święta, gapiąc się nieco poniżej linii jego bioder... Ogarnij się, Cass, to nie twój facet...
- Dobra, gołąbeczki, zaczynamy! - ewh. To jest koszmar, że zrobienie zdjęcia trwa 30 sekund a ustawianie do niego 10 minut!
Powiem tyle, że ta sesja...to chyba najlepsze co mnie w ostatnich czasie spotkało. No, bo wiecie...Obejmuje was totalnie przystojny mężczyzna, który jest waszym najlepszym przyjacielem....aaaach....

Kiedy fotograf kazał Joe położyć ręce na moich biodrach, przeszedł mnie delikatny dreszcz.
- Drżysz, skarbie... - mruknął mi do ucha, a fotografowie strzelili kolejne zdjęcie.
- Zimno mi - skłamałam.
- Konieeeeeec! - zawołała choreografka, wchodząc na plan zdjęciowy - Możecie spadać, dzięki!
- Taa, my też dziękujemy, nara - pożegnał się Joey, ciągnąc mnie za rękę - Przebieramy się i spa...
- Joe, stary! - przed nami wyrósł, znikąd dosłownie, Steven. Zagwizdał na mój widok, po czym zwrócił się do gitarzysty:
- Jedziemy w trasę na dwa tygodnie, znaczy tu, po LA, ale wiesz...
- Znowuuu? No dobra... - westchnął Pereira, zakładając koszulkę. Ja przeszłam do garderoby doprowadzając się do zwykłego stanu, czyli dżinsy, T-shirt i conversy. Mężczyźni pogrążeni byli w rozmowie.
- Kiedy jedziecie? - spytałam, stukając brata w ramię.
- Jutro! - zaskrzeczał teatralnie.
- No super - skrzywiłam się - Ja nie wracam do Anglii...
- Mieszkaj sobie u mnie, nie ma problemu - wzruszył ramionami Perry.
- Ale Rose...
- Nie przejmuj się nią, to nie jej sprawa.
- Dobrze... - westchnęłam - Idziemy?


***


Trzymałam niepewnie słuchawkę telefonu, wahając, czy zadzwonić, czy nie...
Dostałam...znaczy Joe dostał...informację, że pismo sprzedaje się jak ciepłe bułeczki i 'Rolling Stone' we współpracy z (kurwa) 'Playboyem' chcą nieco bardziej PIKANTNEJ sesji ze mną i z nim...
Tylko co ja mu powiem!?
'Joe, wiesz, jesteśmy przyjaciółmi wprawdzie, no, ale taka sesja może być, nie?'
Kurwa...
Gdyby nie to, że się w nim kocham...
CO?!
Czy ja właśnie przyznałam sama przed sobą, że się zakochałam w Joe?
O rany...
I co, będę całe życie udawać, że między nami jest tylko przyjaźń!?
Powiem mu.
Nieważne, czy spierdolę naszą znajomość, czy on to odwzajemni...
Powiem mu, że go kocham.
Powiem.
Kocham cię, Pereira.


***


Plan był głupi w swej prostocie i prosty w swej głupocie - kiedy Aerosmith grali w Detroit, założyłam ciuchy w stylu 'fanki do spania' - skórzany gorset, obcisłe szorty, zakolanówki i lita, a do tego czarną maskę na oczy, aby Perry mnie nie poznał. Całe przedsięwzięcie było bardzo proste - z pomocą wejściówki pokręcić się koło garderoby Joe, razem z resztą fanek i poczekać, aż gitarzysta wyjdzie. Wiem, w jakich laskach gustuje, dlatego ubrałam się TAK - musi wziąć właśnie mnie. No a potem mu się ujawnię i mu to powiem. Tak.

Pokazałam ochroniarzowi przepustkę i zgrabnie przeszłam w okolice garderoby Pereiry. Kręciło się tam kilka półnagich, farbowanych blondyn i z trzy brunetki ubrane w skąpe staniczki. Stanęłam sobie w seksownej pozie i odpaliłam papierosa, zaciągając się ostatencyjnie.
Po chwili rozległy się pojedyncze piski i chichoty, a laski zaczęły się wdzięczyć. Otwarły się drzwi i wyszedł z nich ochroniarz Joe. Obrzucił wszystkie dziewczyny wzrokiem i coś mówił siedzącemu w  środku Perry'emu. Po chwili skinął na mnie palcem, a inne fanki rozpoczęły symfonię jęków zawodu. Z lekkim uśmieszkiem weszłam do środka, kręcąc biodrami. W środku panował mrok, lecz wyraźnie widziałam zarysowaną sylwetkę Joe, który podszedł do mnie powoli.
Poczułam jego dłonie na swoich biodrach i jego miękkie wargi na moich. Czemu muszę to przerywaaaać...
Delikatnie odsunęłam mu twarz i zdjęłam maskę z oczu. Joe zrobił minę typu ':o'
- CASS?!
- Ciii.... - odszepnęłam - Nie przestawaj - widziałam, że się waha, więc sama wpiłam się mocno w jego usta. Całowaliśmy się dłuższą chwilę, która była chyba kolejną z najpiękniejszych w moim życiu...
- Joey... - wyszeptałam - Muszę ci coś powiedzieć...
- Taak? - jego głęboki głos w formie szeptu przyprawiał mnie o szybsze bicie serca.
- Nie wiem...co ty na to...nie obchodzi mnie to...mam gdzieś konsekwencje....ale...chciałam ci powiedzieć, że... - wtedy ktoś energicznie zastukał w drzwi. Perry odsunął mnie delikatnie i poszedł zobaczyć kto pukał i czego chciał. Kiedy wrócił, wiedziałam, że mam po mówieniu.
- Co jest?
- Muszę iść, mają problem z moją gitarą - odparł, zakładając marynarkę - Cassey, co ty tutaj w ogóle robisz?
- Chciałam ci zrobić niespodziankę...ale skoro idziesz... - spuściłam głowę.
- Przepraszam - odparł chłodnym tonem i wyszedł z garderoby. Usiadłam na kanapie, wzdychając ciężko. Co zrobiłam nie tak?!

Narzuciłam na siebie płaszcz i wyszłam z pomieszczenia, robiąc tzw. dobrą miną do złej gry. Poszłam na dworzec i wsiadłam w busa do LA. Cóż. Przecież to norma, że MAM SZCZĘŚCIE, PRAWDA?


***


Tydzień później, w południe, Joe wrócił do domu. Wyszłam na korytarz i dosłownie rzuciłam mu w twarz zawiadomieniem z wkurwioną miną.
- Mhm... - mruknął, przebiegając wzrokiem po tekście - Może być.
- Jak chcesz.
- Jesteś na mnie zła?
- Nie.
- Przecież widzę.
- Przestań, Pereira.
- Ale co!?
- Nic - burknęłam, odwracając się do niego plecami.
- Ej... - powiedział łagodnie, obejmując mnie - Nie bądź zła...Przepraszam za popsucie wieczoru...Więc...Co chciałaś mi powiedzieć?
- O tym zawiadomieniu - skłamałam, wyrywając się mu - A teraz wybacz, ale idę się położyć, boli mnie głowa.
- Jasne.... - odparł smutnym tonem. Westchnęłam, zatrzymując się przy schodach.
- Pereira.
- Hm?
- Chodź tu - podszedł posłusznie, a ja wtuliłam się w niego mocno - Przyjaciele się nie kłócą o takie gówno. Co z tą sesją?
- Ja się zgadzam, brzmi super!
- Ja w sumie też... - przytulać prawie nagiego Joe? Teraz, zaraz! - Zadzwoń do nich, a ja się serio położę.
- W porządku, śpij dobrze - cmoknął mnie w skroń i poszedł potwierdzić naszą zgodę. Dopiero teraz zaczęłam rozumieć, jak bardzo zależy mi na tym człowieku. ZAJĘTYM.


***


- PIKANTNA SESJA?!
- Tyler, nie drzyj się...Ona jest na górze, jeszcze usłyszy...
- Joe, masz genialną okazję! I zostaw w końcu tą wywłokę!
- Cass mnie nie kocha, zrozum! - powiedziałem zrozpaczonym tonem - Traktuje mnie jak przyjaciela! - Steven popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem.
- Taaa? I dlatego pozwala się całować w policzek, w czoło, w usta... - wyliczał Steve na palcach.
- W USTA NIE BYŁO!
- Nie? Na pewno?
- No...no dobra, było.
- Nie kocha cię, więc dlatego się do ciebie dosłownie klei?
- CO?!
- No a nie? Wiecznie się kleicie do siebie, tulicie, trzymacie za ręce... Ale nieee, to przecież NIC NIE ZNACZY!
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi... - bąknąłem pod nosem.
- Mhm, jasne, a ja to krowa - zirytował się Steve.
- No może trochę... - uśmiechnąłem się, a wokalista trącił mnie ramieniem.
- Ty se, Pereira, uważaj - ostrzegł, uśmiechając się szeroko - Słuchaj mnie. Jesteś Joe Fuckin' Perry, czy nie?
- No...no...jestem...
- To zrób coś w końcu! I weź zerwij z tą wywłoką Rose, bo jej nie cierpię...
- Czemu?
- Bo jest dziwką i idiotką, no, a poza tym zabrania ci niemal wszystkiego i jeszcze ciągnie z twojego konta zamiast tobie obciągać!
- Tyler, ty cioto... - westchnąłem - Jeśli dla ciebie związek to tylko i wyłącznie obciąganie...
- NIE, NIE SŁUCHASZ MNIE! - dał o sobie znać jego wybuchowy charakter - Nie rozumiesz, że ona jest z tobą dla kasy i lansu?! Nie widzisz tego, do cholery!? JESTEŚ KURWA ZAŚLEPIONY!
- Nieprawda...Kocham Rose...
- JASNE, NA PEWNO!
- CISZEJ, KURWA!
- No już, już...Ty jej nie kochasz, Perry. Ty kochasz Cassie, a Rose to przykrywka. Sam wiesz, jaka ona jest, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Wy nawet ze sobą nie śpicie! - zbulwersował się - Ile razy się z nią pieprzyłeś? No pytam!
- Dwa...
- Całowaliście się? Całujecie?
- Nie...
- Przytula cię?
- N...nie...
- NO TO KUUURWA! - Stevenowi puściły nerwy - Deacon ci ją sprzątnie sprzed nosa i mi będziesz jęczał i wył, że nie jest twoja. WALCZ, PEREIRA! Bujasz się w niej od 6 lat! - spuściłem głowę. Skubaniec, miał racje.
- Dobra...niech będzie...przyznaję...kocham ją.
- No i to mi się podoba - poklepał mnie po ramieniu - Wiesz... - przysunął się bliżej - Gadałem z nią o tobie...
- I co i co? Traktuje mnie tylko jak przyjaciela? A może...może jakimś cudem...też mnie kocha? - Steven patrzył mi w oczy TAKIM wzrokiem. W tym spojrzeniu zawarte było wszystko. Cała odpowiedź. Znaliśmy się zbyt długo, żebym nie znał znaczenia tego wzroku. Jesteśmy Toxic Twins. My się rozumiemy bez słów. Bez gestów. Wystarczy nam jedno spojrzenie. Jedno skinięcie.

Zrozumiałem.


***


Denerwowałam się cholernie. Bałam się, że się na niego po prostu rzucę, kiedy tylko się pojawi. Wyszedł z łazienki, przeczesując palcami włosy. Ledwo powstrzymałam jęk zachwytu. Był cudowny.



Mogłam na niego patrzeć godzinami...W skórzanej ramonesce jego umięśnione ramiona, były jeszcze bardziej wyraźne i podkreślone, a jego klatę opinał dokładnie skórzany materiał. Dobrali mu do tego czarne, dżinsowe spodnie i ćwiekowany pasek. Ładnemu we wszystkim ładnie...A przystojnemu we wszystkim zajebiście.
Joe 'Fuckin' Perry.
Jeden z najpiękniejszych facetów na ziemi. Jeden z najseksowniejszych mężczyzn ever. Mój przyjaciel. Najlepszy przyjaciel. Który jest kurwa zajęty...


***


Wychodząc z łazienki, wpadłem prosto na Cassie. Miała na sobie...miała....miała na sobie to:



 Eeeeeaaaayyyyy.... Boziu, jaka ona jest seksowna i śliczna, aaaaaaawh! Cholernie podobają mi się laski w gorsetach, to jest po prostu zaakcentowane najpiękniejszych rzeczy w ich figurze... Szkoda, że w większości kobiety się gorsetów...boją? Bo wcale ich nie noszą... Wiem, że to nie Cass wybierała sobie ciuchy, ale musiała się zgodzić, żeby założyć akurat te...
Dochodzę od samego patrzenia...Zaraz się zacznę ślinić normalnie.
Ogarnij się, Pereira...


***


Czekaliśmy aż fotograf ustawi cały sprzęt w salonie. Muszę przyznać, że lepszego miejsca nie mógł wybrać, bo salon Joe był urządzony po prostu pięknie, w tonacjach czerni, bieli i czerwieni, wiecie, skórzana kanapa i fotele, czerwone ściany i białe dodatki...Cudeńko!
- Okej, wszystko gotowe...A wy? - uśmiechnął się fotograf. Był młodym mężczyzną i kazał mówić sobie Peter. No dobra.
Pokiwaliśmy głowami, patrząc na siebie dyskretnie.
- No to tak...Pereira, ty musisz mieć swojego Gibsona...Tak, tego. Ok. Usiądź i oprzyj gitarę o kolano, jak w pozycji do grania na siedząco...Mhm...Dobrze! A ty, Cassey, tak półleżąco z nogami na jego kolanach...Ale rozluźnij się! No, cudownie! - zadowolony Peter zrobił pierwsze zdjęcie - Czy wy...kim wy dla siebie jesteście?
- Najlepszymi przyjaciółmi - odparłam szybko.
- Uhm...Czyli obmacywanki odpadają? Tak samo całowanie?
- Niekoniecznie... - uśmiechnęłam się lekko, a Joe rozbłysły oczy.
- No i to chciałem usłyszeć...Siadaj mu okrakiem na kolanach - usłyszałam i lekko spanikowałam. HALO, JA MAM NA SOBIE TYLKO MAJTKI I GORSET!


***


Widziałem, że niezbyt jej to pasuje...Cóż. To nie oznacza, że jej na mnie nie zależy...Też bym przy obcych nie chciał się obmacywać, no ale co zrobić...
Usiadła mi na kolanach, oplatając nogami moje biodra. Poczułem jak oblewa mnie gorąco, a moje spodnie robią się nieco ciaśniejsze...Cholera. Nie teraz...
Spojrzała mi w oczy i oparła dłonie o swoje uda.
- Ej...wy mnie okłamujecie! - zawołał fotograf - Przyznajcie się, że jesteście parą!
- Nie, naprawdę nie jesteśmy! - zaśmiała się Cassey, odwracając lekko głowę. Poczułem silny zapach jej perfum, spodobał mi się...
- To teraz się nie ruszać, Cass, patrz mu w oczy, a ty Joe, leciuteńko się uśmiechnij....O tak. Cass, rozchyl usta...Pięknie. Nie ruszać się... - usłyszałem dźwięk flesza - Nie wstawajcie...Hm...Ok, Perry, kładziesz się na boku twarzą do mnie...Cassie, połóż się za nim i przerzuć mu nogę przez bok...Mhm, super. Uwagaaaa... - kolejny błysk - Okej, po następnym zdjęciu nikt wam nie uwierzy, że nie jesteście razem, wstawać i pod ścianę - kurwa, jak w Auschwitz! - No, dalej! Joe, masz być oparty plecami o ścianę - posłusznie się oparłem - A ty, Cassey, podejdź do niego...Zarzuć mu ręce na szyję... - aj, robi się gorąco - A ty, Pereira, trzymaj ją za tyłek - COOO?!
- Ale...ale... - zaprotestowałem cicho, rumieniąc się, ale usłyszałem w uchu szept Cassie:
- No dalej, zrób to - ooo, skoro chcesz! Przyciągnąłem ją za pośladki, tak, że przywarła do mnie całym ciałem. Ajajajajajajjjjjjj...
- No i buziak, ale tak wiecie jak... - o fak. No to po mnie. Cassey patrzała na mnie wyczekująco, więc wpiłem się w jej usta, wsuwając język między jej wargi. O. Mój. Boże.


***


Czułam jak uginają się pode mną kolana. O rany, całuje mnie Joe 'Boski' Perry...Przejeżdżał mi językiem po podniebieniu, sprawiając, że umierałam z zachwytu.
Jeeeeeeeeeeeeej...
- Okeej, mam zdjęcie, możecie już przestać - z trudem oderwaliśmy się od siebie, dysząc ciężko. Joe patrzył na mnie z żarem w oczach, wiedziałam, że chce więcej...Zresztą nie tylko on...
- Dobrze, jeszcze dwie foty i możecie się zająć sobą - zapowiedział Peter. Tym razem żadne z nas nie zaprotestowało na słowa 'zająć się sobą'...
Fotograf kazał mi odchylić się mocno w tył, a Joe miał mnie trzymać w pasie, drugą ręką ujmując korpus gitary.
Za to propozycja ostatniego zdjęcia po prostu zwaliła mnie z nóg...


***


Nie...Ja nie...Kurwa, ja tam umrę. Nie dam rady, zdechnę z zachwytu zanim zrobi zdjęcie...
Peter kazał iść Cassie, żeby zdjęła gorset. Miałem ją przytulić do klatki piersiowej, bez niczego od pasa w górę i zasłaniać z boku Gibsonem. Dla mnie po prostu bomba, ale...No ok, nie wyglądała na zachwyconą. Stała niepewnie na środku pokoju, zagryzając wargę. Po chwili podeszła do mnie.
- Cassey... - wymruczałem jej do ucha - Ja wiem...to jest...krępujące...
- Nie. Nie samo zdjęcie. Jak mam wyjść z łazienki?! Mam świecić cyckami aż nas ustawi?
- Ej - zerknąłem na tasiemkę przy jej gorsecie - Ja to załatwię. Peter! - imię fotografa powiedziałem już na głos - My się sami ustawimy.
- Ok, jak wolicie.
- Dobra, Cass, plan jest taki. Biorę gitarę, trzymam jak do zdjęcia, ty się musisz we mnie wtulić, a wtedy rozwiążę ci tasiemkę i po prostu wykopię gorsecik poza kadr. Pasuje?
- Jasne! - kiwnęła głową. Wziąłem mojego Les Paula do prawej ręki i podniosłem go nieco. Cassey przylgnęła do mojej klatki piersiowej, a ja jednym pociągnięciem za tasiemkę, pozbawiłem ją tego cud gorsetu. Ledwo powstrzymałem jęk, kiedy zamiast materiału, poczułem dotyk jej rozgrzanej skóry...
- Jesteście cudowni, idealnie, nie ruszać się! - rozchyliłem leciutko wargi, patrząc na nią z zachwytem. Ona spojrzała mi w oczy wzrokiem pełnym żaru.
Poczułem jak ponownie oblewa mnie gorąco i zupełnie zapomniałem o Peterze. Kiedy tylko błysnął flesz, wpiłem się w usta Cassie, odkładając gitarę i osłaniając ją ramionami.
- Jasne, rozumiem, ja się tu pozbieram, a wy idźcie się...Ogarnąć - chwilę poczekaliśmy, aż fotograf zbierze sprzęt i wyjdzie.

Rzuciłem się na nią w tym samym momencie, kiedy Peter zamknął za sobą drzwi. Nie opierała się; wręcz przeciwnie. Jedyne, co nam przeszkadzało, to ten cały bałagan... Wiecie, ciuchy, gitara, wzmacniacz, dwie duże lampy...
- Na górę? - zapytałem, dysząc.
Skórę na szyi i wargi miała rozpalone od moich namiętnych pocałunków, cała drżała, nadal wtulając się w moje ramiona.
Nie odpowiedziała słowami, ale skinieniem głowy.


 ***


Było mi obojętne, gdzie mnie prowadził; byleby dokończył, bo niebezpieczne u mnie było pomieszanie podniecenia i niecierpliwości jednocześnie...
Poszliśmy na górę, do sypialni, było nam wszystko jedno, której. Byliśmy razem. Blisko. Ale nie do końca tak blisko, jakbyśmy chcieli...


***


Zamknąłem drzwi i ponownie zacząłem ją całować i dotykać. Znowu nie protestowała. Pozwoliła moim ustom jechać po jej szyi, moim rękom jednym ruchem rozpiąć pasy przy jej pończochach, mojemu językowi zataczać kręgi na jej dekolcie.
Pozwoliła mi.
A ja, tak jak ona, prawie umierałem z podniecenia. Podgryzałem jej skórę, rozpalając ją do czerwoności...
Po chwili oboje nie mieliśmy na sobie nic...Padłem z nią na ogromne łoże, a ona znów mi się poddała.
Wszedłem w nią mocno, a słysząc jej wrzask, natychmiast przyspieszyłem. Nasze głośne jęki zlały się w jeden dźwięk. Sygnał oznaczający totalny odlot...

Nie pozostawała mi dłużna. Wbijała paznokcie w moje boki i plecy, co jeszcze bardziej mnie podniecało i mobilizowało do działania.

Po chwili oboje doszliśmy w tym samym momencie.
Cass z trudem łapała oddech. Wtuliła się we mnie, na co zareagowałem uśmiechem.
- Jesteś cudowna, wiesz? - szepnąłem, odgarniając jej grzywkę z czoła. Ale ona tylko wpiła się w moje usta, ciągnąc mnie na siebie. Jeden raz jej nie wystarczył...Nie teraz, kiedy osiągnęliśmy największą bliskość jaką się dało...
- Zrób to jeszcze raz... - mruknęła mi do ucha.
- Cooo?
- Pragnę cię, Joe...No zrób to... - nie czekałem dłużej. Wszedłem w nią ponownie, tym razem jeszcze mocniej. Jej krzyk rozrywał mi bębenki w uszach, sprawiał, że jeszcze bardziej się starałem, wchodząc na szczyt moich możliwości...
Nawet się nie zorientowałem, że moje gardło też brało udział w tym cudownym przedstawieniu...Śpiewało, ale nie swym zwykłym, głębokim tenorem, lecz wysokim, jęczącym niewiadomo czym....
Ale chwila...czy to ważne?

Przyszedł w końcu moment, na który czeka się przez cały seks...Wiecie, jak się wspina po górach, to w końcu dociera się na szczyt. Taki sam szczyt właśnie osiągnęliśmy.
Przetrzymywałem ten błogi stan najdłużej jak się dało, czułem, że już nie mogę, ale gardłowe jęki Cassie temu zaprzeczały... Odczekałem jeszcze chwilę i pozwoliłem nam obu dojść.
Doznanie było tak mocne, że wrzasnąłem głośno, opadając gwałtownie na poduszki.
- Joey... - jęknęła mi do ucha Cass, oddychając ciężko.
- Tak...kochanie...? - wydyszałem.


***


To był ten moment. Moment, w którym miałam mu wyznać, co czuję. Teraz. Przecież właśnie się ze mną kochał!
Jednak coś ściskało mnie w gardle. Strach...?
Joe patrzył na mnie z pełną napięcia miną, widać było, że czeka na to, co powiem.
- Bo ja...ja...chciałam...
- Chciałaś mi powiedzieć to, co wtedy zaczęłaś w garderobie, prawda?
- Prawda...
- Więc?
- Kocham cię, Joe - wypaliłam a Perry'emu opadła szczęka.


***


Nie wierzyłem w to, co słyszę. Nie wierzyłem, że powiedziała 'Kocham cię, Joe'... Milczałem, totalnie w szoku.
- Coś nie...tak? - w oczach Cassey zabłysły łzy. Chciałem jej odpowiedzieć, ale miałem totalnie ściśnięte ze wzruszenia gardło i nie byłem w stanie się odezwać.
- Rozumiem... - wyszarpnęła się z moich ramion i chciała wstać. Wtedy się odblokowałem.
- Cassie, czekaj! - pociągnąłem ją na siebie, tak gwałtownie, że aż pisnęła - Przepraszam, ale po prostu mnie przytkało...Cass...Cassie, kochanie moje najdroższe... - ująłem jej twarz w dłonie i zniżyłem głos do szeptu - Ja też cię kocham, skarbie. Kocham cię od dawna, kocham cię od czasu, kiedy byliśmy razem po raz pierwszy...Kocham cię całym moim zjebanym, zepsutym sercem...Ja wiem, że się nie nadaję na twojego faceta...Bo jestem życiowym zjebem, ciągnie mnie do narkotyków, piję, palę...Jestem głupi...Nie nadaję się na mę... - wtedy przerwała mi namiętnym pocałunkiem. Poddałem się jej totalnie... Przygryzła mi wargę, a jej dłonie znalazły się na moich pośladkach.


***


Nie wiedziałam co się ze mną dzieje... Nigdy wcześniej nie czułam się tak pewnie przy mężczyźnie...
Całowaliśmy się coraz namiętniej i agresywniej. W pewnym momencie Perry zjechał ustami na mój dekolt i zataczał kręgi językiem. Syknęłam, wbijając mu paznokcie w pośladki. Joe zareagował głośnym, przeciągłym jękiem.
- Caaaaa....ssie....
- Taaak? - spytałam zalotnym tonem.
- Rób... mi... tak... - wyjąkał, a ja wbiłam mu paznokcie ponownie.
- AAAA... DOBRZE... MI... - wrzasnął z rozkoszą. Zamknęłam mu usta pocałunkiem i kontynuowałam moje małe tortury. Po chwili wydał z siebie szczególny dźwięk, coś pośredniego między jękiem, wrzaskiem i syknięciem.
- Widzę... że poszło - wymruczałam, zerkając poniżej linii jego bioder.
- Sorry... - speszył się.
- Tak miało być - posłałam mu uśmiech - W sumie nie zrobiłam nic takiego...
- Działasz na mnie jak cholera... Nie dziw się, że dochodzę przy samych pocałunkach... i twoich paznokciach - przełknął ślinę.
- Podobało ci się?
- No ej! Bardzo...Wiesz... ja... w sumie to ja się nie umiem całować - oparł się na łokciu.
- Jak to?
- Spanie z fankami... wiesz... po koncercie... my się nie liżemy. Jak chcę się przelizać z kimś, to mogę z każdą laską na ulicy...Po koncercie trzeba się wyluzować, więc bierzesz taką do garderoby bądź pokoju, parę razy ją cmokniesz i heja do wyra! - powiedział, a mi zrobiło się cholernie przykro.
- No przecież. Boski Perry może mieć każdą, każdą przelecieć i z każdą się przelizać... - niechcący powiedziałam to na głos.
- Hej... Nie mów tak, Cassey... - szepnął, przytulając mnie mocno - Skoro mam ciebie... nie będę sypiał z nikim innym...
- Tak jak wtedy, na weselu? - nie wiem, po co to powiedziałam...Widać, że dotknęło go to dość mocno - Przepraszam. Nie chciałam tego powiedzieć...
- W porządku... Cass?
- Tak?
- To teraz... będziesz już ze mną?
- Jako?
- Jako moja dziewczyna...
- Masz Rose.
- I tak miałem zamiar z nią zerwać. Nie kocham jej! - spojrzał mi w oczy - Kocham ciebie, Cassey.
- Masz mnie, Pereira.
- To znaczy?
- To znaczy, że chcę z tobą być, ty słodka cioto - zmierzwiłam mu włosy, a on uśmiechnął się szeroko.
- Kocham cię, mała - wyszeptał, po raz kolejny namiętnie mnie całując...


**************************


POZDRAWIAM WSZYSTKICH, KTÓRZY WYSYŁALI MOJEGO KOCHANEGO JOE NA UKRAINĘ, KRYM I MAJDAN. WIEM, ŻE SIĘ CIESZYCIE Z TAKIEGO OBROTU SPRAW, JAKI DAŁAM, BUZIAKI ;***
~ Mistrzyni Sarkazmu, MylesowaHudson


**************************

KOMENTUJCIE!!!

środa, 5 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 18

                  Nuuuuda. Nieudany ten rozdział...


***

Przebudziłam się słysząc piskliwy, kobiecy wrzask:
- PEREIRA DO KURWY! - oboje, ja i Joe usiedliśmy, nadal sie obejmując. Zorientowałam się, że... jesteśmy nadzy! Przypomniała mi się wczorajsza noc...
Zakryłam się kołdrą i uniosłam wzrok na wkurwioną totalnie Rose.
- PERRY, WYPIERDALAJ STĄD! - podeszła do Joe i siłą zrzuciła go z łóżka. Biedny, zdążył wciągnąć na tyłek bokserki i już został wywalony z sypialni. Narzuciłam na siebie koszulę nocną i również chciałam się ewakuować, jednak silny uścisk dłoni Rose na ramieniu, kazał mi zostać na miejscu.
- A teraz słuchaj, dziwko! - warknęła
- NIE JESTEM DZIWKĄ!
- Oh, wcale, tylko sypiasz z moim facetem! I teraz masz wybór - albo zostawiasz Joe w spokoju i się z nim NIE WIDUJESZ ANI RAZU, OPRÓCZ KONCERTÓW A PO NICH W OGÓLE, wtedy ja nie powiem Johnowi, że pieprzyłaś się z Perrym, albo dalej się z nim widujesz, a John się dowiaduje co jego ukochana porabia po nocach - uśmiechnęła się drwiąco, a ja poczułam, że zaraz się rozpłaczę
- Alealeale...Ja...Joe to mój...przyjaciel!
- Albo albo, mała - chwilę milczałam, po czym odparłam łamiącym się głosem:
- Zgoda...
- No. W takim razie możesz czuć się bezpieczna i...aha. Wypierdalaj z jego domu - dodała i opuściła sypialnię. W 15 minut byłam gotowa i wyszłam szybko, tak, by Joe nie zdążył za mną zawołać. Płacząc jak idiotka, poszłam do domu Stevena i drżącymi rękami otwarłam kluczem drzwi. Czułam się koszmarnie źle... Czemu? Przecież nie kocham się w Joe...

Walnęłam się na kanapie i sięgnęłam po ramkę, która faktycznie, tak jak mówił Joe, stała na komodzie. Przesunęłam palcem po zdjęciu i po prostu się rozpłakałam.


***


Mijały dni. Nie rozmawiałam z Joe już dwa tygodnie, widywaliśmy się tylko i wyłącznie na scenie, a zaraz po koncercie, Rosie brała Perry'ego w swoje sidła. Nie było szans na choćby zamienienie kilku zdań.
Mieszkałam u Stevena, sama... Nikt ze mną nie rozmawiał. Queen byli w Anglii, Steve na odwyku, Joe z tą kurwą, Tom, Brad oraz Joey mieli swoje życie a i ja nie za bardzo miałam ochotę im się zwierzać.
Najbardziej teraz chciałam wrócić do Anglii, ale musiałam dokończyć mini trasę. Na szczęście zostały tylko 3 koncerty i mogę wracać do Johna i reszty... To tylko tydzień. 7 dni. Potem Anglia... nie, chwila. Nie mogę wracać do Londynu, za dwa tygodnie wraca Steven! Muszę tu zostać! Ewh, kuuurwa...

Wtedy rozległa się melodyjka z mojej komórki. Odebrałam, nawet nie sprawdzając kto dzwoni.
- Tak?
- Cassie, słońce, jak ja się kurwa stęskniłem... - usłyszałam głęboki głos Joe i miałam ochotę się popłakać ze szczęścia
- JOE!
- Słuchaj, nie mam za dużo czasu, Rose wyszła do sklepu... Jutro w naszej kafejce o 16, pasuje?
- TAK! - ok, ok, za dużo entuzjazmu
- Super! To do zobaczenia i...wiesz...kocham cię, siostrzyczko - powiedział czułym tonem
- Ja cię też - odparłam. My serio jesteśmy jak brat i siostra!
- To do zobaczenia! - dodał i zanim mu odpowiedziałam, rozłączył się. Z uśmiechem zaczęłam chodzić po domu podśpiewując 'Sweet Emotion'...


***


- Jesteś! - usłyszałam i odwróciłam się szybko
- Joe! - wstałam i wtuliłam się w niego mocno - Nie gadałam z nikim od dwóch tygodni!
- Biedna.... - mruknął, głaszcząc mnie po włosach. Zamówiliśmy jak zwykle dwa Cappuccino Chocolate Special i usiedliśmy w najbardziej zasłoniętym zakątku kawiarni...


*** Joe ***

Siedziała naprzeciwko mnie, cudowna jak zawsze. O wiele piękniejsza od Rose. O wiele lepsza. Cudowniejsza.
Dlaczego jestem z Rose?
Dobra. Przyznaj w końcu, Pereira, że się bujasz w Cassie. Kochasz ją, a Rose jest dla zmyły, żeby nie było.
Tak.
Kocham Cass. Kocham ją od czasu, kiedy byliśmy 'razem'... Ta jedna jedyna wspólna noc sprawiła, że wpadłem totalnie, po uszy. Ale ona MUSI być zajęta... Cóż. Ja się nie wtrącam...
- Joe. JOE! - ocknąłem się z myślowego transu
- Wybacz, zamyśliłem się...Coś mówiłaś?
- Mówiłam, że tęskniłam...
- Ja też... - kochanie - Nawet nie wiesz jak bardzo...


*** Cassie ***


Wtedy zadzwonił mój telefon
- Halo?
- Cass... - usłyszałam łkanie Stevena
- STEVE!?
- Zabierz mnie stąąąd... - wył - Zrobię wszystko, będę śpiewał, ale weź mnie stąd!
- Ale co sie stało, skarbie? - spytałam łagodnie
- Zabierz mnieee - powtarzał jak mantrę
- Daj mi pół godziny.
- Ale przyjedziesz?
- Oczywiście - odparłam i rozłączyłam się
- Co jest? - spytał Joe, kładąc swoją dłoń na mojej
- Steve dzwonił...Mam go natychmiast zabrać z odwyku...
- To dopiero połowa terapii...
- Może...nie wiem...muszę po niego jechać. Pożyczysz mi samochód? - pokiwał głową - Dziękuję, jesteś kochany - uśmiechnęłam się, wyciągając rękę po kluczyki - Odwieźć cię?
- Z buta wrócę, to kawałeczek.
- Dobrze - wstałam i przytuliłam go lekko - To na razie!
- No pa - uśmiechnął się szeroko i pomachał mi jeszcze. Wsiadłam w jego cudownego Mercedesa i pojechałam do kliniki, gdzie przebywał Steven.

Zaparkowałam i rozejrzałam się po budynku... Po chwili wrzasnęłam ze strachu.
- TYLER, CZY TY ZWARIOWAŁEŚ?! - Steven siedział na dachu z nogami spuszczonymi w dół i palił papierosa. Na mój wrzask odwrócił głowę.
- JESTEŚ! - odkrzyknął radośnie, wstając.
- Jezu, uważaj!
- Spoko - paroma skokami po drabince znalazł się na dole. Obrzuciłam go uważnym spojrzeniem.
- Steven, ile ty ważysz? - wypaliłam, kiedy stanął przy mnie.
- 56 kilogramów - odparł spokojnie, a mi opadła szczęka
- TY COKOLWIEK JESZ?!
- Zdarza się... - spuścił głowę, kręcąc trampkiem po betonie
- Czemu mam cię stąd zabrać?
- Mam dość, Cass! - chwycił mnie za ramiona - Nie będę brał, będę grał koncerty, chodził na próby ALE ZABIERZ MNIE Z TEGO PIERDOLONEGO PSYCHIATRYKA!
- To nie jest psychiatryk...
- ALE TAK WYGLĄDA!
- Nie skończyłeś terapii, wyglądasz jak anorektyk i zachowujesz się jak psychiczny, a ja mam cię stąd zabierać? - oburzyłam się
- Możesz mnie pilnować...Przysięgam, będę jadł!
- Będziesz ćpał?
- Nie będę! - prawie płakał
- Będziesz grzeczny?
- Taaaak! - rozkleił się totalnie. Milczałam dłuższą chwilę po czym uległam:
- Gdzie masz rzeczy, ciotencjo? - Tyler wyszczerzył się i poleciał po torbę. Chwilę później siedzieliśmy w samochodzie, słuchaliśmy radia i wyliśmy razem z The Kinks.


***


Pierwsza próba... Nie ukrywam, boję się. Przyszłam z Joe, Steven miał pojawić się za paręnaście minut, jak 'załatwię toaletowe sprawy' - wszystko jasne. Ufałam mu...Ale nie na tyle, żeby nie być niespokojna.
- Mam stracha o niego... - zwierzyłam się Perry'emu. Siedzieliśmy na murku przed studiem i rozmawialiśmy.
- Nie tylko ty...wiesz kim on dla mnie jest.
- Mhm... - usłyszałam parkujące na parkingu za budynkiem auto - Chyba przyjechał, chodź do środka...a ja jeszcze zaliczę toaletę - zaśmiałam się i poszłam do łazienki.
Kiedy załatwiłam potrzebę, weszłam tanecznym krokiem do studia i napotkałam scenę, jakiej się obawiałam. Joe, Joey, Tom i Brad grali jak zawsze, a Steve słaniał się przed mikrofonem, kompletnie nie wchodząc ani w dźwięk, ani w rytm. Perry posłał mi zrozpaczone spojrzenie, a ja skinięciem głowy kazałam mu przestać grać. Po chwili umilkły wszystkie instrumenty, a ja podeszłam do Tylera.
- CO MI DO KURWY OBIECAŁEŚ?! LEDWO WYSZEDŁEŚ, A JUŻ JESTEŚ ZAĆPANY?!
- Jaaaa....nieeeeje...steem.... - wyjąkał, opadając na kolana
- Wracasz na odwyk - powiedziałam stanowczo
- Nie! - wrzasnął histerycznie
- NIE PYTAM SIĘ CIEBIE O ZDANIE, WRACASZ I JUŻ! - odwrzasnęłam, wściekła jak nie wiem. Tyler umilkł i bez gadania pozwolił mi się odwieźć do kliniki.
- Myślałam, że mogę ci zaufać - powiedziałam z wyrzutem, wchodząc z nim do budynku i oddając w ręce lekarzy. Potem wróciłam do auta, bez słowa pożegnania.
- Nie płacz... - Joe, który wcześniej siedział z tyłu, teraz znajdował się na miejscu pasażera - Wszystko będzie dobrze... - oparłam mu głowę na ramieniu
- Wszystko się pierdoli, Joe...


*** Joe ***


Nie miałem serca powiedzieć jej, że nie tylko Steven ma styczność z dragami... Co z tego, że Brad i Tom ćpają jak ciule, nie? Co z tego, że Joey stał się alkoholikiem, nie? Ja...No dobra, ja CZASAMI biorę. Ale nie jestem uzależniony, Cassie by mi nie wybaczyła...A na to pozwolić nie mogę!
- Dobrze, że chociaż ty jesteś czysty... - mówiła, a ja obejmowałem ją w pasie, mając ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię
- Nie mów tak - odważyłem się w końcu - Muszę ci coś powiedzieć...
- A co takiego? - popatrzyła mi prosto w oczy
- My... Brad i Tom ćpają heroinę i kodeinę na potęgę, nie widać, bo cwele na próby są czyści... Joey się upija, dziennie, naprawdę dziennie...A...
- A ty? - chyba już wiedziała, co chcę jej przekazać - Joey, błagam, nie mów, że ty też to bierzesz...
- Zdarza mi się...ALE RZADKO! Ja...Przepraszam... - Cass w milczeniu zabrała głowę z mojego ramienia i strząsnęła moją rękę z jej pasa. Westchnąłem - Nie bądź zła...Proszę...
- ZAMKNIJ SIĘ, PEREIRA! - warknęła, odpalając silnik i ruszając na pełnym gazie. Widzisz Perry, spieprzyłeś sprawę po raz drugi w życiu...Brawo.


*** Cass ***


 "CZASAMI biorę"... Te 'czasami' Joe można było widzieć na ostatnich trzech koncertach. Były do dupy. Totalnie do dupy. Perry grał na odwal, stojąc w jednym miejscu z twarzą zasłoniętą włosami, Tom i Brad podobnie, a Joey odurzony alkoholem, uderzał w perkusję jak chciał. Tu werbel, tam hi-hat, tu stopa - i wychodził misz masz.
Nie byłam w stanie dłużej na to patrzeć.
- Ogarnijcie się w końcu! - krzyknęłam po ostatnim koncercie, kiedy odpoczywaliśmy w garderobie - Joe! - podniosłam mu głowę. Gitarzysta był totalnie naćpany, kiwał się tylko i prawie nie kontaktował. Ukryłam twarz w dłoniach - Rozumiem, że chcecie końca Aerosmith, tak? - w odpowiedzi Joe wymruczał coś niezrozumiałego pod nosem - Idźcie do domu. Idźcie - pokręciłam głową - Zobaczymy się, jak ogarniecie tyłki. Wracam do Anglii.
- Eeeeaeeejaktooo? - wybełkotał Perry
- Normalnie, nara - wstałam i w scenicznych ciuchach opuściłam teren koncertu.


3 godziny później siedziałam już w samolocie do Londynu...


*********************************************************


- Halo?
- John...?
- Cassie!
- Przyjedziesz po mnie na lotnisko?
- Jesteś w Anglii!?
- Mhm...Wszystko wyjaśnię później, przyjedź po mnie najpierw.
- Jasne, czekaj w terminalu A - odparł. Skierowałam się w wyznaczone miejsce a po chwili poczułam wibracje w kieszeni. Dostałam smsa!
"David Geffen mi powiedział...Podobno rozwiązaliście Aerosmith...Nie mam do czego wracać?"
"Joe, Tom i Brad są zwykłymi ćpunami a Joey to alkoholik" - odpisałam
"Przykro mi, siostra...Ja...ewh ;-; nieważne"
"Jak wyjdziesz z odwyku...daj znać"
"Dam <3 I ten...dobranoc"
"Śpij dobrze, Steve" - w momencie kiedy zdążyłam odpisywać, John objął mnie mocno i zawołał cicho:
- NIESPODZIANKA! - uśmiechnęłam się, obejmując go za szyję
- Cześć, kochanie - pocałowaliśmy się mocno - Aerosmith się rozpadli.
- CO?! - w drodze do domu opowiedziałam mu wszystko. Deaky tylko kiwał głową ze zrozumieniem.
- Fatalnie...
- Mhm... - odmruknęłam
- Wszystko będzie dobrze, mała - pocieszył mnie
- Mam wyrzuty sumienia...Zostawiłam ich samych z nałogami...
- To nie twoja sprawa, Cassey. Chcieli, to mają.
- Spierdoliłam ich zespół.
- NIE! NIEPRAWDA! SAMI GO SPIERDOLILI! - krzyknął
- W sumie...ja ich do ćpania nie zachęcałam...
- No widzisz. Już, nie przejmuj się, są dorośli - cmoknął mnie w policzek - Nawet nie wiesz jak za tobą tęskniłem, kochanie.
- Ja za tobą też... - odparłam cicho. Zatrzymaliśmy się pod domem Johna. Niemal zapomniałam już, jak wygląda jego willa...
- Skarbie...? - usłyszałam w lewym uchu cichy szept Deaky'ego
- Tak?
- Ewh... - delikatnie objął mnie w pasie - Co mam zrobić, żebyś była szczęśliwa?
- Niech wszyscy Aerosi przestaną pić i ćpać, reaktywują zespół... Więcej mi nie trzeba... - John objął dłońmi moją twarz. Patrzyliśmy sobie w oczy, a ja poczułam, jak po policzkach płyną mi łzy - Wszystko się popierdoliło, Deacks...
- Ciiii...Z nami w porządku...Z resztą Queen też...Tylko Aero...To też się rozwiąże, zobaczysz.
- Boję się o nich, że...
- Oh, cicho już - fuknął, wpijając mi się w usta. Po chwili poczułam, jak coś miękkiego ociera mi się o nogę
- Co do... Steven! - ucieszyłam się, kucając przy 6 letnim już labradorze, który szalał ze szczęścia, że mnie widzi. John uśmiechnął się leciutko, czekając aż skończę się bawić z pieskiem.
Po chwili wstałam i wzięłam Johna za rękę.
- Mam prośbę...Zrobisz coś dla mnie?
- Wszystko co zechcesz!
- Spraw, bym zapomniała... - szepnęłam, ciągnąc go do sypialni. Zamknął za nami drzwi, a po chwili cały problem z Aerosmith wyparował mi z głowy...


*** MIESIĄC PÓŹNIEJ ***


- Jak on się nazywa?
- Jego pseudonim to Pete Towned...
- Rozprowadza prochy i morduje, z tego co widzę...
- Mhm - Chris podawał mi kolejne dokumenty. Tak. Pracuję sobie w CIA, mieszkamy z Johnem razem... A Aero nadal dążą do autodestrukcji. Wiedziałam tylko, że Steven niedawno wyszedł z odwyku i jest total total czysty, a podobno Joe też jakoś tam się ogarnia...Ale nieważne w sumie.
- Co z nim zrobimy?
- Musisz go odnaleźć, zebrać jak najwięcej informacji, resztą zajmą się nasi antyterroryści. Tylko... - podał mi jasnoblond perukę i soczewki w pudełeczku - Nie daj się dorwać, Jackie Smoke.
- Wow, jakie fajne imię! - skomentowałam, chowając rzeczy do torby
- Dasz sobie radę?
- Pewnie!
- Więc tu masz wizytówkę gościa, pójdziesz do niego i powiesz, że chcesz zamówić sobie 300 gram heroiny, 300 gram kokainy i 200 gram kodeiny. Kasę dostaniesz... No i twoim pierwszym zadaniem będzie wybadanie prawdziwego nazwiska tego człowieka. Nie mów za dużo o sobie, gość jest zdolny dać ci kulkę w łeb... Uważaj na siebie, ok?
- Jasne - wzięłam od Chrisa pieniądze i poszłam się przebrać.

Godzinę później stałam przed małym sklepikiem, schowanym w ciemnej, ciasnej uliczce. Weszłam do środka.
- Witam - odezwał się głęboki, cichy głos
- Przyszłam po prochy - powiedziałam, siadając na krześle. Domniemany Pete odwrócił się do mnie twarzą i mruknął:
- Czego chcesz?
- 300 gram heroiny, 300 gram kokainy i 200 gram kodeiny oraz pańską wizytówkę. Podobno ma pan najlepszy towar w całym Londynie - odparłam pewnie
- Masz forsę? - wyjęłam z kieszeni plik banknotów i po chwili szłam z powrotem do agencji, z workiem pełnym narkotyków i wizytówką niejakiego Josepha Hirta...
JOSEPH...PEREIRA...
Nie! Stop!
- Masz? - Christopher podleciał do mnie zaraz gdy weszłam do biura. Rzuciłam mu wszystko na biurko - Super, jesteś nieoceniona! - poklepał mnie po plecach z uznaniem.
- Dzięki, to moja robota - odparłam niedbale - Będę spadała.
- Przejrzyj w domu te papiery, ok?
- Spoko, to narka!
- Nara - wyszłam z biura, kierując się do wyjścia.
Joseph Hirt... Joseph...Joe... KURWA MAĆ!


***


Mijały leniwe, spokojne dni wypełnione zbieraniem informacji o Hircie. Queen pracowali nad płytą, ja nad sprawą Josepha i praktycznie nie było nas (mnie i Johna) na chacie. No cóż.

Dziś miałam iść od magazynu Hirta, odebrać 'towar'. Jak zwykle spokojnie weszłam do pomieszczenia i... ktoś brutalnie złapał mnie w pasie.
Jednym szarpnięciem za włosy, rzucili mnie na ziemię, jednak zaraz się podniosłam. Stałam twarzą w twarz z Josephem Hirtem, szefem całego gangu. Usiłowałam być spokojna, ale w środku trzęsłam się ze strachu. Moje ręce zwinięte w pięści były mokre od potu.
- Nonono, Jackie Smoke...a raczej...Cassandra Ternent... - zaczął Joseph, a ja drgnęłam. SKĄD ON MA MOJE DANE?! - Więc w końcu się spotykamy...w lepszych okolicznościach - zaczął chodzić dookoła mnie, a dwójka jego ludzi nadal mnie trzymała, jeden za włosy, drugi za ramię - A teraz grzecznie przekażesz mi kluczyk, który otwiera szafkę, gdzie masz swoją broń, legitymacją i teczkę, w której znajdują się wszystkie dokumenty CIA, mam rację? - milczałam - PYTAŁEM O COŚ! - uderzył mnie otwartą dłonią w policzek - ODPOWIADAJ!
- Tak...
- Więc poproszę - wyciągnął rękę
- Nie.
- Nie?
- Nie - odparłam twardo, a wtedy Hirt uśmiechnął się ironicznie i zawołał:
- LICHT! - wszedł barczysty brunet trzymający mocno związanego... JOHNA?! Poczułam, że uginają się pode mną kolana - To jak będzie? - Joseph podszedł bardzo blisko mnie. Spojrzałam w oczy mojemu narzeczonemu i starałam za wszelką cenę się nie rozpłakać.
- Nie dam ci tego...
- Nie dasz? Ach tak? Licht! - mięśniak trzymający Johna wyjął z tylnej kieszeni pistolet i przyłożył basiście do skroni. Po chwili mojego milczenia odbezpieczył broń.
- NIE STRZELAJ! - wrzasnęłam histerycznie, a łzy pociekły mi po twarzy. Hirt wziął od Lichta pistolet i zaczął jeździć palcem po spuście.
Pokonując palący wstyd, upadłam na kolana
- Błagam...zrobię wszystko...tylko nie strzelaj! - płakałam jak idiotka, klęcząc przed szefem bandy. Podszedł do mnie, chwytając mnie za włosy i boleśnie podnosząc z klęczek.
- Dasz mi teczkę, a ja puszczę was wolno. Nie dasz, zastrzelimy tego cwela - syknął, a ja przełknęłam ślinę. Sytuacja wydawała się bez wyjścia. Przesunęłam wzrok na Deacona; zawsze opanowany i spokojny, teraz cały się trząsł.
- N...nie rób...mu....krzywdy....błagam....ja go kocham... - jęknęłam zrozpaczona
- Ojej, no coś takiego...DAWAJ KURWA TECZKĘ! - szef gangu zaczynał się wkurwiać
- Nie zdradzę CIA...
- Licht...
- NIE! - zaprotestowałam, a Hirst po raz kolejny opuścił pistolet - Proszę kurwa błagam...idźmy na kompromis...nie róbcie mu krzywdy... - wyłam, nie hamując już płaczu, a Joseph śmiał się ironicznie.
- Krótka piłka. Dasz nam kluczyk czy nie?
- Nie dam, ale... - moje słowa przerwał huk wystrzału i odgłos ciała osuwającego się na podłogę. Wrzasnęłam najgłośniej w moim życiu i upadłam na ziemię, waląc pięściami w podłogę:
- O BOŻEEEE... O BOŻE, WY JEBANE CHUJE... - wyłam, niemal się dusząc od płaczu - NIE DAM WAM KURWA ŻADNEGO KLUCZYKA...JAK WY DO CHUJA MOGLIŚCIE! - nie mogłam oderwać wzroku od leżącego bezwładnie ciała Johna. Po chwili zimna stal dotknęła mojej skroni.
- Wstawaj, dziwko - syknął Hirt, a dwóch jego kolesi siłą postawiło mnie do pionu. Płakałam jak jeszcze nigdy wcześniej, łzy zasłaniały mi widok. Nie czułam ani tego, że jestem cała w krwi, ani tego, że boli mnie każdy centymetr ciała... Przed oczami miałam tylko moment wystrzału i głuchy dźwięk spadającego bezwładnie ciała.
- MOŻESZ MNIE ZABIĆ, TĘPY CIULU! ZABRAŁEŚ MI MÓJ SENS ŻYCIA, WIĘC RÓWNIE DOBRZE MOŻESZ MNIE ZASTRZELIĆ! - wrzeszczałam, plując mu w twarz, ale Joseph nic sobie z tego nie robił. Jeden z jego osiłków uderzył kolanem w mój bok. Zobaczyłam już tylko ciemność... Potem nie było nic.
***
- Ternent! TERNENT, KURWA! - potrząsano mną jak lalką. Nie czułam już bólu, nie czułam lepkości krwi, smrodu prochu strzelniczego. Nie słyszałam chrupania mojej kości nadgarstka. Nie czułam nic oprócz ogromnego bólu psychicznego, nieporównywalnego z niczym innym.
- Dajcie mi pistolet... - szepnęłam, podnosząc się. Nadal znajdowaliśmy się w hali, ale tym razem krążyli tu nie ludzie Hirta, a agenci CIA.
- Nie - twardy ton Christophera nieco mnie otrząsnął
- TY TĘPY CHUJU, NIE ROZUMIESZ, ŻE ZABILI MI JOHNA?! - wrzasnęłam, płacząc głośno i wyrywając się Poys'owi
- TERNENT, DO CHUJA!
- ZOSTAW MNIE I DAJ MI TEN PISTOLET! - wstałam, kopiąc mojego kompana w brzuch. Doczołgałam się resztkami sił do broni i już miałam zapodać kulkę w głowę, kiedy ktoś wyrwał mi pistolet z ręki....
- Co do... ROGER!? - perkman kucnął przy mnie, przytulając mnie mocno
- Cass...Ja...Kurwa, tak mi cholernie...przykro...
- ZAMKNIJ SIĘ - warknęłam, nadal łkając jak idiotka
- Ciiiii...Już cicho. Nic nie mów... - szepnął, a ja... zamilkłam. Rog wziął mnie na ręce. Dopiero wtedy poczułam jaka jestem słaba...
- Coś cię boli? Cass? CASS! - wrzeszczał. Słyszałam to jak przez mgłę - CASS, ODEZWIJ SIĘ! CASSANDRA! - ponownie odpłynęłam w kojącą ciemność.


***


- Mhm...
- A zgon...Po strzale?
- Tak, zgon nastąpił po chwili od strzału...
- Przeszło...?
- Tak...Centralnie przez cały płat górny...
- Czyli...Czyli nie miał szans?
- Nie miał...Nie mów jej tego...
- Nie?
- Nie, nie, jeszcze nie...Najpierw musi troszkę dojść do siebie...
- Ok, rozumiem... Mogę zostać z nią sam?
- Jasne! To...to do widzenia!
- Dzięki, nara... - poczułam, że ktoś głaszcze mnie po policzku. Otworzyłam oczy i ujrzałam zatroskaną twarz Tylera.
- Steve...? - szepnęłam, z trudem unosząc się na łokciach
- Tak, kochanie, Steve. Jak się czujesz?
- Ja...nadgarstek mnie boli...i trochę głowa...ale tak to w porządku...
- To dobrze - posłał mi słaby uśmiech
- A gdzie...gdzie jest Deaky?


*** STEVEN ***


- Yhm... - zająknąłem się. Właśnie. I CO KURWA TERAZ? - W sumie nie wiem. Potem o niego spytamy, ok?
- Jasne... - nic nie pamiętałam. Co ja tutaj robię? - Steven, chcę się przejść. Teraz, sama.
- W porządku. Ja na kilka godzin skoczę do domu, potem Perry przyjdzie - pomógł mi wstać, przytuliliśmy się i pocałowaliśmy - Na raźka, sister!
- No pa - odparłam,wychodząc na korytarz. Zaglądałam w otwarte drzwi niektórych sal, posyłając pacjentom uśmiechy. W końcu natrafiłam na drzwi za którymi była cisza. Weszłam do środka... Na ten widok uderzyła mnie fala wspomnień...
John leżał na łóżku z głową owiniętą bandażem. Był podłączony do respiratora, jednak ja wiedziałam, że to już na nic.
Podeszłam blisko i przejechałam palcami po jego chłodnym policzku. Z moich oczy popłynęły łzy.
- BOŻE...JEŚLI ISTNIEJESZ...POWIEDZ MI ZA CO? ZA CO? DLACZEGO MI GO ODEBRAŁEŚ? - krzyknęłam, padając na kolana - JAKA BYŁAM GŁUPIA! GŁUPIA, TĘPA DEBILKA! - łkałam głośno. Po chwili podniosłam się, znalazłam pusty aktualnie gabinet jakiegoś lekarza, po czym podeszłam do szafki z lekami. Znalazłam medykamenty zawierające cyjanek i inne trujące substancje i zabrałam to do pokoju Deaky'ego. Ściskałam w dłoniach tabletki, płacząc i klnąc na wszystko co się da. Otwarłam pierwsze opakowanie i wysypałam lśniące kapsułki na dłoń. Cyjanek. Tak mi przyszło umrzeć...
Spojrzałam na spokojną twarz Johna. Rozpacz rozsadzała mnie od środka, nie mogłam wyobrazić sobie, że mam żyć BEZ NIEGO! Sama? Przecież nikogo tak nie pokocham jak jego... Po co mi żyć? Mój sens istnienia został mi odebrany... Czas na mnie. Dalej, Cass, to tylko głupie tabletki...
Wzięłam do ust garść kapsułek. Dawka śmiertelna. Łatwo było mi to policzyć... Odkręciłam butelkę wody, napiłam się i połknęłam.
Chwyciłam Johna za rękę. Po chwili poczułam delikatne uczucie słabości.
- Cassie! CAAAASSIEEEE! - do sali zajrzał Perry. Chwiałam się już na nogach.
- Cass, kochanie! - przytulił mnie mocno - Nic ci nie jest? - osłabłam mu w ramionach - Cassie...?
- Cy...ja..nek... - powiedziałam z trudem i po chwili straciłam kontakt ze światem.


***


Siedziałem jak otępiały. Dopiero co mnie obudzono. Lekarze mówią, że to cud, że po dostaniu kulki w skroń, jeszcze żyję...
ŻYJĘ?!
Nie czuję, żebym żył...
- John...odezwij się wreszcie...
- Po co? Cassie się... zabiła, stary... Dla mnie - szeptałem z bólem
- Czyszczą jej organizm z cyjanku... Jeszcze szansa jest! - pocieszał nieprzekonująco Tyler
- Nie pierdol... Już mogę umierać...
- Ułożysz sobie życie na nowo... Może z kobietą, może sam... Ale ułożysz! Masz Rogera, Briana, Freda, Joe, mnie... Żyj, John!
- Idę tam do niej - zerwałem się z krzesła i poszedłem na salę. Cassey była właśnie po płukaniu żołądka, lekarzy już nie było, byliśmy w sali tylko we dwoje. Siedziałem przy niej dość długo, jednak w końcu... OTWORZYŁA OCZY!


*** Cass ***


Czy ja już umarłam...? Oboje nie żyjemy, tak? To sen?
- John...? - wyszeptałam słabym głosem, a wtedy basista chwycił moją dłoń i zaczął cichutko mi śpiewać. CZYLI JEDNAK...OBOJE ŻYJEMY!
Nagle usłyszałam łomot i do sali wpierdzielili się Steven i Joe. Nigdy nie wyglądali tak dobrze jak teraz... Perry ujrzał mnie żywą, podbiegł i zaczął mnie ściskać i pokrzykiwać:
- Cass, kochanie! Jak dobrze... Oh, jak dobrze, że żyjesz... - tuliłam się do niego mocno. Już zapomniałam o urazie. Liczyło się tylko to, że byli przy mnie.


*** John ***


JAK?! 'KOCHANIE?!' CZYLI JEDNAK!
Już miałem się wydrzeć na tą dwójkę, kiedy Steve pociągnął mnie na korytarz.
- Nie denerwuj się, Deacon, oni są najlepszymi przyjaciółmi i traktują się jak rodzeństwo, naprawdę...
- Serio?
- Tak! Przysięgam ci! Przecież Cassey ma ciebie, a Joe ma Rose!
- Na pewno?
- Tak, John, na pewno.
- Sorry...już myślałem... - odwróciłem się i wróciłem na salę. Podszedłem do mojej kochanej Cass i ukucnąłem przy jej łóżku - Przepraszam, kochanie...
- Za co? - spytała zdziwiona
- Za wszystko - odparłem, wpijając się namiętnie w jej wargi.


*** Cass ***


Usiłowałam ignorować dziwnie... zazdrosne spojrzenie Joe. Skupiłam się na miękkich wargach Johna i dosłownie rozpływałam się ze szczęścia.
Po chwili Deaky odkleił się ode mnie.
- Joe... - zaczął
- Tak?
- Przepraszam.
- Ja w sumie też...
- Zostaniemy przyjaciółmi?
- Jasne! - ucieszył się Pereira i mężczyźni mocno się uścisnęli. Poczułam pod powiekami łzy wzruszenia. Teraz będzie dobrze. MUSI BYĆ DOBRZE!

niedziela, 2 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 17

 DZIĘKUJĘ ZA PONAD 7 TYSIĘCY WYŚWIETLEŃ!!! :OOOOO
 ****


- Poszedł na odwyk?! Jednak!?...Co powiedział?...Mhm...Czyli jednak wybuch Cass dał mu do myślenia... Mówisz? Widać mocno?....No, ona go trzepnęła parę razy po twarzy...Mhm...Jasne... - obudził mnie cichy szept Perry'ego, który rozmawiał z kimś przez komórkę i był odwrócony do mnie tyłem.
Z leciutkim uśmiechem przesunęłam palcami po jego nagich plecach, a gitarzysta odwrócił się.
- Tak...Wiesz, Tom, muszę kończyć, pa! - odłożył telefon - Hej!
- Cześć, Joey - cmoknęłam go leciutko w usta - Jak się spało?
- To ja chciałem o to spytać - roześmiał się cicho - W porządku. A tobie?
- Również...Joe, powiedz mi...Jak z Rose?
- Ja... - spalił buraka - Coś ten...
- Gra gitarka? - uniosłam brwi z szerokim uśmiechem
- Na to wygląda...Nie wiem...Chyba mnie lubi... - plątał się
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Spodobała ci się, co?
- Bardzo - przyznał - Steven jest na odwyku.
- ŻE CO?! - nadal byłam zszokowana
- Sam z siebie. Zostawił liścik, że idzie, wróci za miesiąc, jak skończy terapię, całuje wszystkich i przeprasza, szczególnie ciebie.
- Uhm...
- O KURWA...
- Co?
- HALO, MY MAMY ZAPLANOWANE 12 KONCERTÓW W LA!
- O rany... Odwołacie?
- Nie możemy! - Perry zaczął panikować - Co my teraz zrobimy... Cass, słonko - chwycił mnie za ręce - Ty masz taki śliczny głosik, błagam cię, zastąp Stevena! - jego proszące spojrzenie ciemnobrązowych oczu nie pozwalało mi odmówić
- Ale ja...nie umiem...śpiewać jak Steve...wiesz...nie skrzeczę tak...
- Spróbuj - niemal jęczał, widać, że mu zależało
- No...no dobrze. Zgoda - westchnęłam, a Joe pisnął uradowany i przytulił mnie mocno
- To chodź, zjemy śniadanie i sobie pośpiewasz u mnie w studiu!
- No, już ok, ok! - śmiałam się z jego ekscytacji, schodząc do kuchni - Joeeeey? - spytałam słodkim głosem
- Hmmm?
- Umiesz robić naleśniki?
- Pewnie!
- To już wiesz, co chcę na śniadanie - posyłałam mu słodziutkie uśmiechy.
- Oczywiście - uległ mi i kilkanaście minut później postawił na stole talerz z naleśnikami i słoik z masłem orzechowym. Na moje zdziwione spojrzenie powiedział:
- Pamiętałem, słońce - uśmiechnęłam się i zaczęliśmy jeść w ciszy przerywanej tylko cichym stukaniem łyżeczek o słoik. Zerkałam co jakiś czas dyskretnie na Joe, który zamyślił się i zastygł z widelcem w powietrzu.
- Joe... - zwróciłam mu uwagę - Joe. Halo, ziemia do Perry'ego!
- Co? - ocknął się - Sorry, zawiesiłem się. Coś mówiłaś?
- Nie, nie, nic - odparłam i wróciłam do jedzenia. Kiedy skończyliśmy, poszliśmy do studia. Cała w nerwach stanęłam za mikrofonem, rozgrzewając gardło gamami.
- Jaką macie listę utworów? - spytałam, a on podał mi pogniecioną nieco kartkę.




Przejechałam wzrokiem po tytułach. Phi, łatwizna.
- Po kolei? - spytał Joe, zawieszając sobie na ramieniu pasek od gitary
- No najlepiej...tylko...
- Tak?
- Wstydzę się - spuściłam głowę, czerwieniejąc mocno
- Mnie?
- Uhm...
- Ej no weź, jak mamy próbę a niekiedy Steve zawyje, to wiesz... - mrugnął do mnie i zaczął grać pierwszy utwór z listy. Skupiłam wzrok na tekście, który podał mi Perry i śpiewałam najlepiej jak umiałam. Nawet skrzeczenie mi wychodziło!
- Nonono, głosik jak brat tylko w wersji damskiej! - pochwalił Joe, przechodząc płynnie do drugiego utworu.


Po skończonej próbie, gitarzysta zabrał futerał ze swoim Les Paulem
- Spadamy na próbę do studia, mała.
- Oj...ale...alealeale...ja....ich nie znam zbytnio...
- To poznasz - śmiał się beztrosko - Oj, no chodź - pociągnął mnie za rękę do swojego Mercedesa. Chwilkę później weszliśmy do studia. Tom, Brad i Joey już byli.
- Cześć, zjeby! Przyprowadziłem naszą nową wokalistkę! - przywitał sie Perry, a ja chowałam się na jego plecami. Ough, nienawidzę poznawać nowych ludzi...Znaczy my się znamy, ale...no.
- Cass, no weź! Nie chowaj się! - wybuchnął śmiechem, wypychając mnie przed siebie.
- Hej... - powiedziałam cicho, a trzej mężczyźni podeszli, podając mi ręce
- Witaj znowu - uśmiechnął się Brad
- Siemaneczko! - Joey był, jak widać, w dobrym humorze
- Myśmy się już poznali, heja! - Tom miał mocny, pewny uścisk dłoni - Cassie jesteś, nie?
- Tak - odparłam nieco pewniej
- Steve ma fajną siostrę - Brad lustrował mnie wzrokiem
- Dobra, dobra, ona jest zajęta - Joe skręcał się ze śmiechu
- Co cię tak bawi? - spytałam z ustami blisko jego ucha
- Nic takiego, skarbie - odparł, wpuszczając mnie za mikrofon - Jedziemy? - wszyscy zajęli miejsca, a ja troszkę się zestresowałam, jednak było mi raźniej, czując obecność Perry'ego za sobą.
- Po kolei! I raz, dwa, raz, dwa, trzy jedziemy! - wrzasnął Joe, zaczynając 'Back In The Saddle'
- I'm back! - wydarłam się - I'm back in the saddle again , I'm back! I'm back in the saddle again! - dawałam z siebie 120%, zapomniałam o wstydzie i niepewności. Byłam ja, mikrofon i Joe za mną.
- Ridin' into town alone by the light of the moon , I'm lookin' for old Sukie Jones, she crazy horse saloon, barkeep gimme a drink, that's when she caught my eye she turned to give me a wink, that'd make a grown man cry! - kontynuowałam. Po 'BITS' poleciał następny kawałek, bez żadnej przerw. Co jakiś czas musiałam zerknąć w tekst, ale ogólnie znałam każdy z granych utworów na pamięć.

W końcu skończyliśmy ostatnią piosenkę i mogłam odetchnąć. Oparłam się o konsoletę i wzięłam butelkę wody.
- Ajajajajajajaaaaaaaa! - wrzasnął Perry, podchodząc do mnie - Geeeenialna byłaś!
- A weź... - uśmiechnęłam się wstydliwie
- Wyjebana w kosmos! - potwierdził słowa gitarzysty Tom, chowając bas do futerału
- Steven mógłby być dumny - Joey podrzucał w dłoniach pałeczki perkusyjne - Na pewno jest...
- Dużo o tobie opowiada - odezwał się dotąd milczący Brad - Chwali cię i w ogóle...
- Cholernie cię kocha, nawet bardziej niż Perry'ego - zażartował Hamilton - A myślałem, że to niemożliwe!
- Wal się - uśmiechnął się Joe, trącając przyjaciela łokciem - On jest kurewsko wkurwiającym bratem...Ale tak, kocham go. Frytki mu kurwa smażyłem!
- Jak to? - zdziwiłam się
- Steven mieszkał w Yonkers a ja w The Cove... - szeroki uśmiech pojawił się na jego twarzy - Nienawidził mnie, ale kupował u mnie frytki. 'Dużo soli, Pereira, albo ci wjebię' - zaśmiał się głośno - Fajne czasy w sumie...Krytykował potem mój zespół, ale chwalił moją grę na gitarze i OCZYWIŚCIE musiał mnie podkraść do swojej kapeli - parsknął - Kochany gość...
- Wiem - miałam minę w stylu ':3'
- Miejmy nadzieję, że odstawi to gówno raz na zawsze - wtrącił Kramer, uderzając drumsticksami po kaloryferze
- Właśnie... - czy ja w głosie Brada słyszę pretensję?
- Próbowałam mu pomóc...naprawdę... - spuściłam głowę
- Wszyscy o tym wiemy - Joe objął mnie ramieniem - Chcesz już iść do domu?
- Chcę iść, ale nie do domu...wiem, wiem, marudzę.
- Wcale nie. Zabieram cię na kawę, idziemy - wziął futerał z Les Paulem i splótł swoje palce z moimi. Tom popatrzył na to krzywo. Wyszliśmy przed studio, wcześniej żegnając się z pozostałymi Aerosami.
- Wiesz... - zaczęłam niepewnie
- Tak?
- Nie uważasz, że to dziwne?
- Ale co?
- To - uniosłam w górę nasze splecione dłonie
- Dlaczego?
- Ty masz kogoś, ja mam kogoś...A równocześnie trzymamy się za ręce, przytulamy, całujemy, śpimy obok siebie... - Joe wzruszył ramionami
- Mogę tak nie robić, jeśli nie chcesz - puścił moją dłoń - Skoro tak bardzo ci to przeszkadza... - słyszałam urazę w jego głosie i posmutniałam. Kurwa! To nie tak miało wyjść!
- Joey, ja...
- Nie, nie, dobrze! Koniec tematu - powiedział stanowczym tonem, którego używał baaardzo rzadko. Znak, że będzie chował do mnie urazę...Super. Jakbym miała mało problemów!
Nie próbowałam więcej mówić i tylko w milczeniu szłam obok niego. Usiadł za kierownicą, wcześniej układając swoją gitarę w bagażniku.
- Jedźmy do domu, zmęczona jestem - powiedziałam cicho. Nie odpowiedział, włączając silnik i ruszając na pełnym gazie.


Wysiadłam przed jego willą, a on podał mi klucze, sam wsiadając z powrotem do auta i naciskając na pilocie 'automatyczne otwieranie garażu'. Weszłam do domu, zdjęłam trampki i poszłam machinalnie do salonu. Mój wzrok padł na komodę na której zauważyłam ramkę ze zdjęciem. Podeszłam bliżej i wzięłam ją do ręki.



Było to najcudowniejsze zdjęcie Toxic Twins jakie kiedykolwiek widziałam! Oboje wyszli na nim cholernie przystojni, cudowni i...i...Boże, Chryste Panie, umieraaaaam....
- Stevenowi się podobało - usłyszałam przy uchu - Mi zresztą też. To jest najlepsze z tej sesji...
- Wyglądacie bosko po prostu... - wpatrywałam się w fotografię
- Steve ma drugie, u siebie, w identycznej ramce. W sypialni na szafce. Jak u niego będziesz, to sprawdź - powiedział, biorąc ode mnie ramkę i odstawiając na miejsce - Tu stoi drugie - sięgnął po drugą ramkę stojącą na komódce obok i podał mi:



Uśmiechnęłam się czule - Jesteście słodcy...
- My?! - Joe parsknął cicho - Daj - odebrał mi zdjęcie i odstawił, po czym już bez słowa, poszedł do kuchni. Westchnęłam cicho.
- Ej, Pereira! - zaczepiłam go, stając w drzwiach. Podniósł głowę z pytającym spojrzeniem - Chodź tu.
- Po co?
- No chodź - niechętnie wstał i stanął przy mnie, a ja najpierw mocno go przytuliłam, leciutko pocałowałam w usta, po czym splotłam nasze palce i zaproponowałam:
- Idziemy na spacer. Wiesz, do tej twojej ulubionej kafejki, a potem pochodzimy sobie - gitarzysta rozpromienił się
- Jasne! - odparł gorliwie i wciągnął na nogi trampki
- Masz aparat?
- Mam...Jest w salonie, na szafce...Tak, tam. A po c...O NIE!
- Tak, tak, Joey, kocham robić zdjęcia! - odparłam, śmiejąc się. Perry zamknął drzwi i trzymając się za ręce, poszliśmy w kierunku kafejki.

Po wypiciu naszej ulubionej kawy, poszliśmy w tak zwany 'plener'. Dużo rozmawialiśmy, a później wróciliśmy się do domu 'po gitarę i się przebrać', bo Joe jakoś nabrał ochoty na zdjęcia.




- Ciebie można fotografować godzinami! - zachwycałam się, cykając kolejne zdjęcia.



- Jesteś bardzo fotogeniczny...normalnie modeleczka! - zaśmiałam się, przypominając sobie scenkę w szpitalu
- A co - uśmiechnął się - Ej...ja ten...tak jakby...głodny jestem... - mruknął, a ja wybuchnęłam śmiechem i poczekałam, aż schowa gitarę.
- Idziemy - wzięliśmy się jak zwykle za ręce i skierowaliśmy się w stronę domu.
- Za tydzień pierwszy koncert...
- Nie przypominaj mi... - westchnęłam cicho - Boję się, Joey...
- Będę blisko ciebie - uśmiechnął się czule - Zgoda?
- Mhm... - gitarzysta objął mnie ramieniem i zagadał na jakiś inny temat, śmiejąc się jak zwykle.


***


- aaaaaaaaaaAAAAAAAA! - darłam się w garderobie, a chłopaki śmiali się ze mnie jak idioci - Aaaajajajajajajajajajajajajaj! - ja tylko rozgrzewam gardło!
- Przestań, Cass, bo jebnę! - kwiczał Joey Kramer, bijąc się pałeczkami po kolanach
- Ale co? - rozluźniłam się troszkę
- To brzmi zajebiście śmiesznie! - Brad ocierał łzy rozbawienia
- Na ćwiczenia Stevena też tak brechtacie? - spytałam, śmiejąc się cicho
- Też! - odkrzyknęli chórem, a atmosfera się rozluźniła. Joe i Tom popijali piwo, Brad rozgrzewał palce, a Joey przytupywał i stukał pałeczkami w napotkane przedmioty.
Ktoś podał mi do picia ciepły miód na rozluźnienie gardła i mogliśmy wychodzić na scenę. Byłam ubrana w obcisłe, skórzane rurki, obowiązkowo świecące się (musiałam przecież ubierać się jak Steven!), biały podkoszulek, na szyi srebrny łańcuch no i glany. Na nos założyłam okulary identyczne, jakie mieli Toxic Twins.
Perry chwycił mnie za rękę i zaczęliśmy iść korytarzem w kierunku sceny.
- Będzie zajebiście - szepnął mi na ucho gitarzysta i cmoknął mnie w usta. Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i puściłam jego dłoń, w którą złapał gryf swojego Les Paula. Rozległo się intro z taśmy a ja podskoczyłam w miejscu parę razy. Joe posłał mi jeszcze radosne spojrzenie i razem z resztą wyskoczył na scenę, wbijając się idealnie w pierwsze nuty 'Back In The Saddle'.

Po krótkim wstępie do utworu wybiegłam na scenę, do mikrofonu i 'wywrzeszczałam' pierwszy wers. Publika zareagowała brawami. Wiedzieli, że zastępuję Stevena, ale najwidoczniej nie mieli nic przeciwko temu. Pierwszy utwór poszedł jak po maśle, a zaraz po nim, bez żadnej przerwy, drugi. Dopiero później mogłam się przywitać
- Hej wszystkim! Jestem tu w zastępstwie, mam na imię Cassie... I pytam was! JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA? - wrzask publiki - JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA?! - głośniejszy wrzask - CZY JESTEŚCIE GOTOWI NA ROCKA?! - ogłuszające wrzaski zebranych fanów - PRZED WAMI... AEROSMITH! - wychrypiałam jeszcze i płynnie zaczęliśmy 'I Wanna Know Why'. Poczułam się cudownie, jak w swoim żywiole, biegałam po scenie, nosząc za sobą statyw, opierałam się teatralnie o ramię Joe lub Brada i śpiewałam najlepiej jak umiałam.

Kiedy przyszedł czas na solo Perry'ego, na chwilkę zbiegłam za kulisy, ponownie pijąc ciepły miód i odpoczywając kilka minut.
Wróciłam na scenę akurat na 'Dream On', które zawsze wychodziło mi (zdaniem Aero) najlepiej. Publiczność oszalała po prostu, a ja, zaczynając część 'wrzeszczącą', padłam na kolana w lekkim rozkroku i darłam się zupełnie jak Steven. Jeszcze nigdy nie wyszło mi to TAK DOBRZE! Kiedy 'Dream On' się skończyło, miałam chwilę aby się napić i posłuchać wiwatów fanów. Nie powiem, łechtały przyjemnie moje ego...

Następne utwory szły jak spłatka, jeden po drugim. Przy 'Come Together', przedostatniej piosence, moje gardło zaczęło się lekko buntować. Joe wykminił to natychmiast i podczas solo, kazał mi iść się napić skinieniem głowy. Bałam się, że nie zdążę, ale kochani chłopcy przedłużyli specjalnie część instrumentalną, więc spokojnie wypiłam kolejną szklankę miodu i mogłam wracać na scenę. Zaśpiewałam do końca 'Come...' i nagle, na znak Brada, zwialiśmy ze sceny. Publiczność była zdezorientowana, ale po chwili zaczęli wołać nas na bis. Oczywiście wyszliśmy, z wydłużonym 'Train Kept A Rollin' '.
- DOBRANOC! - wrzasnęłam totalnie zachrypniętym głosem po ostatniej nucie. Ukłoniliśmy się i zeszliśmy ze sceny, tym razem na serio.
- Padam... - jęknęłam, słaniając się na nogach. Joe objął mnie w pasie i pomógł mi dojść do kanapy.
- Wypadłaś zajeeeeebiście, mała! - krzyknął, tuląc mnie
- Dzięki...Kurwa, ale chrypię... - skrzywiłam się i w tej samej chwili dostałam do ręki plastikowy kubeczek.
- Woda? - zdziwiłam się
- Wódka, kochanie - zaśmiał się Perry - Na rozluźnienie i gardła i ciebie.
- Dziękuję - odparłam, opierając głowę na jego ramieniu i pijąc dużymi łykami. Joe miał rację, przestałam 'trzeszczeć' i czułam, że się uspokajam - Dobrą tą wódkę macie...
- Najlepszą! - poprawił mnie Tom, pijąc piwo - Wyszło super! Nie sądziłem, że tak dobrze się wpasujesz, Cass.
- A ja nie myślałem, że taki cienki, kobiecy głosik może się dać drzeć i skrzeczeć - dodał z podziwem Joey, obracając w dłoniach butelkę Jacka Danielsa - Dobra, idziemy na dziwki? - powiedział to tak naturalnie, że wybuchnęłam śmiechem
- No co? - zdziwił się Brad
- Nieee, nic, nic - odparłam, chichocząc i przyjmując od Joe drugi kubeczek z wódką - Raaany, ale jestem zmęczona...
- Chcesz iść do domu? - spytał gitarzysta, leniwie głaszcząc mnie po głowie.
- Chcę się upić, cholera - nie wierzyłam w to, co mówię.
- Serio? - ożywił się
- Serio!
- To chodź! - zerwał się z kanapy, ciągnąc mnie za sobą - Will! - pojawił się techniczny Perry'ego - Zawieź nas pod jakiś przyzwoity klub!
- Przyzwoity, czyli...? - spytał Will, patrząc na mnie
- Nie, nie, mogą być striptizerki, chodzi mi o dobrą atmosferę i tani alkohol - odparł zmęczonym głosem
- Aaa, jasne! - zajarzył techniczny, biorąc od Joe kluczyki. Poszliśmy do jego Mercedesa i jakieś 20 minut potem byliśmy na miejscu. Odpoczęliśmy podczas jazdy, dlatego teraz byliśmy bardziej ożywieni i skłonni do zabawy.
Perry zaprowadził mnie do stołka barowego i zamówił dwie wódki.
- Super koncert - powiedział, opierając policzek o zwinięta pięść.
- Tak...nie sądziłam, że tak dobrze to wyjdzie... - przyznałam, bawiąc się bransoletka. Barman postawił przed nami dwie duże szklanki. Stuknęliśmy się z Perrym i wzięliśmy się za picie.
- Nigdy nie sądziłem, że mogę najebać się z kobietą... - zamyślił się z uśmiechem
- Jestem pełna niespodzianek, Joey - odparłam, odgarniając mu grzywkę z czoła. W pewnym momencie ktoś klepnął Joe w plecy.
- Siemasz, Pereira! - przywitał się... ROBERT PLANT?!
- Siema, Plancik - uśmiechnął sie szeroko Joe, ściskając mu rękę
- To twoja laska? - spytał Robert, lustrując wzrokiem moja osobę
- Nieeeet, moja najlepsza przyjaciółka! Zajebista dziewczyna!
- Seksi - skwitował Plant, popijając whisky ze szklanki, a ja delikatnie się zarumieniłam. SŁYSZEĆ TAKIE COŚ OD PLANTA?!
- Dziękuję! Ja za to uważam za seksi twoje blond loczki - wzięłam w palce kilka kosmyków, a Plant parsknął śmiechem i zawołał:
- Barman! 3 razy Danielsa! - on i Joe rozpoczęli rozmowę, ja tylko się przysłuchiwałam i od czasu do czasu odpowiadałam na pytania Roberta, opróżniając moją szklankę.


Po 5 szklankach przestałam liczyć i patrzeć co i jak piję. Joe nie odstępował mnie na krok. Choć sam był nieźle wstawiony, to cały czas obejmował mnie w pasie i pilnował bardziej niż swojej gitary na próbach. Zdążył zapoznać mnie z połową światka muzycznego, jaka była dziś obecna w tym klubie.
Zaczęłam czuć zmęczenie, więc wyrwałam się na chwilkę mojemu przyjacielowi i podeszłam do baru usiąść (no dobra, dobra, napić sie też). Przyjemnie szumiało mi w głowie, było mi po prostu dobrze jak cholera...
Wstałam i lekko się chwiejąc, ruszyłam na poszukiwanie Joe. Gdzie ten cwel? Niespodziewanie, ktoś złapał mnie w pasie i usłyszałam w lewym uchu znajomy śmiech
- Tu jesteś! - ucieszyłam się, wieszając się Perry'emu na ramieniu. Coś mi się wydaję, że wypił dużo mniej niż ja....
- Wracamy do domu, księżniczko, jutro kolejny występ - zamruczał, ciągnąc mnie w stronę wyjścia. Poddałam się mu, bo byłam zbyt zmęczona na jakikolwiek protest.

Nawet nie wiem, kiedy wysiedliśmy pod domem Joe i weszliśmy do holu. Zawiesiłam swoją ramoneskę na wieszaku i wpatrywałam się w rozwiązującego glany Perry'ego. Kiedy wstał, zupełnie nie myśląc, co robię, zarzuciłam mu ręce na szyję i wpiłam się w jego pełne usta. Był zaskoczony. Odsunął mnie łagodnie i szepnął:
- Ej...nie wolno.
- Dlaczego? - spytałam, po czym skierowałam się do kuchni i podałam mu butelkę Danielsa - Nie dasz rady - prowokowałam go. Dobrze wiedziałam, że da.
- JA NIE DAM RADY?! - oburzył się. Walnęliśmy się na kanapę, a on odkręcił butelkę, która po chwili, już pusta, znalazła się w koszu na śmieci. Był już mniej więcej w takim stanie jak ja...
Patrzyłam na niego żarliwym wzrokiem. Widział to wyraźnie, ale to JA miałam zrobić pierwszy ruch.
Wspięłam mu się na kolana i wpiłam mocno w jego usta. Tym razem oddał pocałunek, a ja totalnie straciłam głowę i kontrolę nad tym, co robię.
Trzymał dłonie w linii moich bioder, a po chwili przesunął je pod moją koszulkę, sprawiając, że przeszedł mnie dreszcz.
Pozwoliłam, by położył mnie na plecach i pozbył się moich górnych ubrań. Ej halo, ja nie myślę trzeźwo... Zaczął naznaczać pocałunkami moją szyję i dekolt, a ja po raz kolejny tego wieczoru pokazałam, do czego jest zdolne moje gardło. Im głośniej jęczałam, tym namiętniej Joe całował...

Nie miałam ochoty bawić się w zdejmowanki - po prostu rozerwałam mu T-shirt, a Perry mruknął ze zdziwieniem, nie protestując jednak. Objęłam go za szyję i pociągnęłam tak, że leżał centralnie na mnie. Poczułam, jak zręcznie odpina mi pasek przy spodniach i zsuwa je z moich bioder. Resztę załatwiłam sama, skopując je na podłogę. Dreszcze ogarniały całe moje ciało, od szyi do stóp.
Joe wziął mnie w swoje umięśnione ramiona i zaniósł do góry, do sypialni. Padliśmy, mocno objęci na łóżko, a on powrócił do delikatnego pieszczenia wargami mojej skóry. Jęknęłam, kiedy poczułam na szyi jego język.
- Jeśli...teraz...przestaniesz...uduszę....cię...od....ra...zu... - wyjęczałam, a gitarzysta zsunął się niżej, na szyję, dekolt, brzuch i podbrzusze. Drżałam na całym ciele, przymykałam oczy w poczuciu cudownej rozkoszy przenikającej każdy centymetr mojego ciała.
Moja skóra płonęła w miejscach, gdzie miała styczność z ustami Joe i jego ciepłymi dłońmi. Był delikatny, a jednocześnie stanowczy, wiedział, co robi.
Z łatwością pozbyłam się jego dżinsów i bokserek, a on, uznając to za przyzwolenie, pozbył się resztek mojej bielizny i wszedł we mnie umiejętnie. Jęknęłam gardłowo.
- Mo...cniej... - posłuchał niemal od razu, wzmacniając ruchy i przyspieszając coraz bardziej. Mój jęk przeszedł najpierw w krzyk, a potem we wrzask rozkoszy.
Pierwszy raz usłyszałam jak Perry się wydziera... Miód na moje uszy...
Nasze głosy zgrały się w jedną, piękną sonatę, a nasze ciężkie oddechy idealnie współbrzmiały ze sobą.

Po jakimś czasie osiągnęliśmy szczyt. Szczyt rozkoszy. Szczyt naszych gardłowych możliwości. Joe wiedział, że nasze gardła mogą tego nie wytrzymać, więc stłumił wrzask namiętnym pocałunkiem. Włożył jeszcze trochę siły w swoje ruchy i doszliśmy równo, razem, opadając z jękiem na poduszki.
- O...Boże...Joey... - wyjęczałam mu prosto do ucha, drżąc pod naporem jego rozgrzanego ciała
- Taa...k...Cass...ie?
- To...było...cudowne...
- Zga...dzam...się... - dyszeliśmy ciężko. Był to jedyny dźwięk przerywający w tym momencie nocną ciszę. Czułam, jak opadam z sił i on chyba też to czuł. Zdążyłam zarejestrować, że nakrył nas kołdrą i objął mnie mocno ramionami. Potem zasnęłam.

sobota, 1 marca 2014

Queen rules, rules of music - PART 16

Minęło kilka dni od naszego pierwszego razu. Nie kochaliśmy się po raz drugi, gdyż w dzień ja nie miałam czasu, a w nocy John...
Meddows mnie dosłownie pokochał, łaził za mną cały czas, a ja się nim opiekowałam.
Akurat siedziałyśmy z Meg w kafejce, kiedy zadzwonił mój telefon
- Halooo?
- CASS! - usłyszałam głos Stevena - PRZYJEDŹ NATYCHMIAST DO SZPITALA NA BAKER STREET!
- Ale o co chodzi?
- JOE UMIERA! - Tyler rozpaczliwie płakał
- COOO? - osunęłam się na ziemię
- Przedawkował heroinę...
- Obiecał z tym skończyć...
- BŁAGAM, PRZYJEDŹ TU!
- Zaraz będę - odparłam, bez wyjaśnienia wybiegając z kafejki. Wskoczyłam do taksówki i podałam adres.
Do szpitala wbiegłam, połykając gorzkie łzy. Od razu zauważyłam Tylera, chodzącego nerwowo po korytarzu.
- Steven! - załkałam, wtulając się w niego - On...on....przeżyje...prawda?
- N....ie...wie...m...oby... - krztusił się od łez
- Gdzie on jest? Chcę go zobaczyć...
- 304...
- Dzięki... - nacisnęłam klamkę i weszłam na salę. Joe leżał pod respiratorem. Jego szczupłe, niemal wychudzone ciało wydawało się jeszcze drobniejsze, miał bladą twarz, był podłączony do respiratora i kroplówki. Podeszłam bliziutko i pogłaskałam go po policzku - Joey...nie umieraj...nie zostawiaj mnie, braciszku... Proszę... Kocham cię jak rodzinę... Znalazłam ci dziewczynę... Perry, no... - nie poruszył się ani trochę. Usiłowałam się nie rozpłakać, jednak po kilku minutach bezskutecznego budzenia go, pozwoliłam sobie na łzy. Wtedy wszedł Steven.
- Nie obudzi się... Siedzę tu od 7 godzin jak go przywieźli... I nic, Cassie, nic! - jeszcze nigdy nie widziałam, żeby facet tak rozpaczał i płakał. Przytuliłam go bez słowa, a Tyler łkał mi w koszulkę.
- On jest mi jak brat...Cass...Jak on umrze...
- NIE MÓW TAK, DEBILU! On się obudzi...Będzie żył...Dajmy mu czas... Steve...Idź do domu, prześpij się...Proszę...
- Dobrze...Ale...Jeśli tylko czegoś się dowiesz... Daj mi znać.
- Obiecuję, że dam. Śpij dobrze - cmoknęliśmy się w policzki i Steven odszedł,  wyraźnie smutny i załamany.


***


Siedziałam przy Joe od 5 godzin, prawie wcale nie opuszczając jego pokoju. Oddychał spokojnie, miarowo, na jego pełnych ustach błąkał się uśmieszek. Był koszmarnie blady, a kości policzkowe zarysowane były bardziej niż zwykle. Kosmyk jego czarnych włosów opadał mu na oczy. Odgarnęłam go lekko i zaczęłam głaskać gitarzystę po policzku.
- Joe, słońce, obudź się... Proszę... - szepnęłam. Wtedy zadzwonił mój telefon.
- Halo?
- Caa...aaa...sss... - usłyszałam jąkający się głos Tylera
- Tak, Steve?
- Jajaja...nie czuję....się...najlepiej...
- Wiem, że brałeś, Steven, siedź w domu - odparłam i odłożyłam zdenerwowana słuchawkę - Oh, Joey, wracaj do nas...tak cholernie mi cię brakuje...poza tym... Rose chce cię poznać! Tak, tak, Perry, znalazłam ci laskę nie z tej ziemi! - mówiłam do niego jeszcze chwilę, po czym zamilkłam i tylko siedziałam, wpatrując się w jego rytmicznie unoszącą się klatkę piersiową.


W pewnym momencie respirator zaczął straszliwie wyć, wyrywając mnie z letargu. Co się dzieje? Natychmiast przybiegło czterech lekarzy i zaczęło się uwijać wokół Joe.
- Tętno mu spada! - krzyknął jeden z nich, nakładając Perry'emu na usta i nos maskę tlenową. Dwóch pozostałych zajęło się resuscytacją, a trzeci kontrolował respirator. Po kilkudziesięciu niemiłosiernie długich sekundach wszystko się uspokoiło, a ja odetchnęłam z ulgą. Lekarze posłali mi współczujące uśmiechy i w ciszy opuścili pokój.


***


- Tak, skarbie... Nie, nie umieram z głodu... Tak, mam ciepłą bluzę... Jasne, że mam wodę! Tak, czuję się świetnie... Ja też cię kocham... No papa! - schowałam komórkę do kieszeni, zwróciłam wzrok na Joe i krzyknęłam cicho. Perry wpatrywał się we mnie swoimi ciemnymi oczami z leciutkim uśmieszkiem, podnosząc się do pozycji siedzącej. Nie miał na sobie koszulki, a jego loki były rozczochrane.




- JOE!?
- Cześć, Cass! - w jego głosie brzmiała energia
- Ty...ty...kiedy....ty... - jąkałam się, zszokowana
- Kiedy rozmawiałaś...Cass, ja...
- Przedawkowałeś, Joe - nachyliłam się nad nim - Mogłam cię stracić... - głos mi się załamał - Nie przeżyłabym tego, wiesz? Nie rób mi tak więcej...
- Nie zrobię - odparł szczerym tonem - Nigdy nie tknę już tego gówna...aaa....to skoro się obudziłem...to może... buziaka na powitanie? - patrzył tak prosząco, że uległam i pocałowałam go delikatnie w usta.
- No, masz co chciałeś, a teraz, Pereira, ruszaj tyłek i spadamy, bo znalazłam ci dziewczynę!
- Ooo! - zaświeciły mu się oczy - Masz jej...
- Zdjęcie? Jasne! - przerwałam mu, wyciągając z torebki fotografię - Masz i się jaraj.



Joe lekko opadła szczęka
- W...ow... - wyjąkał, wgapiając się w zdjęcie - Jak ma na imię?
- Rose...I jest od ciebie młodsza o...czekaj...6 lat. Ona ma 24, ty masz 30 i gra gitara - uśmiechnęłam się - To moja znajoma ze studiów, szaleje za twoją klatą i solówką do 'Dude looks like a lady' - oboje wybuchnęliśmy śmiechem, a Perry wstał i zaczął udawać top modelkę:
- Bo ja jestem seksi!
- Jesteś! - potwierdziłam, patrząc na jego ruchy - A teraz, modeleczko, załatw sobie wypisik i spadamy.
- Tak jest, kapitanie - posłał mi krzywy uśmiech i o własnych nogach wyszedł z pokoju. Po chwili coś huknęło. Wyleciałam przez drzwi i prawie się posikałam ze śmiechu.
- Joey, ścianą nie przejdziesz! - zgięłam się w pół, patrząc na zdziwionego Perry'ego, który przed momentem wwalił się na ścianę.
- Orientacja w terenie w moim przypadku jest kiepska... - mruknął i obrawszy właściwy kierunek, zniknął mi z oczu. Nagle ktoś zakrył mi oczy dłońmi.
- S...teven? - spytałam niepewnie, odwracając się.
- Cześć, piękna! - cmoknęliśmy się w usta. Nie pytajcie. My się tak witamy - Jak u Joe?
- Właśnie poszedł po wypis.
- OBUDZIŁ SIĘ?!
- Tak! - Steve pisnął z radości.
- MAM! MAM WY... STEEEEVEEEEN! - usłyszeliśmy wrzask Perry'ego i Toxic Twins padli sobie w objęcia. Tyler oparł głowę o ramię Joe i powiedział cicho:
- Myślałem, że mi wykitujesz, stary... Nie rób tak więcej...




- Wiem...Wiem, przepraszam...Już nigdy tak nie zrobię... - odszepnął i chwilę jeszcze stali tak przytuleni. Oni się po prostu cholernie kochali, byli dla siebie jak bracia, byli najlepszymi przyjaciółmi i facetami z jednej kapeli... To oczywiste połączenie: Steven i Joe, Tyler i Perry. Nie było, nie ma i nie będzie innej opcji.


*** DWA DNI PÓŹNIEJ ***


Zostały mi ostatnie 4 dni w Ameryce, postanowiłam więc z zaskoczenia wpaść do Stevena i zerknąć, jak sobie radzi. Nie znalazłam go ani w kuchni, ani w salonie, ani w sypialni, więc machinalnie skierowałam się do studia.
Weszłam tam najciszej jak mogłam. Tyler siedział przy pianinie i śpiewał jakiś nowy utwór. Usiadłam sobie na kanapie i w ciszy przysłuchiwałam się, jak pracuje.

- Now you say you lonely...You cry the whole night through ...Well you can cry me a river...Cry me a river, I cried a river over you... - mówiłam już, że głos mojego brata może doprowadzić do orgazmu? Nie mówiłam? To mówię! Po chwili weszła mocniejsza muzyka i Steve użył swojego 'skrzeczenia'...
- Now you say you're sorry ! For being so untrue, well you can cry me a river , cry me a river, I cried a river over you... - darł się do mikrofonu, a ja siedziałam jak oczarowana. Stevie był jak w transie, nie widział nic poza mikrofonem i pianinem...

Skończył piosenkę i jeszcze chwilę siedział z zamkniętymi oczami, po czym w końcu mnie zauważył.
- Cassie! - ucieszył się, wstając i podchodząc bliżej.
- Steven! - objęłam go za szyję, przytulając się, po czym spojrzałam mu w oczy i spoważniałam - Obiecałeś mi!
- Ale co? - udawał debila
- MIAŁEŚ PRZESTAĆ ĆPAĆ! JA JUŻ NIE WIEM JAK MAM DO CIEBIE MÓWIĆ! PRZYPADEK JOE NICZEGO CIĘ NIE NAUCZYŁ!? ON JUŻ NIE BIERZE, CZYSTY JEST, A TY?! - Tyler położył mi palec na ustach i mocno się przytulił
- Staram się... - szepnął mi do ucha - Tylko jeszcze nie wychodzi jakbym chciał...Daj mi czas, kochanie...Proszę...
- A Emily co na to?
- Ona nie wie...
- Pięknie... - westchnęłam - Steven, jeśli potrzebujesz pomocy, to ja tu zostanę i ci pomogę.
- Serio...?
- Najzupełniej serio.
- To...ja...zostań proszę - spuścił ze wstydem głowę
- Zostanę, skarbie - odparłam z uśmiechem - Masz 32 lata, pora się ogarnąć - parsknął śmiechem na to stwierdzenie - Ale musisz mi obiecać, że nie będziesz mnie okłamywał...
- Obiecuję - odparł poważnie.


***


- Pomóż mu...Ja też się o niego martwię... - mruczał mi do ucha Deaky, tuląc mnie mocno
- Poradzisz sobie beze mnie?
- No ej...Jasne! Radziłem sobie tyle czasu... - westchnął
- Ciii - wpiłam mu się w usta, jednocześnie zdejmując jego T-shirt. Padliśmy na łóżko, całując się coraz namiętniej i urządzając pokaz ciuchowych fajerwerków. Nie musiał robić nic specjalnego... Sam jego najdelikatniejszy nawet dotyk doprowadzał mnie do szaleństwa... Wszedł we mnie mocno. Pierwszy raz podczas tej nocy... Pierwszy, ale nie ostatni...


***


Obudziłam sie rano i z początku nie wiedziałam gdzie jestem. Jasne, panelowane ściany, białe łóżko z narzutą w kwiatki... Ach, dom Stevena!
Zwlokłam się z łóżka, ogarnęłam troszkę włosy i twarz i zeszłam w piżamie na dół, zrobić sobie śniadanie. Nie przejmowałam się brakiem brata - kochał długo spać.
Zrobiłam sobie płatki owsiane z jogurtem i owocami, do tego moje ukochane cappuccino i włączyłam radio, siadając przy stole. Jadłam, wsłuchując się w cichą muzykę i myśląc sobie... Kiedy skończyłam, mój wzrok zatrzymał się na zegarze. 11.34?! Czas wstawać, panie Tyler!

Weszłam po schodach na górę i zapukałam do jego pokoju. Odpowiedziała mi cisza, więc nacisnęłam klamkę i zajrzałam do środka.
- POBUDKA, PANIE TYLER! - zawołałam radośnie, podchodząc do jego łóżka. Nagle mnie zmroziło... PUSTE!?
Przeszedł mnie dreszcz zaniepokojenia. Gdzie on polazł? Zbiegłam do kuchni sprawdzić, czy nie zostawił liściku, że wychodzi czy czegoś w tym stylu, ale nic nie znalazłam... Zajrzałam do studia i do każdego pokoju jaki tu był... Na koniec, zrezygnowana, otwarłam drzwi łazienki na górze i wrzasnęłam ze strachu.
- STEVEN, DO CHOLERY! - podbiegłam do leżącego na ziemi i trzęsącego się w konwulsjach brata - STEVE! STEVEN! CO CI JEST? - płakałam i krzyczałam na niego jednocześnie, ale on nie reagował. Starałam się nie panikować, a włączyć racjonalne myślenie. Po chwili namysłu odkręciłam prysznic i w miarę możliwości wepchnęłam wokalistę pod strumień lodowatej wody. Zakrztusił się niemal od razu, więc podtrzymałam mu ręką głowę, oddychając szybko. Po chwili drgawki ustały, a on otworzył oczy. Zakręciłam wodę i spojrzałam na niego, przerażona. Steven przetarł twarz. Widać było, że usilnie próbuje coś sobie przypomnieć.
- Co...się....stało...? - spytał. Drżał mu głos.
- To ja się ciebie, idioto, pytam! Przestraszyłeś mnie śmiertelnie! - przytuliłam jego mokrą głowę do moje szyi i powstrzymywałam z trudem łzy - Chodź - pomogłam mu wstać, zaprowadziłam go do jego sypialni i w miarę asystowałam przy przebieraniu mokrej koszulki, żeby się nie przewrócił, bo był jeszcze dość osłabiony. Po wszystkim walnął się na wznak na łóżko, a ja usiadłam przy nim.
- Steven...co się stało? Powiedz mi, martwię się... - chwyciłam jego chłodną dłoń, patrząc z troską
- To gówno...mnie...trzyma...
- O czym ty mówisz?
- To gówno... - powtórzył - Ciągnie mnie na dno...coraz niżej... - słuchałam go w milczeniu - Perry w czas się wykaraskał...na mnie już za późno...
- Stevie...Nie mów takich rzeczy...Ja ci przecież pomogę...
- Ale ja MUSZĘ to brać...Inaczej...Nie funkcjonuje...
- Nie musisz, Tyler. Nic nie musisz. Możesz albo i nie. Narkotyki nie sterują twoim życiem, tylko ty sam. Ty pociągasz za sznurki, wiesz, takiej marionetki.
- Ale to hera ma stery... - odparł, wycieńczony
- Śpisz? - spytałam jeszcze, ale mój brat padł jak mucha. Przeczesałam palcami jego włosy, wzdychając cicho.


***


- Jesteś od tego silniejszy... Słyszysz mnie? - stałam nad rozdygotanym Tylerem. Siedział za podłodze w łazience z naładowaną strzykawką w ręce i zaciśniętym na ramieniu paskiem. Usilnie walczył, żeby nie wziąć, ale powoli się łamał... - SŁYSZYSZ MNIE, TYLER? Nie pozwalaj tej szmacie tobą rządzić! - 'ta szmata' to oczywiście heroina - Jesteś silny i dasz radę! Odłóż - mówiłam spokojnie i z opanowaniem - Odłóż to, Steven. ODŁÓŻ! - mój głos zrobił się bardziej stanowczy. Steven wyglądał jakby się zaraz miał rozpłakać, więc zmieniłam taktykę - Proooszę, Stevcio... Zrób to dla swojej siostrzyczki! - wokalista był u kresu swojej wytrzymałości, trząsł się jak przy ataku padaczki... Po kilku sekundach wbił igłę w wysuniętą żyłę, nacisnął tłoczek strzykawki i... po prostu się rozpłakał. Podeszłam do niego, bez słowa mocno go obejmując.
- Ciii, nie płacz, kochanie...Nie płacz...
- Jestem...życiowym...przegrywem... - łkał spazmatycznie
- Nie jesteś, Steven! Jedna przegrana nic nie mówi, następnym razem się uda...No już, już dobrze... - oparłam jego głowę o swoją klatkę piersiową i głaskałam go uspokajająco po włosach - Daj to - wzięłam mu zakrwawioną strzykawkę i wrzuciłam do kosza stojącego obok mojej nogi - Kocham cię bardzo mocno, wiesz?
- Wii..eee...m...a ja....ciągle....zawodzę... - zawył, a mi aż ścisnęło się serce
- Nie mów tak...Jesteś cudownym bratem, najlepszym jakiego mogłam mieć!
- Na...na...naprawdę? - podniósł pytająco wzrok
- Naprawdę, Steven. No, już, ogarniamy się, ok? - pomogłam mu wstać z podłogi i rozpiąć pasek na ramieniu
- Wiesz co, Cass? - zagadnął, przytulając mnie do siebie
- Hmmm?
- Codziennie dziękuję Bogu, że cię mam. Że mam taka cudowną siostrę - cień uśmiechu przebiegł po jego twarzy
- Cudowny bracie, idziemy zjeść coś słodkiego? - spytałam słodkim głosem
- Tak, cudowna siostro - odparł w ewidentnie lepszym humorze i razem zeszliśmy na dół, do kuchni.


***


Mijał dzień za dniem, a Steven coraz bardziej się staczał po równi pochyłej. Co dzień uczestniczyliśmy oboje w walce, w łazience, a on co dzień przegrywał ją coraz szybciej. Patrzyłam na to z coraz większym bólem. Już nawet Perry nie wiedział co zrobić, choć pytałam go miliardy razy...

- Steven, nie wiem co ja ci mam powiedzieć... ODŁÓŻ TĄ CHOLERNĄ STRZYKAWKĘ! - wydarłam się, choć wiedziałam, że to nic nie da. Tyler płakał, dając sobie w żyłę. Zauważyłam, że heroiny było dwa razy więcej niż zwykle - Steven, kurwa, ja cię tracę! - rozpłakałam się głośno, padając na kolana - To cię zabija! - patrzyłam jak wokalista usiłuje o własnych siłach wstać z podłogi. Nie było szans.
- Po...móż....mi.... - wychrypiał, chwiejąc się. Wstałam i płacząc głośno, zaprowadziłam go tam, gdzie chciał - do studia. Padł na stołek przy pianinie i myślał dłuższą chwilę.
- Co chcesz zagrać? - spytałam drżącym głosem
- Dream...on...
- E-mol... E-mol 7... E-mol 6... i A-mol 6 - podpowiedziałam łagodnie, układając mu palce do pierwszego akordu. Zaczął grać... O dziwo, po pierwszej linijce, poszło mu jak po maśle. W pewnej chwili przestał, jakby zapomniał tekstu.
- Every time...when I look in the mirror... - zaczęłam, a on dołączył się po chwili. Kiedy doszło do 'wrzeszczących' partii, umilkłam, dając mu pole do popisu.
- DREAM ON!
- Steven, przestań... - powiedziałam, a wokalista umilkł posłusznie - Ty już nie śpiewasz, Steve, ty już nie potrafisz - wiedziałam, że go ranię, ale miałam to gdzieś - Nie zagrasz już nic, Steven. Nie zaśpiewasz. BO NIE UMIESZ! BO TO GÓWNO CI WSZYSTKO ZNISZCZYŁO! - po raz pierwszy wygadany Tyler milczał - STEVEN, TO TRWA OD PRAWIE DWÓCH MIESIĘCY! DO KIEDY BĘDZIESZ ĆPAĆ!? AŻ ZDECHNIESZ W JAKIEJŚ NORZE?! - wybuchnęłam taką złością, jak chyba jeszcze nigdy - PRZEDKŁADASZ JAKIEŚ ZJEBANE PROCHY NAD KARIERĘ? NAD DZIEWCZYNĘ?! NADE MNIE?! NAD PERRY'EGO?! JESTEŚ PRZEGRANY, TYLER! - wrzasnęłam mu prosto w twarz - JESTEŚ ZEREM! PIERDOLONYM ZEREM! - uderzyłam go w policzek. Nie poruszył się. Uderzyłam po raz drugi, mocniej, z całą wojskową siłą, aż mu głowa odskoczyła do tyłu. Oddychałam z wściekłością, nie panując nad sobą zupełnie - JESTEŚ Z SIEBIE ZADOWOLONY, SKURWYSYNIE?! - wymierzyłam mu jeszcze jeden policzek. I jeszcze jeden. W tej chwili ktoś mocno złapał mnie za nadgarstek.
- Cassie... - usłyszałam łagodny głos Joe - Nie bij go...
- ZASŁUŻYŁ SOBIE! - wyrwałam się gitarzyście, spychając Stevena z krzesła. Byłam w furii, dostałam takiego szału, że nie byłam zdolna się pohamować...
Chwyciłam Tylera za koszulę i rzuciłam nim o ścianę, po raz kolejny bijąc go w twarz - JESTEŚ MOIM PIERDOLONYM DO CHUJA PANA BRATEM! I CIĘ KURWA MAĆ KOCHAM! - zamachnęłam się ręką, lecz Perry mocno mnie odciągnął i trzymał w swoich silnych ramionach.
- Nie krzycz...Uspokój się, Cass... - szeptał, a ja trzęsłam się ze złości. Steve zjechał plecami po ścianie, chowając twarz w dłoniach.
Joe odwrócił mnie twarzą do siebie
- Już lepiej? - spytał spokojnie, a ja wybuchnęłam płaczem, wtulając się w jego tors.
- Joeeeee... - puściły mi nerwy - Ja nie chcę żeby on umieraaaał! - wyłam, a gitarzysta tulił mnie do siebie, kołysząc delikatnie
- Pójdzie na odwyk.
- Hm? - podniosłam głowę - Jak to?
- Tak to. Ultimatum. Albo idzie na odwyk, albo wypierdala z Aerosmith - powiedział poważnie - Po twoim dzisiejszym wybuchu...Zobaczysz, sam pójdzie.
- On nawet śpiewać już nie umie...
- Wiem, ja wszystko wiem...Ciii....Już dobrze, kochanie... - zaczął mnie głaskać po głowie - Chodź, zostawmy go...Chodź, Cassie, chodź... - zaprowadził mnie na dół, ubrał mi kurtkę i wziął za rękę - Jedziemy do mnie.
- Dobrze... - odparłam ze spuszczoną głową.


- Chcesz kawy? - spytał, kiedy już staliśmy u niego w holu. Pokręciłam głową - A może się prześpisz?
- Tak - odparłam cicho - Ale ty ze mną.
- Dobrze - ponownie splótł swoje palce z moimi i poszliśmy do jego sypialni. Położyłam się wygodnie na jego dużym łóżku
- Chodź tu - zażądałam
- Ale...jak to?
- No jak to kurwa! NORMALNIE! KŁADŹ SIĘ I MNIE PRZYTUL DO CHUJA!
- No już, już, nie denerwuj się - wymruczał łagodnie, kładąc się obok mnie. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową, a on objął mnie ramionami i tak zasnęliśmy...